Demografia
Dynamika i struktura ludności w pierwszym pięcioleciu niepodległej Polski
19.01.2015

Po zakończeniu wojny, Polska stała się terenem wielkich ruchów migracyjnych Polaków, Rosjan, Niemców, Austriaków, Węgrów, Ukraińców i Żydów. W okresie od listopada 1918 roku do grudnia 1924 roku powróciło do Polski około 2 milionów osób. W tym czasie Polskę opuściło około 830 tysięcy Niemców (głównie z Wielkopolski, Pomorza i Górnego Śląska), około 250 tysięcy Żydów i około 220 tysięcy Polaków (emigracja zarobkowa do Europy Zachodniej i obu Ameryk).

Rozwój ludności w pierwszym pięcioleciu nie był równomierny i wykazywał znaczne wahania w poszczególnych latach. Na przyrost rzeczywisty ludności składały się przyrost naturalny i wszelkie ruchy migracyjne. Wskaźnik przyrostu naturalnego w kolejnych latach kształtował się następująco: w 1919 r. – 0,41%, w 1920r. – 0,59%, w 1921r. – 1,20%, w 1922r. – 1,54%, w 1923r. – 1,83%. Niski przyrost naturalny w latach 1919 – 1920 był następstwem I wojny światowej i działań zbrojnych w wojnie polsko – bolszewickiej.

Po zakończeniu działań wojennych nastąpił znaczny wzrost przyrostu naturalnego, głównie z powodu wielkiego obniżenia się liczby zgonów i na skutek wzrostu liczby urodzin. Jego współczynnik kształtował się wówczas na poziomie 1,5%. Ruchy migracyjne i przyrost naturalny ukształtowały dynamikę ludności Polski w pierwszych latach powojennych.

Rok

Liczba ludności

1919

26 mln 282 tys.

1920

26 mln 664 tys.

1921

26 mln 828 tys.

1922

27 mln 201 tys.

1923

28 mln 290 tys.

1924

28 mln 774 tys.


Tak szybki przyrost ludności w pierwszych latach niepodległej Polski był oznaką zaufania obywateli dla młodego państwa. Oznaczał także wiarę ludności kraju w swoje lepsze jutro, a w dalszej perspektywie w stabilną gospodarkę państwa i pewny byt jego obywateli.

Jak marnie przedstawiają się dane demograficzne współczesnej Polski jeżeli porównamy je z II Rzeczypospolitą. Należy się zastanawiać, gdzie tkwi przyczyna tak  kolosalnych różnic. Jeżeli Polaków ubywa, kurczy się liczba ludności w wieku produkcyjnym, to przyszłość kraju nie wydaje się najciekawsza. Zdaje się, że w ciągu najbliższych dwudziestu, trzydziestu lat nie czeka nas nagła zmiana akcji, a i nikłe szanse, patrząc na arenę polityczną, byśmy doczekali się mężów stanu rodem z dwudziestolecia. Czy to wina obywateli, którzy zachłysnęli się dobrami materialnymi i zapomnieli o przyszłych pokoleniach? Czy też może to nie wina obywateli, a obecnie rządzących, którzy nie sprostali swoim podstawowym zadaniom i nie potrafili zapewnić długotrwałej stabilizacji gospodarczej państwa, a w konsekwencji bezpieczeństwa ekonomicznego jego mieszkańców.

Anna Maria Podyma