Gospodarka
EBC walczy dzielnie, ale jego możliwości się kończą
24.01.2015

Intencją prezesa EBC, Maria Draghi’ego, jest zintensyfikowanie akcji kredytowej i zwiększenie ilości pieniądza w gospodarce, by w ten sposób zwalczać deflację. O ile sama decyzja o prowadzeniu luźnej polityki monetarnej oraz o sposobach jej urzeczywistniania nie zaskoczyła chyba nikogo, to rozmiar programu QE już jak najbardziej – przez półtora roku bank centralny unii monetarnej wyda na zakup papierów ponad bilion euro.

Europejskie rynki finansowe dobrze odebrały decyzję EBC. Od Frankfurtu przez Londyn aż po Warszawę najważniejsze indeksy giełdowe notowały wzrosty. Euro w dniu posiedzenia EBC osłabiło się w stosunku do innych walut (także do złotówki), w tym o ponad 2% do dolara. Tym samym wzmocnieniu uległ wielomiesięczny trend spadkowy na najważniejszych parach walutowych z euro.

Stopy procentowe EBC

Wykres 1. Stopy procentowe EBC, źródło; pl.tradingeconomics.com

Ostatnia deska ratunku

Luzowanie ilościowe wydaje się jedynym rozsądnym narzędziem, jakim dysponuje w tej chwili EBC, a także jedyną możliwą do uzyskania w obecnych warunkach politycznych drogą krótkookresowego wpływania na gospodarkę strefy euro. Dotychczasowe kroki podjęte przez Maria Draghi’ego, który w ostatnich miesiącach raz za razem luzował reżim monetarny, nie przyniosły jednak oczekiwanego rezultatu. Kilkukrotne obniżki stóp procentowych aż do rekordowo niskiego poziomu 0,05% (stopa referencyjna) jesienią ubiegłego roku nie spowodowały odwrócenia się trendów cenowych. Przeciwnie, w grudniu po raz pierwszy od 2009 roku indeks HICP wskazał wartość ujemną, a unia monetarna doświadczyła deflacji.

Inflacja w strefie euro

Wykres 2. Inflacja w strefie euro, źródło; tradingeconomics.com.

Nie wydaje się jednak, by obecne spadki cen spowodowane były obniżeniem się popytu, co stanowi przedmiot obaw znakomitej większości ekonomistów głównego nurtu. Przyczyn szukać należy raczej po stronie podaży: są nimi szeroko komentowane w świecie i odbijające się na polityce międzynarodowej obniżki cen surowców pierwotnych, przede wszystkim ropy naftowej.

Samotność Draghi’ego

Niezależnie jednak od powodzenia zamiarów szefa EBC w odniesieniu do stopy wzrostu cen, trudno nie zauważyć, że od czasu kryzysu z 2009 roku polityka banku coraz częściej służy nie tylko i nie przede wszystkim realizacji jego oficjalnego celu, czyli utrzymaniu stabilnego poziomu inflacji, lecz stała się narzędziem – by użyć wyrażenia z nowomowy elit unijnych – powracania europejskich gospodarek na ścieżkę wzrostu. Nieustanne pompowanie strefy euro nowym pieniądzem służyć ma pobudzeniu inwestycji finansowanych tanim kredytem. Dotychczas również na tym polu strategia Draghi’ego przynosiła dość mizerne rezultaty. Co gorsza, nie sposób przeoczyć faktu, iż w krajach Unii Europejskiej nie ma woli politycznej, by użyć którejś z innych, sugerowanych przez wielu ekspertów metod zorientowanej na wzrost gospodarczy polityki – z różnych powodów w grę nie wchodzą ani polityka fiskalna, ani reformy strukturalne.

Niemcy nie chcą wydawać

Naturalnym kandydatem na ratownika strefy euro są Niemcy. Oprocentowanie niemieckich dwuletnich obligacji spadało w ciągu minionego roku nawet do zera, a i dziś rząd RFN nie musi płacić prawie nic za zaciąganie kolejnych pożyczek. W związku z tym wyznawcy ekonomii popytowej, szczególnie ci z krajów gorzej radzących sobie z kryzysem, naciskają na rząd Angeli Merkel w sprawie porzucenia restrykcyjnej polityki fiskalnej i rozwinięcia programu państwowych inwestycji w infrastrukturę, co – jak uważają – podniosłoby popyt w strefie euro, pomagając także samym Niemcom zmierzyć się z widocznym spowolnieniem wzrostu, a innym krajom unii walutowej – z recesją. Niemcy idą jednak w przeciwnym kierunku: Bundestag po raz pierwszy od czterdziestu lat uchwalił budżet bez deficytu, a minister finansów Wolfgang Schaeuble oświadczył w październiku, że inwestycje co prawda należy zwiększyć, ale z pewnością nie kosztem powiększenia długu publicznego.

Niemiecki rząd – bezpośrednio bądź za pośrednictwem instytucji unijnych – naciska przy okazji na Grecję i pozostałe kraje południowej Europy, domagając się od nich przeprowadzenia reform wewnętrznych, co jest warunkiem udzielania im dalszej pomocy. Spełnienie niemieckich żądań – przynajmniej w przypadku Grecji – może okazać się jednak marzeniem ściętej głowy.

Grecy mają dość

Tymczasem w Grecji zbliżają się przedterminowe wybory parlamentarne. Prowadząca w sondażach skrajnie lewicowa Syriza domaga się renegocjacji umów z Unią Europejską oraz Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Jeśli ugrupowanie rzeczywiście zwycięży w niedzielnym głosowaniu, będzie musiało poszukać partnera koalicyjnego. Tym mogą okazać się greccy socjaliści, którzy zapowiedzieli poparcie dla utworzenia lewicowego, prounijnego frontu w parlamencie. 

Sondaże w Grecji

Wykres 3. Wyniki sondaży w Grecji, źródło; metapolls.net

 

Pomimo że w ostatnich dwóch latach ostrze radykalizmu Syrizy nieco się stępiło, w najbliższych miesiącach decyzyjni politycy Unii Europejskiej powinni przygotować się na konfrontacyjny kurs Aten. Lider ugrupowania, Aleksis Tsipras, wezwał swoich rodaków przed wyborami, by przy pomocy kart wyborczych zakończyli etap „poniżenia narodowego”. Wypowiedź ta oznacza tylko jedno: wymagający wyrzeczeń program reform strukturalnych, na który pod presją tzw. trojki zdecydowali się Grecy podczas kryzysu zadłużenia, okazuje się nie do utrzymania. To jednak stawia pod znakiem zapytania dalsze członkostwo Greków w strefie euro, a może nawet i istnienie strefy w obecnym kształcie.

Bez woli rygorystycznego przestrzegania kryteriów z Maastricht przez wszystkie kraje członkowskie, bez skoordynowanej polityki fiskalnej, ale z roszczeniową postawą Południa, unia walutowa nie wyjdzie z ciężkiej choroby, w jaką popadła. Wkrótce w apteczce zabraknie nawet tych lekarstw, które są jeszcze do dyspozycji Maria Draghi’ego. Wobec najniższego od 2003 roku kursu euro ewentualne dalsze luzowanie polityki monetarnej nie ma bowiem głębszego sensu.

Karol Zdybel