Gospodarka
Franki – jak to się robi w Australii
04.02.2015

  Tysiące kredytobiorców, w nadziei na znaczną oszczędność, decyduje się ostatecznie na przyjęcie oferty. Kilka lat później następuje szok – kursy walut ulegają gwałtownej zmianie, na skutek czego rosną raty. Z dnia na dzień okazuje się, że miesięczny koszt kredytu jest dwa razy wyższy, niż dotychczas. Zaczyna się ogólnonarodowa debata, której celem ma być wybrnięcie z tej – niezwykle kłopotliwej przecież – sytuacji. Taki scenariusz mamy okazję obserwować już od jakiegoś czasu w Polsce, ale okazuje się, że wcale nie jest to precedens na skalę światową. Tak zwana „foreign currency loans affair” rozegrała się bowiem w odległej Australii już ponad trzydzieści lat temu.
   Na początku lat 80. przeciętny Australijczyk mógł z łatwością uwierzyć w cudowną opłacalność kredytu we franku szwajcarskim. Rynek finansowy został otwarty i zderegulowany, natomiast rodzime stopy procentowe były niemal dwukrotnie wyższe niż te szwajcarskie. Frank stał się więc tanim i łatwo dostępnym pieniądzem, a banki zaczęły z tego korzystać. Nietrudno zgadnąć do kogo w największym stopniu była kierowana frankowa akcja kredytowa – drobny australijski biznes (składający się przede wszystkim z farmerów) potrzebował kapitału, by rosnąć. Kredyty walutowe były szeroko reklamowane w mediach, gdzie niezdecydowanych próbowano przekonać, zapewniając ich, że przedstawiciele banków posiadają wszelką konieczną wiedzę, by udzielić im fachowej porady. „Sukces w podbijaniu międzynarodowych rynków możliwy jest dzięki strategicznemu definiowaniu szans oraz skoordynowanemu planowaniu. […] Naszym zadaniem jest radzić ci, jak w kompetentny sposób sfinansować twoje przedsięwzięcie, minimalizując ryzyko.”. Mamieni deklaracjami przedstawicieli banków przedsiębiorcy ochoczo korzystali więc z pozornie atrakcyjnej oferty. Efekt? W ciągu trzech lat (1982 – 1985) udzielono około pięć tysięcy kredytów w obcej walucie – znaczną część z nich we franku szwajcarskim.  
   Tragiczny scenariusz, którego nie mogli przewidzieć kredytobiorcy, za to na wypadek którego doskonale zabezpieczone były banki, zaczął wypełniać się w 1985 roku, gdy nastąpiła drastyczna, pogłębiająca się w następnych latach deprecjacja australijskiej waluty. O ile w roku 1984 za jednego dolara australijskiego trzeba było zapłacić dwa franki, o tyle już trzy lata później obie waluty były warte tyle samo. Dla tysięcy kredytobiorców oznaczało to drastyczny wzrost kosztów obsługi zadłużenia, a ostatecznie wahania kursów doprowadziły do sytuacji, w której duża część z nich nie była w stanie dłużej spłacać zaciągniętego kredytu. Przykład autentyczny – kwota kredytu wziętego w wysokości  500 tysięcy dolarów australijskich, w niedługim czasie urosła do 620 tysięcy, by ostatecznie osiągnąć pułap miliona ośmiuset tysięcy dolarów.
   Sytuacja była dramatyczna. Wobec bezczynności rządu, kredytobiorcy decydowali się na wytaczanie procesów przeciwko bankom. Zarzucali im złamanie kontraktowej zasady zachowania należytej staranności (duty of care), oraz naruszenie art. 52 Trade Practices Act. Przepis ten zawiera zasadę, wg której przedsiębiorstwo, prowadząc handel lub wykonując inne czynności biznesowe, nie może uczestniczyć w działaniach, które miałyby charakter mylący lub zwodniczy. Przedstawiciele banków bronili się za pomocą najbardziej oczywistych argumentów, odznaczając się niekiedy skrajną impertynencją. Podczas jednej z rozpraw w 1991 roku, pełnomocnik banku ironicznie pytał kredytobiorcę: „Potrafił pan czytać w 1984 roku? Rozumiał pan matematykę w przykładach, które panu podawałem, prawda? [Odpowiedź: Nie, nie rozumiałem.] Nie miał pan trudności z dodawaniem, mnożeniem i dzieleniem w roku 1984 roku, prawda?”. W innym przypadku, ten sam człowiek zadawał pytania w sposób następujący: „Czy przypomina pan sobie, jak pokazywano panu wykresy, omawiając historię kursu franka szwajcarskiego i sposób, w jaki się on  zachowywał? [Odpowiedź: Nie, jestem pewien, że nie było tego rodzaju rozmowy.] A czy pamięta pan, jak informowano pana, że z historii jasno wynika pewne ryzyko kursowe, a więc nie sposób jest przewidzieć jak waluta będzie zachowywać się w przyszłości? [Odpowiedź: Nie, nie mówiono mi tego.] Jest pan całkowicie pewien, że nie było takiej rozmowy? [Odpowiedź: Absolutnie.] Ponieważ oczywiście miał pan już wiedzę na ten temat, tak? [Odpowiedź: Na jaki temat?] Że nikt nie może przewidzieć w jaki sposób kursy walut zmienią się w przyszłości? [Odpowiedź: Nie.].”. Powyższy schemat rozmowy był stałą praktyką – wmawiano kredytobiorcom, że zostali dokładnie poinformowani o ryzykach wiążących się z kredytem w obcej walucie. Gdy ci zaprzeczali, sugerowano im, że to wiedza, którą i tak posiadali skądinąd.
   Ostatecznie, pomimo wielu dodatkowych okoliczności, które wychodziły na światło dzienne jeszcze w latach 90 (choćby tzw. „Westpac letters affair”, czyli afera związana z wyciekiem wewnętrznej korespondencji pracowników jednego z banków, wg której byli oni w pełni świadomi zarówno ryzyka, z jakim wiążą się kredyty udzielane w obcej walucie, jak i braku wiedzy na ten temat wśród swoich klientów), większość kredytobiorców przegrała sprawy sądowe. W powyższym kontekście warto wspomnieć o oświadczeniach, jakie wydawali niektórzy z byłych, piastujących wysokie stanowiska, pracowników banków zamieszanych w aferę. „Stopień obciążenia kredytu był różny w zależności od tego, czy klient został sklasyfikowany jako ‘konkurencyjny’, czy nie” – twierdził – „Niekonkurencyjni, a więc ci ‘pojmani’ klienci, byli zwyczajnie nieobyci w rynku walutowym  i akceptowali warunki, nie zasięgając opinii w innych bankach”. W oficjalnym rządowym dokumencie, sporządzonym przez panel ekspercki, zawarto dziesięć przykładów niezgodnych z prawem działań banków, związanych z aferą szwajcarskich kredytów. Wskazano w nim między innymi, że banki, za pomocą nachalnej reklamy wmawiały drobnym przedsiębiorcom i farmerom, że niezabezpieczony kredyt w obcej walucie jest adekwatny do ich potrzeb. Na domiar złego działo się to w czasie, w którym podobni kredytobiorcy frankowi stracili już niemal wszystkie swoje aktywa, a ryzyka przecież pozostały takie same. Ponadto umowy kredytowe były skonstruowane w taki sposób, że oprocentowanie kredytu wynosiło 1.5% lub 2% ponad SIBOR lub LIBOR, a banki mimo to wykorzystywały niewiedzę kredytobiorców, by obciążać ich o wiele większymi kosztami.
   Jak zostało przedstawione powyżej, ryzyko związane z kredytami w obcej walucie oraz fatalne skutki jego realizacji, są zagadnieniem znanym na świecie już od przynajmniej trzydziestu lat. W dalszej kolejności podobne scenariusze spotykały m.in. Islandię, w 2015 roku przyszedł czas na Polskę. Nie sugerując pełnej analogii między przykładem australijskim  i polskim, należy zauważyć, że ponownie doszło do sytuacji, w której banki, mając co najmniej wiedzę na temat ryzyk walutowych oraz realiów rynkowych, prowadziły szeroką akcję kredytową, oferując kredyty we frankach szwajcarskich ludziom, którym często nie udzieliłyby kredytów w złotówkach. Wydaje się więc, że tak dalece posunięta niefrasobliwość, musi zakończyć się poniesieniem przez banki przynajmniej częściowej odpowiedzialności za zaistniałą sytuację.

Jakub Bińkowski