Gospodarka
Grecki i europejski impas – demokracja kontra unia polityczna
12.03.2015

Od dnia objęcia urzędu premiera Grecji przez Aleksisa Tsiprasa z lewicowej Syrizy trwają negocjacje i przepychanki między Helladą a innymi państwami strefy euro oraz organami Unii Europejskiej w sprawie warunków dalszej pomocy finansowej dla Grecji. W trudne rozmowy włączył się Europejski Bank Centralny, ogłaszając, że od 11 lutego przestaje akceptować greckie obligacje jako zabezpieczenie kredytów udzielanych bankom z południowej części Półwyspu Bałkańskiego. Decydenci EBC zareagowali w ten sposób na podjętą niecałe dwa tygodnie wcześniej decyzję greckiego ministra finansów, Janisa Warufakisa, o zaostrzeniu kursu wobec Unii i zakończeniu współpracy z kontrolerami tzw. trojki.

Presja wywierana na Ateny przez europejski establishment z jednej strony, nieustępliwość i gotowość greckiego rządu do konfrontacji oraz spełnienia wyborczej obietnicy „zakończenia upokorzeń narodowych” z drugiej doprowadziły do wynegocjowania tymczasowego zawieszenia broni. Nikt w Brukseli, Berlinie ani w Atenach nie jest usatysfakcjonowany rezultatem negocjacji, a politycy wrócą do stołu za kilka miesięcy, by ocenić greckie plany reform, co de facto oznacza konieczność przeprowadzenia drugiej tury rozmów. Tymczasem w krajach południa Europy ruchy eurosceptyczne rosną w siłę.

KRYTERIA UNII WALUTOWEJ

Pierwotnym błędem europejskiej klasy politycznej, który spowodował obserwowaną od kilku lat lawinę nieszczęść gospodarczych i politycznych, było nieuzasadniony entuzjazm wobec integracji europejskiej. Właśnie wiara w „europejski projekt” i niewzruszone przekonanie o konieczności budowania wspólnych, ponadnarodowych instytucji, doprowadziła do ignorowania przesłanek integracji ekonomicznej i przyjmowania kolejnych krajów do unii walutowej bez oglądania się na rzeczywistą kondycję ich gospodarek.

Sama natura unii walutowej jest tematem badanym przez ekonomistów od dziesięcioleci. Od lat ‘60 ubiegłego wieku rozwijana jest teoria optymalnych obszarów walutowych. Pierwotnie związana z analizą przyczyn fiaska systemu z Bretton Woods, w przypadku ogólnym określa warunki przyjęcia przez dwa kraje lub więcej jednolitego reżimu monetarnego.

W toku dyskusji wyróżniono szereg kryteriów, jakie powinny spełniać gospodarki integrujące się monetarnie. Przy okazji tworzenia Unii Gospodarczej i Walutowej teoria znów stała się przedmiotem debaty akademickiej, a do kryteriów wcześniej sformułowanych dodano nowe, tworząc w ten sposób tzw. nową teorię optymalnych obszarów walutowych.

Krótko mówiąc, warunkami wprowadzenia jednej waluty w kilku krajach są przede wszystkim: swoboda przepływu kapitału i siły roboczej, podobieństwo mechanizmów transmisji polityki monetarnej oraz elastyczność rynków pracy. Ponadto wśród kryteriów uwzględnia się podobieństwo stóp inflacji oraz wielkość wymiany handlowej pomiędzy zainteresowanymi krajami. Zgodnie z teorią te (i inne) właściwości integrujących się monetarnie gospodarek uodporniają je, wobec braku możliwości elastycznych dostosowań kursu walutowego, na tzw. szoki asymetryczne, czyli zdarzenia powodujące wzrost popytu na dobra produkowane w jednym kraju i równoczesny spadek popytu na dobra produkowane w pozostałych krajach. Wystarczy jednakże rzucić okiem na gospodarki południa Europy, by przekonać się, że nie spełniają one – i nigdy nie spełniały – przywołanych wymogów.

POLITYKA FISKALNA OSTATNIĄ DESKĄ RATUNKU

Jeśli jednak powyższe kryteria są tylko częściowo spełnione – jak w przypadku strefy euro – szoki asymetryczne złagodzić może redystrybucja fiskalna między integrującymi się obszarami. Ponieważ w wielu państwach członkowskich Unii Europejskiej zarówno zakres osłon socjalnych, przepisy prawa pracy, prawa gospodarczego, jak i skłonność ich obywateli do migracji za chlebem od początku dalekie były od modelowych założeń, od kilku lat wszyscy jesteśmy świadkami takiej redystrybucji, a więc finansowania jednych krajów przez inne. Europejscy decydenci niezdarnie usiłują ukryć ją za fasadą instytucji pseudorynkowych: tak oto mamy powstałe w 2010 roku Europejski Instrument Stabilności Finansowej (European Financial Stability Facility, EFSF) oraz Europejski Mechanizm Stabilizacji Finansowej (European Financial Stabilisation mechanizm, EFSM), czyli podmioty stanowiące zalążek emitenta wspólnego długu całej Unii Europejskiej.

W celu utrzymania stabilności ekonomicznej EFSF może na przykład, obok podejmowania innych działań, choćby pożyczania pieniędzy pod warunkiem przeprowadzenia przez dłużnika niezbędnych reform, interweniować – w „wyjątkowych sytuacjach” – na pierwotnym rynku długu, czyli, krótko mówiąc, bezpośrednio finansować państwa mające problemy gospodarcze. Tego ostatniego nie wolno robić Europejskiemu Bankowi Centralnemu, chociaż i ten zakaz jest od lat obchodzony. Jak dotychczas z pomocy obu instytucji skorzystały Irlandia, Portugalia oraz – w największej kwocie – Grecja (w ramach drugiego pakietu pomocowego; pierwszy, na który złożyły się państwa strefy euro z wyłączeniem Słowacji oraz MFW, powstał przed utworzeniem EFSF oraz EFSM).

Praktyka pokazuje więc, że instytucje gospodarcze państw członkowskich strefy euro dostosowują się do docelowego kształtu określonego w teorii optymalnych obszarów walutowych dość mozolnie (o ile w ogóle), przez co instrumentem łagodzenia skutków permanentnej nierównowagi staje się wspólna polityki fiskalna. Jej politycznym kosztem dla krajów-beneficjentów jest natomiast konieczność przeprowadzania reform strukturalnych, czyli dostosowania się post factum do wymogów opisanych powyżej, na co ze zrozumiałych względów naciskają przedstawiciele płatników, głównie politycy niemieccy. Reformy te jednak są wybitnie nie w smak narodom południa Europy.

SUWERENNY OPÓR

Dynamika polityki greckiej, a także włoskiej, hiszpańskiej i portugalskiej pokazuje, że od lat na południu narasta fala kontestacji porządku polityczno-ekonomicznego związanego z ustanowieniem wspólnej waluty w wielu krajach Unii Europejskiej. Stosowanym w krajach południa mechanizmem amortyzacji szoków asymetrycznych w epoce przed wprowadzeniem euro było deprecjonowanie (bądź dewaluowanie) waluty – parę interesujących wyimków z historii bankowości centralnej i polityki monetarnej tych państw podaje Philipp Bagus w swojej pracy „Tragedia euro”. Dość powiedzieć, że od 1973 do 2000 roku cena dolara wyrażona w drachmach wzrosła prawie jedenastokrotnie, kiedy w tym samym okresie sam dolar bardzo poważnie osłabił się do marki czy jena. Praktyka obrony stabilności kursu krajowej waluty, tak samo jak związana z nią niezależność banku centralnego, była natomiast rozwiązaniem typowo niemieckim i holenderskim.

Kraje południa były również przez dekady niekonkurencyjne – korupcja we Włoszech od czasów załamania się prosperity w Italii w latach ’60 jest wręcz legendarna, tak samo jak rozdęte przywileje socjalne dla zatrudnionych w Grecji, przede wszystkim w sektorze publicznym – lecz płynny kurs walutowy przynajmniej częściowo amortyzował skutki przewag konkurencyjnych północnej Europy. Po przyjęciu euro, wobec niemożliwości dalszego stosowania powyższych mechanizmów, król okazał się nagi: we Włoszech, Grecji czy Hiszpanii produkcja przestawała się opłacać. Jak nigdy wcześniej opłacało się natomiast zaciąganie długu przez rządy, a to dzięki rozciągniętej na całą unię walutową wiarygodności kredytowej Niemiec.

Społeczeństwa południa nie pogodziły się jednak nigdy z koniecznością reform strukturalnych, które umożliwiłyby im funkcjonowanie w jednym obszarze walutowym z gospodarkami konkurencyjnymi. Nie było zresztą takiej potrzeby, skoro latami unijna wierchuszka przez palce spoglądała na instytucjonalne zaniedbania państw, w których te społeczeństwa żyją. Rosnące w siłę populistyczne lub skrajnie lewicowe ugrupowania, odnoszące sukcesy w Hiszpanii (Podemos), we Włoszech (Ruch Pięciu Gwiazd) czy w Grecji (Syriza), odwołują się do bliskich narodom południa wyobrażeń na temat docelowego kształtu gospodarki, znanego z niedawnej przeszłości, a dalekiego od spiżowych wymogów unii monetarnej. Uderzają przy tym w czułą strunę narodowej suwerenności: nie chcemy, mówią, dyktatu brukselskich urzędników! – chcemy żyć po swojemu, chcemy samodzielnie określać politykę ekonomiczną naszych krajów. Dość dyktatury technokratów, czas na demokrację i godność narodową.

Trudno odmówić im słuszności w tym sensie, że oddolna, demokratyczna legitymizacja państwa i jego działań jest normatywnym standardem powojennej polityki europejskiej. Nawet jeśli społeczeństwa południowej Europy zdecydują się na politykę złą w świetle obiektywnych kryteriów, zrobią to na własną odpowiedzialność i rozliczą z tego własnych polityków. Dziś za swoje problemy mogą obwiniać brukselskich biurokratów, Angelę Merkel czy Maria Draghiego. Integracja europejska bez demokratycznej aprobaty okazuje się więc potiomkinowską wioską ukrywającą tarcia, konflikty i przymus.

BEZ SPOŁECZNEGO PRZYZWOLENIA ANI RUSZ

Wobec permanentnej luki między modelowymi kryteriami unii walutowej a faktycznym stanem instytucji gospodarczych w krajach południa, interwencje fiskalne na poziomie unijnym stały się normą. Nie ma niczego zaskakującego w tym, że największy płatnik, czyli Niemcy, ma najwięcej do powiedzenia w negocjacjach z krajami-beneficjentami. Politycy greccy stanęli w rozkroku pomiędzy wolą społeczeństwa a oczekiwaniami brukselskich oraz berlińskich notabli; wkrótce z tym samym problemem zmierzą się pewnie politycy portugalscy, hiszpańscy oraz włoscy. Niezadowolenie społeczne narasta, dynamika nastrojów społecznych działa przeciwko brukselskiej biurokracji.

Z pewnością elastyczny rynek pracy, redukcja świadczeń socjalnych i kosztów pracy oraz swoboda przepływu kapitału to dobre rozwiązania, z których – implementowanych w różnym stopniu – z sukcesami korzystają konkurencyjne gospodarki USA czy Niemiec. Jednakże żywa tradycja demokratycznego państwa narodowego nie pozwala wymusić wprowadzenia ich tam, gdzie społeczeństwa sobie tego nie życzą, bez podeptania pryncypiów narodowej suwerenności. Z lekceważenia siły demokratycznej ideologii nie wyłoni się w najbliższych latach lepszy, chociaż wprowadzony politycznym przymusem porządek, lecz raczej więcej napięć, narodowych resentymentów, oskarżeń o imperializm oraz nienawiści do europejskiego establishmentu. Rozwiązanie unii walutowej wydaje się zatem prawdopodobnym scenariuszem raczej w średnim aniżeli długim okresie polityki międzynarodowej, zaś nowy ład europejski pozbawiony będzie – być może – elementu marzycielskiego federalizmu w skali kontynentu.

Karol Zdybel