Państwo i Prawo
Koniec sklepiku na osiedlu
02.03.2015

Handel był dziedziną, do której zmiany związane z transformacją ustrojową dotarły najszybciej. Polska zapełniła się bazarami i innymi prowizorycznymi często miejscami, w których można było robić zakupy. Wielu obrotniejszych kupców mogło wkrótce później zainwestować już w lokal do prowadzenia działalności. Tak powstawały małe rodzinne sklepy, które stanowiły pokaźną część rodzimego biznesu. Korzystając z posuchy na rynku po okresie PRLu wielu z tych drobnych sklepikarzy osiągnęło pewne biznesowe sukcesy.

Transformacja przyniosła także za sobą inwestycje zachodniego kapitału, który w tym sektorze objawiał się pojawieniem sklepów wielkopowierzchniowych. Pierwszym takowym była “Billa”, która pojawiła się w Warszawie w 1991 roku. Wkrótce pojawiały się kolejne, także te największe zwane hipermarketami. Kiedy w Warszawie stanął pierwszy hipermarket (”HIT” w 1994) mieszkańcy stolicy słali petycje o wprowadzenie nowej linii autobusowej, która ułatwiłaby komunikacje z nim.

Zachodnie sieci witane były w kraju z dużą radością. Podkreślono ilość miejsc pracy, które supermarkety wytwarzają. Otwarcia takowych sklepów zwykle organizowano z wielką pompą z udziałem lokalnych samorządowców. Bagatelizowano, a czasami zupełnie nie dostrzegano negatywnego wpływu obcych sieci na funkcjonowanie polskich drobnych handlarzy. Jeśli ci mieli jakiś obrońców, to mocno wątpliwych w postaci populistów pokroju Andrzeja Leppera.

Pierwotnie największymi sukcesami cieszyć się mogły tzw. hipermarkety o powierzchni sprzedaży większej niż 2500 mkw. Szybko po największych miastach zaczęły się pojawiać się także w miastach mniejszych. Weekendowe zakupy w markecie nabrały tak szerokiego charakteru, iż nawet Kościół Katolicki musiał zacząć apelować o spędzanie niedzieli na nabożeństwach, a nie na zakupach.

Obecnie hipermarkety znajdują się w pewnym odwrocie. Znacznie mniej ich już także powstaje, a wszelkie ruchy na tym rynku, jak kupno marketów ”Real” przez ”Auchan”, obarczone są dość dużym ryzykiem. Zmienił się sposób spędzania czasu oraz – co istotniejsze – zmieniła się sytuacja gospodarcza. Przeciętnie zarabiający nie mogą sobie pozwolić na wielkie zakupy ”na zapas”. Bynajmniej jednak zastój hipermarketów nie wiąże się z powrotem klientów do osiedlowych sklepików. Owszem, na osiedlu klienci zostają, ale kupują głównie we wszechobecnych dyskontach.

Według badań Nielsena w 2012 roku hipermarkety osiągnęły 13% udziałów w rynku, supermarkety (301-2500 mkw) 20%, dyskonty 22% a handel tradycyjny 45%. Prognoza na 2018 pokazuje, że dyskonty rosnąć będą w siłę, stanowiąc już ponad 30% rynku, zyskają też mniejsze supermarkety i ich udział ma wynieść 28%. Hipermarkety utrzymają stały poziom, za to stracą drobni sklepikarze. Ich udziały skurczą się do 28%, czyli oddadzą oni palmę pierwszeństwa dyskontom.

Spada i spadać będzie też liczba sklepów. W ciągu ostatnich 5 lat zamknięto ich około 60 tysięcy.  Nie są one wobec zagranicznych sieci konkurencyjne, szczególnie cenowo. W przeciwieństwie do dużych graczy nie mogą one liczyć na preferencyjne ceny u dostawców. Co gorsza istnieje także pomiędzy nimi wielka dysproporcja podatkowa.

W normalnej sytuacji zapewne przetoczyłaby się dyskusja, czy opierać się wyłącznie na mechanizmach rynkowych i w żaden sposób nie wspierać małego handlu, czy też ze względu na większe możliwości negocjacyjne z dostawcami dużych graczy nie zastosować mechanizmów  pomagających w jakiś sposób mniejszym podmiotom. Za jednym i za drugim działaniem stoją pewne argumenty. W Polsce wszystko jednak stoi do góry nogami i nie dość, że zagraniczne sieci mają naturalnie łatwiej, to jeszcze w większości nie płacą podatków.

Przez odpowiednie planowanie finansowe sieci wykazują straty lub niewielki dochód. Prawdziwy dochód transferowany jest do centrali. Polska skarbówka w stosunku do takich procederów umywa ręce. Na palcach można policzyć nieliczne sieci, które odprowadzają pieniądze do kiesy państwa.

Wadliwy system podatkowy zabija ten segment wbrew woli konsumentów. Tradycyjne sklepy nadal są odwiedzane przez 90% społeczeństwa, mimo ich problemów z konkurencyjnością. Wielu z nas preferuje jednak sprawdzoną formę zakupów. Gdy jednak brakuje pieniędzy w portfelu, sentymenty przestają grać role i mimo niechęci do ”Biedronki” czy ”Lidla” konieczne stanie się robienie zakupów właśnie tam.

Jedynym ratunkiem dla drobnych przedsiębiorców wydaje się być franczyza, coraz bardziej popularna. Scalenie pozwala wynegocjować korzystniejsze ceny z dostawcami. Ogranicza ona jednak wolę właściciela co do sprowadzonych towarów oraz sporo kosztuje. Jeśli jednak za kilka lat zachowają się jakieś małe sklepy to już raczej tylko pod szeroko znaną marką. Pójście do sklepu sąsiada, który nazywa się i wygląda mniej więcej tak samo od dwudziestu lat może stać się już wkrótce historią.

Zawężenie się rynku i dominacja wielkich graczy zaczyna też wpływać negatywnie na producentów. Dyskonty, a nawet coraz częściej hipermarkety ograniczają liczbę dostępnych towarów, ograniczając się do kilku producentów. Tym samym mogą one dyktować warunki. Dla wielu bowiem mniej znanych marek obecność ich towarów na półkach kilku istotnych sieci to być albo nie być.

Cieszyć się można jedynie, że pojawiają się polscy przedsiębiorcy stawiający czoła zachodnim sieciom. Dowodem jest sukces supermarketów ”Piotr i Paweł”, należący do braci Wosiów. Niestety zdaje się to być jedynie wyjątek potwierdzający smutną regułę powolnego upadku polskiego handlu.

Kamil Rybikowski