Gospodarka
Koszty strajku w JSW. Pieniężne i wizerunkowe.
17.02.2015

Wynegocjowano 6 dniowy tydzień pracy kopalni i uzależnienie 50% czternastej pensji od wyniku finansowego spółki(druga połowa stała). Szacuje się, że oszczędności z tego tytułu mogą wynieść do 300 mln. Ustępujący prezes podkreślił jednak, że JSW będzie się domagać od liderów związków odszkodowania za rzekomo nielegalny strajk. 

Kolejny ze strajków w niesprywatyzowanej części polskiego górnictwa sugeruje niekorzystność pozostawiania spółek tego sektora w rękach państwa. Negatywne efekty tego stanu rzeczy są dwa. Z jednej strony niezwykła siła i kosztowność związków zawodowych – o 21% więcej związkowców niż pracowników(ze względu na przynależność do kilku związków naraz), kosztujących ok. 11 mln pln rocznie. Z drugiej  strony kiepskie zarządzanie firmą, której cena akcji spada niemal bezustannie od debiutu na giełdzie i wynosi dziś ok 20% początkowej wartości. Nie brak nawet podejrzeń, że obie strony działają „w zmowie”, jednak odium winy wydaje się być przez media i portale społecznościowe spychane wyłącznie na górników.

Koszty wynikające z braku wydobycia węgla, szacowane na ponad 400 milionów złotych utraconego przychodu to niestety nie jedyne koszty strajku. Niebezpieczne ekscesy i starcia z policją nie pomogą raczej wizerunkowi związkowców i górników w społeczeństwie. Wprawdzie przedstawiciele związków dystansowali się od tych zdarzeń i wskazywali innych winnych ich zaistnienia, jednak w oczach opinii publicznej utrwali się przez nie obraz związkowca i górnika jako dobrze sytuowanego pracownika, a mimo to palącego opony, krzyczącego i utrudniającego życie innym. W dodatku działającego nieodpowiedzialnie i wywołującego awantury grożące życiu i zdrowiu. Nawet pomijając społeczne koszty strajku teoria ekonomii pozostaje krytyczna wobec roli jaką związki zawodowe pełnią na rynku pracy. Wprawdzie pełnią pozytywną rolę jako instytucje samopomocowe i pomagające członkom w trudnych sytuacjach życiowych czy w podnoszeniu kwalifikacji, jednakże chroniąc i rozszerzając prawa pracownicze a także wpływając na podwyżki płac, chcąc nie chcąc przyczyniają się do wzrostu bezrobocia. Pieniądze, które można by spożytkować na zatrudnienie nowych pracowników zostają wydane na podwyżki, a pracownicy, których wydajność jest mniejsza niż zawyżona pensja muszą pożegnać się z miejscem pracy. W przeciwnym razie firma odnotuje straty i będzie trzeba ją zamknąć, lub osiągnie mniejsze zyski i właściciel może zechcieć zmienić branże, co również poskutkuje zamknięciem firmy. Oczywiście w przypadku przedsiębiorstw państwowych sytuacja jest o tyle inna, że często związkowcy nie muszą się martwić o straty, gdyż należąc do „sektora strategicznego”(zwykle takie pozostają państwowe) mogą liczyć na dofinansowanie z budżetu. W efekcie najsilniejsze związki zawodowe spotykamy w spółkach należących do skarbu państwa i otrzymujemy obraz uprzywilejowanych związkowców na dobrze opłacanych etatach, którzy jeszcze się awanturują. Jest w tym obrazie nieco prawdy, ale…

Przecież jeszcze dekadę, dwie dekady temu było inaczej. Solidarność kojarzyła się z potężnym ruchem ogólnospołecznego buntu wobec PRL. Strajki robotników przyczyniły się do powstania siły łączącej Polaków bez względu na wykonywaną pracę. Czy z tego etosu nic nie zostało? Czy związkowcy przeistoczyli się w egoistycznych kryptokomunistów rodem z wolnorynkowych legend o Margaret Thatcher? Wydaje się, że jednak nie, a w każdym razie nie wszyscy. Bez wątpienia propaganda mająca przedstawić górników w złym świetle odnosi niebywałe sukcesy. Przede wszystkim utożsamia górników ze związkowcami, co jest nadużyciem, gdyż pojawiły się głosy sprzeciwu górników wobec związków, jednak trudno ocenić siłę tej wewnątrzkopalnianej opozycji. Na forach internetowych roi się od memów i wpisów oskarżających pracowników o problemy spółek, a przecież to nieprawda, a w każdym razie poważna nieścisłość. To nie związkowcy zarządzają państwowymi spółkami, choć korzystają z takiej sytuacji. Ani strajk w JSW ani wcześniejszy w Kompanii Węglowej nie odbywał się pod hasłem sprzeciwu wobec prywatyzacji jako takiej. W obu wypadkach powodem strajku było złe zarządzanie przedsiębiorstwami, które prowadziło i prowadzi je po równi pochyłej. Z pewnością wśród związkowców znajdą się zwolennicy utrzymania własności państwowej fabryk. Część (zwłaszcza z OPZZ) może nawet popierać to rozwiązanie z pobudek ideowych a nie ze zwykłego strachu o miejsce pracy. Jednak były przewodniczący Solidarności Janusz Śniadek (obecnie poseł wcale nie tak wolnorynkowego PiS) w rozmowie z Cezarym Kaźmierczakiem wcale nie krytykował pomysłu prywatyzacji kopalń. Wręcz przeciwnie – wskazywał, że na pomorzu miały miejsce strajki mające na celu wymuszenie lepszego przeprowadzenia prywatyzacji stoczni. Z wypowiedzi Śniadka można wywnioskować, że związki zawodowe nie sprzeciwiają się prywatyzacji ale poprzedzającemu ją zarządzaniu, które mocno zaniża wartość spółek, by w efekcie sprzedać je za półdarmo. Trudno to stanowisko uznać za antyrynkowe czy sprzeciwiające się interesom gospodarczym Polski i Polaków. Problemem jednak pozostaje „sprzedanie” takiego stanowiska reszcie społeczeństwa, które widzi w telewizorze płonące opony i wykrzykujących, najprawdopodobniej agresywnych mężczyzn. I ewentualnie Janusza Śniadka, który nie do końca klarownie artykułuje swoje stanowisko, miejmy nadzieję, że podzielane przez większość związkowców.

Pamiętając o często niekorzystnej roli związków zawodowych dla gospodarki nie powinniśmy dać się opanować antyzwiązkowej histerii. To nie związkowcy zarabiają w kopalniach najwięcej(nie mówiąc już o szeregowych górnikach) i to nie do nich należy ostatnie słowo w sprawach zarządu. To nie związkowcy i górnicy doprowadzili do coraz niższej wartości akcji JSW. Z pewnością skorzystali na państwowości swej spółki, jednak z perspektywy czasu może się okazać, że zostali niejako wrobieni i posłużą za kozły ofiarne problemów z państwowym górnictwem. 

Jacek Kubisz