Bezpieczeństwo
Krótka przerwa w meczu o Donbas Arenę
21.02.2015

Rankiem 18 lutego ukraińskie oddziały poddały Debalcewe, miasto leżące w połowie drogi pomiędzy Donieckiem a Ługańskiem, i z ciężkimi stratami wycofały się na północny-zachód w stronę Artemiwska. Krwawe walki pomiędzy wojskami separatystów a okrążoną armią ukraińską toczyły się tam od ponad miesiąca, nawet pomimo rozpoczętego w sobotę rozejmu, który  został wynegocjowany podczas szczytu w Mińsku 11 lutego. Strategiczne położenie Debalcewa oraz zaangażowanie tysięcy żołnierzy nie pozwoliły żadnej ze stron na przerwanie działań wojennych. Dopiero decyzją prezydenta Poroszenki, motywowaną jakoby niewpuszczeniem obserwatorów OBWE przez separatystów do miasta, prawie 7 tysięcy ukraińskich żołnierzy opuściło zajmowane pozycje. Obecnie walki  toczą się w m.in. w rejonie Mariupola nad Morzem Azowskim. Jednocześnie, 17 lutego Rada Bezpieczeństwa ONZ jednogłośnie przegłosowała rezolucję naciskającą na wprowadzenia w życie postanowień mińskich. Za tą rezolucją szczególnie optowała Rosja, co Samantha Power, amerykańska ambasador przy ONZ, określiła jako „co najmniej ironiczne”. Tak obecnie wygląda sytuacja na Ukrainie, gdzie w czasie zawieszenia broni nie milkną lufy karabinów i dział,  a główny gracz, który niejawnie wspiera separatystów, nawołuje na ogólnoświatowym forum do egzekwowania rozjemczego układu.

Czy istnieje zatem szansa na wyegzekwowanie postanowień ze szczytu w Mińsku? Pytaniem, które warto sobie postawić jest również to, czy owe postanowienia, jeśli zostaną wprowadzone w życie, będą podstawą realnego procesu pokojowego? Podpisane porozumienie w niektórych kręgach już zostało przyrównane do konferencji monachijskiej, a europejscy przywódcy, wzorem Neville’a Chamberlain’a, mieli naiwnie i krótkowzrocznie stwierdzić, że apetyty wielkiego oponenta zostały zaspokojone i dalsza eskalacja konfliktu nie dojdzie do skutku. Skrajne komentarze określają zaś negocjacje w Mińsku mianem drugiej Jałty i rozbioru Ukrainy. Czego dokładnie dotyczyły te rozmowy?

Konferencja odbyła się 11 i 12 lutego i była już drugim szczytem w białoruskiej stolicy dotyczącym sytuacji na Ukrainie. Bezpośrednią przyczyną spotkania było nasilenie się walk w styczniu tego roku. Znamienne jest tutaj zdobycie przez separatystów donieckiego lotniska w dniu 21 stycznia, które było ostatnim punktem oporu ukraińskich wojsk w tym mieście. Przesunięcie się rejonu walk na  zachód i ofensywa prorosyjskich oddziałów na Debalcewe całkowicie pogrzebała ustalenia pierwszego, wrześniowego spotkania w Mińsku. Plan zorganizowania kolejnego spotkania wyszedł ze strony duetu Merkel- Hollande 7 lutego, a na miejsce obrad ponownie wybrano miński Pałac Niepodległości. Sygnatariuszami porozumienia zostali: Leonid Kuczma, były prezydent reprezentujący Ukrainę; Aleksander Zacharczenko, przywódca Donieckiej Republiki Ludowej; Igor Płotnicki, przywódca Ługańskiej Republiki Ludowej oraz reprezentant OBWE Heidi Tagliavini.

Postanowienia drugiego szczytu w zdecydowany sposób są oparte na pierwszym protokole mińskim, jednakże są one uszczegółowione i pozbawione ogólnikowego, wręcz życzeniowego tonu, którego przykładem był punkt 7., czyli wezwanie do wewnątrzukraińskiego dialogu i porozumienia. Ponownie zatem podpisano zawieszenie broni, jednakże ustalono dokładną datę (00.00 15 lutego) oraz, co nowe, wyznaczono pięćdziesięciokilometrową strefę zdemilitaryzowaną, która dla oddziałów ukraińskich rozpoczynała się od aktualnej (aktualnej na 12 lutego) linii frontu, a dla separatystów od linii opisanej w pierwszym protokole mińskim. Dodatkowo w promieniu co najmniej 70 km ma zostać wycofana ciężka artyleria, a w zasięgu 140 km wyrzutnie rakiet, takie jak Uragan czy  Toczka- U.  Wszystko do czternastu dni od podpisania porozumienia. Cały proces ma kontrolować OBWE. Właśnie na ten casus powołał się Poroszenko wycofując ukraińskie oddziały z Debalcewa. Kolejne punkty porozumienia dotyczą normalizacji życia w Donbasie, poprzez pomoc humanitarną, uwolnienie wszystkich jeńców oraz przywrócenie sprawnego systemu finansowego. Ważną kwestią jest wycofanie z obszaru Ukrainy wszystkich zagranicznych oddziałów, najemników, sprzętu oraz rozbrojenie nielegalnych grup. W tym punkcie Zachód wiąże sobie ręce w przypadku ewentualnej pomocy wojskowej dla Ukrainy, która byłaby tym samym nielegalna, zgodnie z nowymi postanowieniami mińskimi. Spełnienie powyższych postulatów byłoby warunkiem przewidzianych wyborów w Donbasie. W tym miejscu pojawia się najbardziej drażliwa kwestia, która, tak jak wcześniej napisano, sprowokowała porównania Mińska do paktu rozbiorowego czy podziału stref wpływów. We wrześniowym protokole wezwano do „decentralizacji siły” na Ukrainie i do rozpisania nowych wyborów w Donbasie. W nowym dokumencie jest mowa o wyborach i  o „reformie konstytucyjnej na Ukrainie” przed końcem 2015 roku, której kluczowym aspektem byłaby decentralizacja wraz z prawem do nadania specjalnego statusu obwodom donieckiemu i ługańskiemu. Dodatkowo przedstawiciele Donbasu mieliby zostać dopuszczeni do niektórych prac grupy trójstronnej (Trilateral Contact Group), do której należy Ukraina, Rosja i OBWE. Nowy dokument miński przywraca również Ukrainie kontrolę nad granicą z Rosją, jednak tylko w okresie od wyborów w Donbasie do wypełniania wszystkich politycznych regulacji związanych z nimi. 

Nie całkiem nowe, lecz bardziej uszczegółowione porozumienie mińskie, z dodatkiem wspomnianych wyżej kwestii odnośnie zmian konstytucyjnych, jest z całą pewnością bardziej korzystne dla donbaskich separatystów, a co za tym idzie dla Moskwy, niż dla Kijowa. Historia jego poprzednika pokazuje jednak jak trudne jest wprowadzenie tych postanowień w życie. Nawet pomimo szczegółowego zdefiniowania warunków rozejmu i przyszłości Donbasu decydujący głos w sprawie realizacji porozumienia należy do Władimira Putina. Rosyjski przywódca prowadzi wygodną i dość cyniczną grę propagując na arenie międzynarodowej porozumienie, jednocześnie wspomagając separatystów, którzy walczą o kolejne tereny. Dzięki korzystnym dla siebie ustaleniom w Mińsku może dalej sondować cierpliwość Zachodu w oczekiwaniu na bardziej ostre reakcje. A czy wypełnienie wszystkich postulatów obecnego porozumienia przyniosłoby trwały pokój we wschodniej części państwa ukraińskiego? Bezsprzeczne jest to, że Donbas potrzebuje stabilizacji i zaprzestania działań wojennych. Inną kwestią jest decentralizacja samej Ukrainy. Obwody doniecki i ługański nawet obdarzone autonomią, lecz ciągle pozostające w ramach  proeuropejskiej i postmajdanowskiej Ukrainy, ciążyłyby ku Moskwie. Byłby to tzw. konflikt zamrożony, nadal destabilizujący państwo i odkładający tylko konflikt zbrojny w czasie.

Kończąc, warto spojrzeć z naszej perspektywy na „wielkich nieobecnych” szczytu w Mińsku. Pierwszym z nich są Stany Zjednoczone. Zastanawiający jest brak delegacji Waszyngtonu, który od zakończenia II wojny światowej zawsze brał udział w tego typu rozmowach w Europie. Czy możemy tutaj mówić o zwrocie, o momencie, w którym Europa „rządzi się sama”? Jest to dość duże przejaskrawienie, jednak niezbicie widoczny jest geopolityczny wzrost znaczenia Niemiec właśnie kosztem USA. Drugim nieobecnym rozmów mińskich jest Polska. Nasi politycy tłumaczyli to faktem, że nasze interesy są tożsame z interesami całej wspólnoty europejskiej.  Ta zaś jest świetnie reprezentowana przez Niemcy i Francję. Opinię te mocno podkopują jednak przykłady Węgier, a także w mniejszym stopniu Czech i Słowacji, które prowadzą własną politykę wobec Rosji. W tym miejscu warto sobie samemu odpowiedzieć na pytanie jak zgodna jest wspólnota europejska, a także jakie stanowiska wobec Rosji prezentuje każdy z naszych sąsiadów. Suma tych stanowisk i określenie jasnych relacji z Rosją pozwoliłby na wypracowanie porozumienia, które byłoby z pewnością więcej warte niż niespełnione obietnice z Mińska.

 

Paweł Klukowski