Demografia
Kto wypełni lukę demograficzną w Polsce?
10.02.2015

Według prognoz opublikowanych w raporcie Boston Consulting Group w 2030 roku Polska będzie potrzebowała 20 milionów pracowników, przy jedynie 16 mln osób aktywnych zawodowo w naszym kraju. Przyczyni się do tego zarówno tragiczna sytuacja dotycząca urodzeń w Polsce (zaledwie 1,3 dziecka na kobietę), jak również „wielka emigracja” na zachód Europy. Wyjeżdżają głównie ludzie młodzi w przedziale wiekowym 25-40 lat, którzy będąc w wieku produkcyjnym, jednocześnie mieszczą się w wieku rozrodczym. Polskie społeczeństwo się starzeje się, a nasza piramida demograficzna coraz mniej przypomina… no właśnie piramidę, co więcej już niedługo jedna osoba będzie musiała pracować na jednego emeryta.

Polityka prorodzinna nie wystarczy

Bezsprzecznym priorytetem w odwróceniu naszej sytuacji demograficznej powinno być naprawienie kulejącego systemu polityki prorodzinnej. Jeśli współczynnik dzietności kobiet nie przekroczy magicznego progu 2,0 – to prędzej czy później możemy mieć problem z zastępowalnością pokoleń. Jednak nawet gdyby diametralne zmiany w polityce prorodzinnej zaszły już w 2015 roku, powodując znaczny wzrost urodzeń – w co szczerze wątpię – to i tak kwestia niedoboru pracowników za lat 15 może stanowić nie lada wyzwanie dla polskiej gospodarki.

Problem potęguje emigracja. Tylko biorąc pod uwagę emigrację ekonomiczną po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, za naszymi granicami stale bądź czasowo przebywa 2 miliony Polaków. O ile spora część z nich twierdzi, że wróciłaby do Polski, gdyby sytuacja ekonomiczna w naszym kraju uległa poprawie, to czas działa na naszą niekorzyść, a zapomnieć już na pewno możemy o emigrantach z lat wcześniejszych, choćby emigracji lat 80-tych. Widma polepszenia sytuacji ekonomicznej też na horyzoncie nie widać. Warto zastanowić się więc nad tym jak zablokować ten odpływ, a jednocześnie uzupełnić lukę, która powstała. Najlepszą receptą wydaje się być tutaj imigracja. 

Statystyki nie kłamią

Jeśli przyjrzymy się statystykom, to zauważymy, że jesteśmy w szarym ogonie krajów Europy pod względem ilości imigrantów. Wśród krajów UE obok Słowacji, Litwy czy Bułgarii, mimo demograficznego kryzysu mamy najniższy odsetek imigrantów. Z danych Eurostatu wynika, że na 1 tys. mieszkańców Polska nadaje obywatelstwo 0,1 osobie. Dla porównania wskaźnik ten w Wielkiej Brytanii wynosi 2,8, w Szwecji 3,9, a w Szwajcarii 4,6. Podobnie wypadamy także na tle naszych zachodnich sąsiadów. Ponad 100 tys. rocznie nowych obywateli Niemiec, z czego część stanowią Polacy, w stosunku do zaledwie kilku tysięcy w Polsce mówi samo za siebie.

O ile powyższa sytuacja ma swoje niewątpliwe plusy – z uwagi na fakt, że pochopne naturalizowanie imigrantów może mieć swoje niekorzystne konsekwencje np. wówczas, gdy wśród imigrantów rośnie przestępczość, a jako obywateli nie można ich deportować – to równie słabo wypadają dane dotyczące zezwolenia na zamieszkanie na czas oznaczony, który nie rodzi takich kontrowersji, jak nadanie obywatelstwa.

W 2013 roku takich wniosków przyjęto zaledwie 35 tys., z czego jedną trzecią stanowili Ukraińcy. Ważne karty pobytu posiada w Polsce ponad 120 tys. cudzoziemców, a 60 tys. obywateli państw UE zarejestrowało swój pobyt na terytorium RP. Ponadto ok. 5 tys. stanowią osoby, przebywające w Polsce w związku z różnymi formami ochrony (status uchodźcy, ochrona uzupełniająca czy pobyt tolerowany). Włączając w to imigrantów krótkookresowych i sezonowych możemy mówić o łącznej liczbie nieco ponad 300 tysięcy.

Kto kogo nie chce? My ich czy oni nas?

Dla wielu krajów jesteśmy jednak atrakcyjni ekonomicznie. Obywatele Ukrainy, Białorusi czy Kazachstanu, a nawet odległego Wietnamu patrzą na nas tak, jak my patrzymy na Niemcy bądź Wyspy Brytyjskie. Nie możemy zapominać też o tym, że w krajach byłego ZSRR żyje kilka milionów ludności, która ma polskie korzenie, a Polska jawi się dla nich nie tylko jako lepszy świat, ale również jako ojczyzna przodków. Dlaczego więc mimo dużego rezerwuaru potencjalnych imigrantów, nasze statystyki wyglądają tak mizernie?

Nie wchodząc w głębszą analizę, można wyróżnić dwa podstawowe powody. Po pierwsze dla wielu migrantów stanowimy jedynie kraj tranzytowy, przystanek w drodze do Europy Zachodniej. Sprzyja temu poniekąd Strefa Schengen. Jednak dla niektórych nawet lepsze życie na Zachodzie nie zastąpi bliskości kulturowej czy też geograficznej, które dzielimy z naszymi wschodnimi sąsiadami. Tymczasem tutaj na drodze staje polskie ustawodawstwo. Polska jest krajem nieprzyjaznym imigrantom: trudno im dostać pozwolenie na pobyt i pracę, wymagania formalne w stosunku do nich są koszmarne, a absolwenci uczelni muszą się solidnie namęczyć, żeby nostryfikować swój dyplom. Co gorsza dotyczy to nie tylko obcokrajowców, ale również repatriantów!

Słowiański blond zamiast burki

Gdy przywołujemy profil imigranta często nasuwają nam się na myśl mieszkańcy francuskich suburbi… muzułmanie o bardziej lub mniej ciemnej karnacji i muzułmanki, którym spod tradycyjnego stroju dostrzec można jedynie oczy. Problem odrębności kulturowej przeżywa obecnie nie tylko Francja, ale też kraje skandynawskie czy Benelux. W polityce asymilacyjnej bliskość kulturowa odgrywa rolę nie do przecenienia. Podobny język, kultura, religia czy normy społeczne sprzyjają zarówno imigrantowi, jak również krajowi jego przybycia.

Idąc tym tropem, Polska powinna szczególnie zainteresować się Polakami na Kresach, którym możemy zagwarantować nie tylko lepszy byt, ale również powrót do kraju przodków, a w zamian otrzymać idealny profil imigranta, który zapełni lukę demograficzną. Chętnymi do przyjazdu do Polski, a jednocześnie bliskimi kulturowo narodami są też Białorusini i Ukraińcy. W ich przypadku niewątpliwą zaletą jest częsta znajomość języka polskiego, a nawet w przypadku nieznajomości szybkie jego przyswajanie.

Pol’szcza moju Bat’kiwszczynu!

W 2013 roku do Polski przyjechało ponad 250 tysięcy pracowników ze Wschodu, z czego główny żywioł stanowili Ukraińcy. Stanowią oni również ponad 30% wśród osób, które posiadają kartę pobytu, wyprzedzając pod tym względem kolejnych w zestawieniu obywateli Białorusi i Rosji.

Od wybuchu rewolucji na Majdanie Niezależności nastąpił znaczny wzrost – o ponad 96% rejestrowanych oświadczeń pracodawców o zamiarze zatrudnienia cudzoziemców w krótkookresowej procedurze. Wzrosła też liczba wydanych zezwoleń na pracę, a coraz więcej ukraińskich studentów aplikuje na uczelnie wyższe w Polsce.

Wśród obywateli Ukrainy wielu – zwłaszcza tych z zachodniej części kraju – posiada polskich przodków, co sprzyja procesowi asymilacyjnemu. Choć wielu z nich deklaruje chęć powrotu do ojczyzny, to podobnie jak w przypadku polskiej fali emigracyjnej na Zachodzie, z biegiem czasu coraz więcej osób decyduje się osiąść na stałe.

Czy Ukrainiec nie odejmie nam chleba od ust?

Często sprzeciw wobec imigracji argumentowany jest tym, że imigranci zabierają Polakom miejsca pracy. Jednak gdy spojrzymy na statystyki, to zauważymy, że w Polsce, podobnie jak w innych krajach wysokorozwiniętych wykształcił się już sektor prac imigranckich. Jest to głównie rolnictwo, budownictwo, czy usługi domowe, takie jak sprzątanie oraz opieka. Polskich pracowników ciężko zainteresować taką pracą, a Ukraińcy czy Białorusini nie tylko na nią się godzą, ale w dodatku za mniejsze pieniądze.

Liczba cudzoziemców pracujących w Polsce wynosi zaledwie ćwierć miliona, co w porównaniu z kilkunastomilionowym rynkiem pracy jest jedynie kroplą w morzu potrzeb. Mamy ponadto procedury, które przy chęci zatrudnienia cudzoziemca, nakazują pracodawcy sprawdzenie czy nie ma obecnie zarejestrowanego bezrobotnego, który spełnia wymagania na oferowane stanowisko.

To nie jest kraj dla…

Pewne pozytywne działania zostały podjęte – 1 maja 2013 r. weszła w życie ustawa o cudzoziemcach, która studentom oraz obecnie zatrudnionym ułatwiła możliwość przedłużenia pobytu. Zwiększa się też działalność informacyjna urzędu ds. cudzoziemców i resortu pracy, a polepszeniu ulegają także procedury.

Mimo tego Polska nie zmieniła i pewnie długo nie zmieni się w kraj imigracyjny, a wręcz przeciwnie jesteśmy dostarczycielem zarówno taniej, jak i wyspecjalizowanej siły roboczej dla bogatych krajów Zachodu. W sytuacji, gdy nasza emigracja zdecydowanie przewyższa imigrację, to nasuwa się pytanie nie o to, czy jesteśmy krajem przyjaznym imigrantom, ale niestety o to, czy Polska jest krajem przyjaznym własnym obywatelom?

Marcin Bagiński