Gospodarka
Lekarze strajkują – źle, nie strajkują – jeszcze gorzej.
05.03.2015

Powodem kryzysu w toruńskim szpitalu jest to, że lekarze zachowali się godnie, z klasą i z zachowaniem wszelkich reguł rynku pracy i z poszanowaniem pacjentów. Nie zastrajkowali(legalnie lub nie) aby za pomocą przymusu skłonić dyrekcję do akceptacji i żądań płacowych, lecz jeszcze w grudniu poinformowali, że dotychczasowe wynagrodzenie jest dla nich nie do zaakceptowania i nie przedłużą kontraktów. Warto dodać, że stawki wynagrodzeń pozostawały niezmienione od siedmiu lat… Ich żądania były wprawdzie znaczne – z początku wzrost o 100%, ostatecznie zredukowali do 60%, jednak w przeciwieństwie do górników nie stawiali dyrekcji „pod ścianą” groźbami okupacji szpitala itp. Wręcz przeciwnie – zachowali się z poszanowaniem wszelkich reguł rynkowej i międzyludzkiej współpracy – stwierdzili, że po prostu odejdą. Zrobią miejsce dla innych, których dyrekcja będzie mogła zatrudnić, aby oddział mógł bez przeszkód funkcjonować. Ale dyrekcja najwyraźniej nie zrobiła w tej sprawie wiele i chyba „wzięła lekarzy na przetrzymanie”… W efekcie 10 z 11 lekarzy dotrzymało słowa i od 4 marca przestało pracować w toruńskim szpitalu. Prawdopodobnie ich kwalifikacje (neurologia to dość elitarna dziedzina medycyny) pozwoliły im na znalezienie lepiej płatnych miejsc pracy.

W odpowiedzi na to poważne zachowanie neurologów pojawiła się standardowa nagonka medialna na lekarzy. Że „powołanie”, że „służba”, że „granie zdrowiem pacjentów”.  Te hasła padają najczęściej z ust ludzi, dzięki którym nikt nigdy nie wrócił do zdrowia, za to budżet państwa regularnie szczupleje. Poza tym jest to kolejny przykład ignorowania ekonomii i samej ludzkiej natury w odniesieniu do służby zdrowia. Specjalizacja w medycynie to lata ciężkiej pracy i czasochłonnej nauki. Jeśli odmówimy specjalistom odpowiedniego wynagrodzenia, to po prostu ich zabraknie. I nie możemy mieć do nich pretensji, bo równie dobrze możemy mieć pretensje do siebie samych, że nie zostaliśmy lekarzami. Każdy człowiek oblicza(żeby nie użyć brzydkiego „kalkuluje”) czy wynagrodzenie (nomen omen) wynagrodzi mu wysiłki poniesione w celu zdobycia określonego zawodu. Traktując w ten sposób specjalistów medycyny dajemy sygnał młodym ludziom – jedźcie „na zmywak” do Irlandii zamiast na studia medyczne w Polsce… A obecnie pracujący lekarze – oni otrzymują sygnał – wymagamy od was leczenia ludzi jak jajek od kur na fermach  i nie obchodzi nas jak ciężka to praca, jaka odpowiedzialność i stres… Nie dziwne, że odchodzą, jeśli wynagrodzenie im tego nie „nagradza”. Odchodzą. Nie strajkują i nie okupują szpitala, zostawiając miejsce dla ewentualnych innych lekarzy, chętnych do podjęcia pracy.

Zadaniem dyrekcji było znalezienie zastępców, jeśli nie można było spełnić wymagań płacowych dotychczasowych specjalistów. Był na to czas od grudnia, kiedy lekarze przedstawili swoje postulaty. A co jeśli zastępców nie ma na rynku pracy? Otóż oznacza to, że albo już teraz kalkulacja ukazuje młodym ludziom nieopłacalność żmudnego kształcenia się na kierunku medycznym i wybierają inne ewentualności, albo, że specjaliści mają inne możliwości lepszego zarobkowania, z których korzystają. I tu unaocznia się problematyczność tezy, że lekarze odchodząc pozostawiają pacjentów bez opieki. Należy bowiem w tym miejscu spytać – których pacjentów? Jeśli bowiem owa dziesiątka lekarzy, którzy odeszli, ma już na oku inną, lepiej płatną pracę, to właśnie w niej zaopiekują się nowymi pacjentami. Pozostaliby oni bez opieki, jeśli neurolodzy zostaliby w poprzednim miejscu pracy. To jest właśnie istota ogólniejszego zjawiska konkurencji o rzadkie zasoby. Takim zasobem są specjaliści – są potrzebni w jednym miejscu, gdzie mogą być lepiej wynagradzani więc zostają „odkupieni” z miejsca, gdzie są wynagradzani gorzej – szpitala w Toruniu. Są potrzebni – to znaczy, że będą pacjenci, którymi będą się opiekować i przywracać im zdrowie.  Nie byliby potrzebni i nie byłoby funduszy na ich pensje, gdyby owych pacjentów nie było. 

Oczywiście nie można wykluczyć sytuacji, że część z owych lekarzy odejdzie „na zieloną trawkę” albo do innych zawodów. W takiej sytuacji część pacjentów pozostanie „netto” z gorszą opieką. Jednak szantaż moralny wywierany na lekarzy w takiej sytuacji nie tylko odstrasza kandydatów do tego zawodu ale jest po prostu chybiony. Nie istnieje bowiem orzeczenie komisji etyki ani żadnego sądu stwierdzające, że odejście lekarza z pracy przy zachowaniu terminu wypowiedzenia jest naruszeniem przyrzeczenia lekarskiego, czyli skromnych resztek po przysiędze Hipokratesa. I tak na zdrowy rozum – w przeciwnym wypadku każdy lekarz byłby de facto niewolnikiem… Nie dajmy się zwariować medialnej nagonce. Toruńscy specjaliści zachowali się poważnie, uprzedzając trzy miesiące wcześniej o swych planach, nie stawiając żadnych przeszkód dyrekcji dla spokojnego rozwiązania tej sytuacji. Jeśli ktokolwiek grał w tej sprawie zdrowiem pacjentów, to na pewno nie oni. 

Jacek Kubisz