Państwo i Prawo
Minimum podatkowej przyzwoitości
12.02.2015

Spór o antyprzemocową konwencję pojawił się już dawno temu, jeszcze w czasach, gdy ministrem sprawiedliwości był przeciwny jej przyjęciu Jarosław Gowin. Ostatni tydzień przed piątkowymi obradami sejmu, na których w końcu zdecydowano się podjąć decyzję w jej sprawie, pełen był gorących dyskusji na ten temat. Również po głosowaniu media wypełniły się komentarzami oceniającymi wybór posłów. Mało kto zwrócił uwagę na to, że na tym samym posiedzeniu sejmu decydowano również o tym, czy należy ulżyć podatkowo najmniej zarabiającym obywatelom. Jak to zazwyczaj bywa, spory obyczajowe całkowicie przyćmiły kwestie gospodarcze.

Obecnie w Polsce obowiązują przepisy, na mocy których dochód nieprzekraczający w skali roku 3091 zł nie podlega opodatkowaniu, czyli inaczej mówiąc jest kwotą wolną od podatku. Każdą złotówką ponad tę wysokość musimy się podzielić z fiskusem. Efektem tego jest sytuacja, w której podatek dochodowy płacić muszą ludzie osiągający bardzo małe dochody, nawet tak niskie, że nie wystarczają na przeżycie. Za minimalną kwotę, niezbędną do zaspokajania potrzeb konsumpcyjnych, poniżej której następuje biologiczne zagrożenie życia i rozwoju człowieka, czyli krótko mówiąc za tzw. minimum egzystencji, uznaje się w tej chwili w Polsce 521,11 zł miesięcznie. Wychodzi więc na to, że w skali roku potrzeba 6253,32 zł do tego, żeby przeżyć w naszym kraju. Oczywiście, jest to tylko pewna szacunkowa kwota, obliczona przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych, będący placówką badawczą nadzorowaną przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.

Zestawmy teraz te dwie liczby: wysokość kwoty wolnej od podatku – 3091 zł oraz minimum egzystencji – 6253,32 zł. Podkreślmy przy tym, że obydwie kwoty zostały ustalone albo oszacowane przez instytucje związane z tym samym państwem. Wniosek z takiego zestawienia musi szokować, bowiem wynika z niego, że państwo polskie bez mrugnięcia okiem zabiera część dochodów ludziom żyjącym poniżej minimum egzystencji. Minimum, którego wysokość doskonale zna, bo samo je za pomocą swojego instytutu szacuje!

Poselski projekt ustawy wniesiony przez Twój Ruch, który odrzucono w piątkowym głosowaniu, zakładał zerwanie z tym absurdem poprzez powiązanie wysokości kwoty wolnej od podatku z wysokością minimum egzystencji. Kwota ta miałaby być co roku aktualizowana i wyrównywana do poziomu najniższych dochodów pozwalających na przeżycie, szacowanych co roku przez wspomniany wyżej Instytut Pracy i Polityki Społecznych. Zatem w obecnych warunkach oznaczałoby to praktycznie podwojenie wysokości dochodów niepodlegających opodatkowaniu. Warto w tym miejscu podkreślić, że postulat podwyższenia kwoty wolnej od podatku jest czymś co, z różnych powodów, łączy lewicę i prawicę. Lewica wspiera ten pomysł, gdyż w wpisuje się on w ideę wsparcia najbiedniejszych, prawica natomiast ze względu na zmniejszenie w jego efekcie wysokości danin publicznych. Przeciwko propozycji TR wystąpiła natomiast rządząca koalicja, a więc reprezentanci fiskusa.

Argumentację przeciwników tego pomysłu można właściwie sprowadzić do jednej kwestii – obrony dochodów państwa. Uzasadnienie to zdecydowanie nie wytrzymuje jednak krytyki już choćby z powodu wyżej wskazanej okoliczności, a mianowicie skrajnej niesprawiedliwości opodatkowywania dochodów osób, którzy żyją poniżej minimum egzystencji. W sposób radykalny godzi to w elementarną zasadę prawa podatkowego, a mianowicie koncepcję zdolności płatniczej. Zgodnie z tą regułą, w przypadku podatku dochodowego wolno opodatkowywać tylko dochody, które świadczą o zdolności do płacenia podatków. Jeśli kogoś nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb biologicznych, to oczywistym jest, że nie posiada on zdolności do opłacania danin publicznych. Nie można utrzymywać wydatków państwa z dochodów obywateli do tego niezdolnych. Skoro nie potrafimy zbilansować publicznych wydatków tak, by nie musieć sięgać po pieniądze najbiedniejszych, to znaczy, że nas na obecny ich poziom nie stać i musimy dążyć do ich obniżenia.

W związku z wyżej podniesionym faktem ewidentnej sprzeczności obecnego stanu prawnego z elementarną zasadą prawa podatkowego jedynie posiłkowo warto wskazać jeszcze trzy inne argumenty na rzecz podniesienia kwoty wolnej od podatku. Wszystkie te uzasadnienia mają charakter utylitarny. Po pierwsze zostawienie w kieszeniach obywateli większej ilości środków spowoduje, że spożytkują je oni w inny sposób. Jak dobrze wiemy, w tym kraju większość możliwych opcji korzystania z pieniędzy podlega jakiejś formie opodatkowania. Zatem prędzej czy później środki, które nie zostaną zabrane obywatelom dzięki podwyższeniu kwoty wolnej od podatku i tak w pewnym procencie trafią w ręce fiskusa wspierając tym samym finanse publiczne. W międzyczasie posłużą jednak podatnikom jako dodatkowy kapitał, który będą mogli oni wydać na swoje potrzeby. I tu przechodzimy do drugiego utylitarnego uzasadnienia postulatu podwyższenia kwoty wolnej od podatku, a mianowicie słynnej friedmanowskiej tezy, zgodnie z którą znacznie efektywniej jest wydawać swoje pieniądze na własne potrzeby, aniżeli nieswoje środki, na czyjeś potrzeby. Przeciętny obywatel lepiej wie, jak gospodarować swymi dobrami, aniżeli rozdzielający je urzędnik. I wreszcie, trzecia kwestia, na którą warto zwrócić uwagę, to fakt, że ci najbiedniejsi, żyjący poniżej minimum egzystencji, zazwyczaj potem i tak mogą liczyć na jakąś formę wsparcia pieniężnego od państwa. Można więc w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że ich pieniądze w bezsensowny, bezproduktywny sposób krążą, przemierzając drogę z kieszeni takiego podatnika, poprzez fiskusa, wracając potem do nich. Cała operacja generuje oczywiście całkowicie zbędne koszty. Znacznie efektywniejsze byłoby rozwiązanie opierające się na zasadzie, aby przede wszystkim jak najmniej zabierać, a dopiero w ostateczności rozdawać.

Odrzucenie już po pierwszym czytaniu propozycji TR i przejście tego faktu bez echa w większości mediów szokować musi tym bardziej, że był to bardzo umiarkowany projekt. Właściwie była to swoista opcja minimum przyzwoitości. Jeśli bowiem porównamy sobie poziom kwoty wolnej od podatku z innymi krajami Unii Europejskiej, to okazuje się, że wypadamy tragicznie. Zajmujemy ostatnie miejsce w całej UE spośród państw, w których występuje tego typu instytucja. Przykładowo w Wielkiej Brytanii wynosi ona w przeliczeniu około 50 tysięcy zł. Swoją drogą takie porównanie doskonale obnaża stawiane często przez zwolenników państwa socjalnego tezy, jakoby w Polsce nie było wysokich podatków. Owszem nominalnie mamy relatywnie niskie stopy podatkowe. Jeśli spojrzymy jednak globalnie na cały nasz system podatkowy, uwzględniając choćby właśnie kwotę wolną od podatku, to wynik jest znacznie gorszy.

Nic zatem dziwnego, że tak wielu młodych ludzi emigruje do krajów, które w znacznie mniejszym stopniu zdzierają pieniądze z podatników, szczególnie tych najmniej zarabiających. Jeśli chcemy zatrzymać to „głosowanie nogami”, państwo nasze musi przestać być aż tak pazerne. Tylko pytanie, jak ma do tego dojść, skoro dla opinii publicznej ważniejsze jest forsowanie ideologicznych konwencji od istotnych problemów gospodarczych?

Tomasz Pułról