Gospodarka
Niemiecka płaca minimalna – czy dobra dla polskich kierowców?
27.01.2015

1. stycznia 2015 roku weszły w życie w Niemczech nowe regulacje(tzw MiLoG – Mindeslohngesetz – ustawa o płacy minimalnej) przewidujące jednolitą minimalną stawkę płacy 8,50 euro za godzinę dla wszystkich sektorów. W Polsce ta kwota może się wydawać wysoka lecz jest to i tak wynik kompromisu, gdyż lewica domagała się nawet 10 euro za godzinę. Ma to być metoda na ochronę miejsc pracy przed „dumpingiem płacowym” konkurencji. Jedną z tych „konkurencji” są polskie firmy spedycyjne. Przepisy dotyczą bowiem wszystkich wykonujących pracę na terenie Niemiec, także zatrudnionych w firmach zagranicznych. Znaczna część usług transportu samochodami ciężarowymi na terenie Niemiec jest wykonywana przez polskie firmy. Są bardziej konkurencyjne od lokalnych, tańsze i mają nowoczesną flotę. A teraz wydaje się, iż mają też problem. Nie stać ich bowiem na płacenie swoim kierowcom tak wysokiej stawki godzinowej, a według wielu źródeł ich kierowców także będą obowiązywać nowe przepisy. 

Co więcej – niemieccy nadawcy towarów(załadowcy) już w 2014 informowali polskich przewoźników o konieczności złożenia przez kierowcę oświadczenia, że otrzymuje wynagrodzenie w wysokości przewidzianej przez niemieckie ustawodawstwo. Niemieckie firmy wskazują dodatkowo dyrektywę 96/71/WE, jako dodatkowe źródło obowiązku prawnego dla polskich przedsiębiorców. Niemieccy zleceniodawcy polskich firm mają pewne powody do obaw i do, wydawałoby się, nadgorliwości w pilnowaniu swych partnerów biznesowych. Otóż § 14 ustawy o delegowaniu pracowników (tzw. AEntG) oraz § 13 MiLoG przerzucają na  zamawiającego część odpowiedzialności za przyjmującego zamówienie, który nie będzie przestrzegał przepisów płacy minimalnej. W myśl tych przepisów pracownik oddelegowany do pracy na terenie Niemiec za niższą stawkę godzinową będzie mógł wystąpić o rekompensatę nie tylko do swego pracodawcy ale także do jego zleceniodawcy. Ale to nie wszystko. Przewidziana została również kara finansowa dla zleceniodawców korzystających z usług podmiotów płacących pracownikom stawki niższe od minimalnej i jej rozmiary są niebagatelne – od 30000 euro(w przypadku niezgłoszenia pracowników wykonujących pracę w Niemczech) aż do 500000(w przypadku niewypłacenia należnego wynagrodzenia lub opóźnienia).

Wprawdzie pojawiły się w mediach analizy prawne uspokajające polskich przedsiębiorców. Dyrektywa 96/71/WE dotyczy bowiem „pracowników delegowanych”, a za takich kierowców ciężarówek trudno byłoby uznać na gruncie prawa i orzecznictwa sądów. Są to bowiem pracownicy wykonujący szereg podróży służbowych a nie mający wyznaczonego miejsca oddelegowania w innym kraju, gdzie mieliby wykonywać pracę. Niestety pomimo tych słusznych argumentów niemieckie organy celne i podatkowe stosują wobec polskich przewoźników interpretację niekorzystną i egzekwują obowiązek wyższego wynagradzania za przewóz przez Niemcy. W efekcie nowych regulacji i niekorzystnych interpretacji niektórzy spedytorzy zmuszeni są uciekać się do składania w Niemczech oświadczeń nie do końca zgodnych z prawdą, aby uniknąć strat. 

Polski rząd poniewczasie ujął się za polskimi przewoźnikami, jednak jego działania to głównie telefony ministrów polskich do swych niemieckich odpowiedników i apele o solidarność europejską. Lepszym posunięciem wydaje się próba skonstruowania międzynarodowej koalicji państw, których przewoźnicy są poszkodowani przez nowe niemieckie regulacje. Być może więcej zdziała też Komisja Europejska, która sprawdza zgodność niemieckich regulacji z prawem unijnym oraz zażądała od Niemiec wyjaśnień w ciągu 30 dni. 

Nie wszyscy w Polsce są niezadowoleni z niekorzystnego obrotu spraw. Na przykład związkowcy z OPZZ są zdania, że rząd niemiecki lepiej dba o polskich kierowców niż ich rodzimy. Problem w tym, że obowiązek płacy minimalnej nie oznacza gwarancji zatrudnienia. W gospodarce rynkowej zatrudnienie pracownika jest najlepiej gwarantowane przez fakt opłacalności jego usług dla pracodawcy. W sytuacji wymuszonej wyższej pensji pracodawca ponosi wyższe nakłady i jest zmuszony zażądać wyższej ceny od swych zleceniodawców. Co to oznacza w praktyce? Niższą konkurencyjność ze względu na wyższe koszty. Ceny i oferta polskich przewoźników stałyby się mniej konkurencyjne względem niemieckich konkurentów. W konsekwencji straciliby klientów i przychody. Uderzyłoby to także w kierowców. Działacze OPZZ być może zwróciliby uwagę, że kierowcy mogliby znaleźć pracę u zagranicznych przewoźników. Należy jednak przypuszczać, że  takiemu rozwiązaniu skutecznie przeciwstawiłyby się zagraniczne związki zawodowe, broniące interesów swoich, rodzimych pracowników. 

Kolejny raz zwalczanie dumpingu, obrona miejsc pracy i walka o uczciwą konkurencję okazują się ładnymi hasłami. Kryją się za nimi interesy bogatszych, a efektem będą wyższe koszty, wyższe ceny i utrata miejsc pracy w przedsiębiorstwach mniej wpływowych politycznie. 

Jacek Kubisz