Państwo i Prawo
Nietolerancja dla nie-związkowców
11.03.2015

Mieszkańcy Śląska jak i miasta stołecznego Warszawy w ostatnim czasie mieli okazję podziwiać efekty strajków przeróżnych grup społecznych. Związkowcy z determinacją blokowali ulice, organizowali pikiety czy wraz z żonami bili sztućcami w garnki. Przed wyborami można zauważyć wyjątkowy wzrost aktywności związkowców, którzy obudzili się jak głodny niedźwiedź po długim zimowym śnie, żeby wynegocjować korzystniejsze układy zbiorowe dla pracowników czy powiększyć wpływy ich organizacji.  Sama idea związków ma ponad 160 lat, gdy to pierwsi związkowcy organizowali się w Wielkiej Brytanii w połowie wieku XIX.  W Polsce szacunek i zaufanie społeczne do nich jest zrozumiałe, jeśli spojrzymy na wkład Solidarności w obaleniu komunizmu. Ta idea do teraz ma wielu zwolenników, szczególnie wśród starszego pokolenia. Dlatego też przywileje związków z Polsce są duże, a sami liderzy tych organizacji mają naprawdę silną pozycje, zarówno polityczną jak i społeczną.

Jednym z podstawowych praw jakie przysługują każdemu człowiekowi jest prawo do zrzeszania się. Mówi o tym art. 20 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Warto spojrzeć na ust. 2 „Nikogo nie można zmuszać? do należenia do jakiegoś stowarzyszenia.”. Wolność stowarzyszenia należy traktować zarówno jako wolność pozytywną („prawo do”), jak i wolność negatywną (czyli „wolność od”). Każdy człowiek powinien mieć prawo do wstąpienia do dowolnej, działającej  w granicach prawa organizacji- czy to dla wyrażenia swoich poglądów, zaspokojenia partykularnych potrzeb lub innych pobudek. Jednak  ten sam człowiek ma również jasne prawo do nieuczestniczenia w danej organizacji i nieodczuwania z tego powodu żadnych sankcji.  Zajrzyjmy więc do ustawy regulującej działalność związków w Polsce: Ustawy o związkach zawodowych.  W art. 3 można znaleźć takie zdanie: „Nikt nie może ponosić ujemnych następstw z powodu przynależności do związku zawodowego lub pozostawania poza nim”.  Ustawodawca wprost pisze o ochronie zarówno wolności pozytywnej i negatywnej.  Równość ta bywa radykalnie naruszana.
Najbardziej rzucającym się w oczy przykładem były klauzule układów zbiorowych o nazwie closed shop. W danym zakładzie pracy mogli być zatrudnieni jedynie pracownicy zrzeszeni w związku zawodowym. Została ona zakazana w większości krajów Europejskich w latach 90.  Jest to bez wątpienia najdotkliwsza formą dyskryminacji osób spoza związków, jednak istnieją też inne klauzule: union shop (zmuszająca pracowników do wstąpienia do związku w danym czasie od podpisania umowy o pracę) jak i agcency shop (zmuszająca pracowników spoza związku zawodowego do uiszczania składek związkowych). Międzynarodowa Organizacja Pracy nie zakazała tych zapisów, pozostawiając to w gestii ustawodawców krajowych. W Polsce, o ile zakazane są dwie pierwsze klauzule, to już agency shop jest legalny, co jawnie godzi w zasadę dobrowolności zrzeszania się.

Jednak zastanówmy się nad innymi możliwymi formami dyskryminacji pracowników spoza związków. Tylko zakładowe organizacje związkowe mają prawo organizacji strajku. Powinny jednak, zgodnie z art. 20 ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych zapytać o zgodę w drodze referendum „pracowników zakładu pracy”. Mimo, że w tym miejscu wydaje nam się, że wybór należy do całego zakładu, trzeba wspomnieć, że w polskiej doktrynie prawnej dominuje pogląd, że prawo głosu mają tylko pracownicy objęci sporem, czyli de facto członkowie związku. Łatwo możemy sobie wyobrazić sytuację, w której związek zawodowy forsuje strajk, który unieruchamia zakład pracy. I mimo, że udział w strajku jest dobrowolny, to mała część załogi może uniemożliwić pracę całemu zakładowi. W 2006 roku, gdy OPZZ zorganizował strajk w szpitalach, o zdanie w referendum zapytał tylko lekarzy, z pominięciem innych pracowników szpital. Praca w placówkach medycznych została zawieszona, a Sąd Rejonowy w Łodzi uznał legalność strajku, mimo że lekarze stanowili tylko 10% personelu zakładów pracy. W tym momencie tracą pracownicy niezrzeszeni w związku zawodowym. Odczuwają negatywne skutki skorzystanie za swojego prawa nieuczestniczenia w danej organizacji, co jawnie pogwałca ich wolności.

Ktoś jednak może stwierdzić, że to wina pracownika. Że powinien kierować się rachunkiem ekonomicznym i rozważyć swoje członkostwo w związku. Jeśli podjął decyzję o nie zrzeszaniu się- musi ponieść tego konsekwencje.  Jednak trzeba w tym miejscu zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze, związki zawodowe to nie są zwykłe stowarzyszenia lub fundacje. Mają one swoją szczególną pozycje, uczestniczą w dialogu społecznym z rządem i pracodawcą. Może on negocjować układy zbiorowe jak i podjąć decyzje o strajku. Dlatego też pracownik powinien mieć możliwość ochrony przed tymi specjalnymi prerogatywami związków. Po drugie związki zawodowe zarówno w Polsce jak i na świecie mają określony profil ideologiczny. Konotacje polityczne dwóch największych centrali związkowych (OPZZ i Solidarność) w Polsce są powszechnie znane. Dlatego kwestia przynależności do organizacji o danym profilu ideologicznym nie jest tylko i wyłącznie decyzją opartą na rachunku ekonomicznym. W grę wchodzi czynnik światopoglądowy, który może mieć dla pracowników dużo większe znaczenie niż kwestie materialne.

Negatywna wolność związkowa jest w naszym kraju nierespektowana. Wyżej wymienione przykłady są tylko jednymi z wielu innych, na jakie można natrafić analizując poczynienia związków zawodowych w Polsce. Nie podejmuje się próby sugerowania, w jaki sposób ustawodawca powinien zmienić przepisy. Sygnalizuje jedynie istotny problem z jakim musimy zmierzyć się w przyszłości. Mając na uwadze nierówność, jakie cechują uprawnienia związków zawodowych, w opozycji do organizacji pracodawców, możemy doprowadzić do sytuacji „tyranii mniejszości”. Mniejszości, która będzie rządziła większością jak miało to miejsce w Wielkiej Brytanii do czasów rządów Margaret Thatcher.  Dlatego czas zajrzeć do podstaw i zastanowić się jakie wartości u nich leżą. Należy również sprawić, żeby te wartości były respektowane i związki zawodowe nie były miejscami realizacji partykularnych interesów grup nacisku, a prawdziwymi instytucjami dialogu społecznego.

Piotr Celiński