Gospodarka
Pozorna pomoc rządu “frankowiczom”
30.01.2015

Wbrew obawom rynku okazało się, że na całe szczęście rząd – jak wiele razy wcześniej – postanowił ograniczyć się do zmian wymagających najmniej wysiłku i zawierających największe możliwe stężenie pustych deklaracji. Zaprezentowano sugestie dla banków – których wprowadzenie w życie jest pozornie dobrowolne, może się jednak okazać, że instytucje takie jak KNF je na bankach wymuszą – i deklaracje zmian ustawowych – oznaczających instytucjonalizację obligu prawnego.

Pierwsza grupa to:

1. Uwzględnienie przez banki ujemnej stawki LIBOR.

Trzeba powiedzieć, że ta rekomendacja jest bardzo sensowna. Nieuwzględnianie ujemnej stawki, nawet jeśli byłoby zgodne z umowami kredytowymi, należy uznać za skandaliczne naruszenie przez banki równowagi między stronami kontraktu. Ujemne stopy oprocentowania franka są dla banków źródłem zarobku – w sytuacji, gdy pożyczkobiorcy nadal płacą tak, jak gdyby oprocentowanie franka było zerowe, instytucje kredytowe zyskują podwójnie, tak na różnicach stóp procentowych (w ramach carry trade), jak i bezpośrednio na ratach wpłacanych przez kredytobiorców. Uwzględnienia ujemnej stawki wymaga, ni mniej, ni więcej, zwyczajna przyzwoitość.

2. Umożliwienie zainteresowanym kredytobiorcom bezprowizyjnej zamiany waluty kredytu z CHF na PLN po kursie równym średniemu kursowi NBP w dniu przewalutowania.

Tego rodzaju ruch, choć może wydawać się mało szkodliwy, może spowodować straty banków, które zarabiają na carry trade – jeśli zostaną zmuszone do przewalutowania, może się okazać koniecznością zamknięcie otwartych już operacji takich jak swapy walutowe. Może to być dla banków źródłem poważnych strat. Warto zaznaczyć, że gdyby banki zostały zmuszone do tego rodzaju przewalutowania, oznaczałoby to daleko idącą nierówność stron kontraktu, w którym pożyczkobiorcy zyskują nagle prawo wstecznej zmiany umów, na które się wcześniej zgodzili. Trudno bronić argumentów niektórych frankowiczów, dowodzących, że kredyt walutowy był dla nich instrumentem zbyt złożonym, aby mogli odpowiedzialnie tego rodzaju umowy podpisać. Choć oczywiście część zapisów kontraktowych – jak choćby domniemane klauzule dotyczące oprocentowania przy ujemnych stopach procentowych – mogła być wykorzystaniem przez banki niewiedzy podpisujących i jako taka nadaje się jako materiał do rozstrzygnięć sądowych, to akurat podważanie samego faktu konieczności rozliczania się w obcej walucie przez ludzi, którzy wzięli kredyt rozliczany w obcej walucie, zakrawa na śmieszność. Frankowicze doskonale wiedzieli, że biorą kredyt walutowy. Strojenie się teraz przez nich na – proszę wybaczyć ostre słowa – naiwniaków, którzy nie wiedzieli, że kredyt walutowy jest… walutowy, jest wręcz szokujące. Co oczywiście nie oznacza, że obu stronom nie może się opłacać przewalutowanie, szczególnie, jeśli dłużnikowi grozi bankructwo, a bankowi niezwrócenie się kredytu. Negocjacje tego rodzaju powinny jednak pozostać w gestii stron umowy, na zasadach obopólnie korzystnego porozumienia.

3. Wprowadzenie do czynnych umów wakacji kredytowych na okres do 3 lat (także dla kredytów złotowych) oraz wprowadzenie limitu wysokości raty na poziomie z końca 2014 r.

Zawieszenie spłat nie powinno być szczególnie dotkliwe dla banków. Jednak, jak w przypadku punktu poprzedniego, tego rodzaju propozycja zmusza banki do jednostronnego poniesienia kosztów ryzyka kontraktowo przyjętego przez obie strony. Jest to (nawet jeśli w niewielkim stopniu) niekorzystne dla banków, a korzystnie dla dłużników, zmieniających wstecz zawarte wcześniej umowy. Można tego pomysłu bronić, jeśli będzie korzystny dla obu stron, kończąc się w przyszłości poprawnym rozwiązaniem umowy kredytowej, czyli oddaniem przez dłużnika długu w należnej wysokości. Może się wydawać, że gdyby banki zostały do takiego kroku zmuszone, to ze względu na ograniczone oddziaływanie takiej zmiany jej konsekwencje nie byłyby nadmiernie szkodliwe.

Musimy jednak brać pod uwagę szerszy kontekst wstecznych modyfikacji zawartych wcześniej umów. Otóż nie zmiany, lecz samo zmuszenie do nich mogłyby zmniejszyć zaufanie rynków do polskiej gospodarki, przez wzgląd na wzrost niepewności reżimowej (ang. regime uncertainty) w naszym kraju. Sęk w tym, że skłonność państwa do destabilizacji i podważania systemu kontraktowego nie przeszłaby bez echa – inwestorzy z pewnością zwróciliby na nią uwagę. Ich decyzje o tym, czy warto skierować swoje pieniądze na nasz rynek, zależą w pewnym stopniu również od percepcji inklinacji do dotrzymywania umów czy też stałości systemu prawnego i własnościowego. O tych kluczowych zasadach działania gospodarek rynkowych musimy koniecznie pamiętać, jeśli pragniemy sukcesu naszych przedsięwzięć ekonomicznych.

W odpowiednio niekorzystnych warunkach takie podważenie zasady pacta sunt servandamogłoby zachwiać przyszłością rynku kredytowego w Polsce, uderzając w osoby starające się o kredyty (także w złotówkach). Dla wielu młodych ludzi mogłoby to oznaczać pożegnanie z jedyną możliwością kupna mieszkania na kredyt. Niezależnie od tego, co można sądzić o sensie ryzykowania brania kredytu na okres kilkudziesięciu lat w sytuacji, gdy bezpieczniejszy może wydać się wynajem mieszkania, byłoby to odebranie klientom samej możliwości zagospodarowania przez nich własnej przyszłości w wybrany na własną odpowiedzialność sposób. Państwo, zmuszając banki do takiego kroku, postawiłoby się tu w roli spekulanta, który przypuszcza, że prywatne decyzje ludzi są dla nich samych – wbrew ich własnym spekulacjom – szkodliwe.

4. Odstąpienie od żądania dodatkowego zabezpieczenia kredytu z tytułu zmian kursowych.

Rozważając ten punkt rządowej propozycji należy znów zapytać o dwie kwestie. Po pierwsze o ich zgodność z umowami kredytowymi i z polskim prawem. Po drugie o to, czy roszczenia banków, próbujących w panice zabezpieczyć się przed ryzykiem – chodzi tu o ubezpieczenie od niespłacania rat kredytu w związku z wahaniami kursu, przenoszące to ryzyko w całości na dłużnika – są na dalszą metę rozsądnym (dla obu stron) ruchem. W niektórych przypadkach tak właśnie może być – uzyskanie tego rodzaju zabezpieczeń może się okazać konieczne dla tych instytucji kredytowych, które są szczególnie narażone na ryzyko niewypłacalności z powodu znacznego obciążenia portfelem zagrożonych kredytów we franku szwajcarskim. Lecz roszczenia te mogą mieć skutek odwrotny od zamierzonego, przyczyniając się do bankructwa dłużników i niemożliwości spłacenia przez nich całości zobowiązania.

Za inny zgoła przypadek należy uznać potencjalną sytuację, w której bank usiłuje tylko krótkoterminowo pozyskać środki umożliwiające tymczasowe jego przetrwanie. Po pierwsze wydaje się, że gdyby roszczenia banków nie były zasadne ekonomicznie, wówczas sami dłużnicy mogliby próbować walczyć z takimi praktykami na drodze sądowej – kłopotem może być tu tylko niewydolne funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju. Z drugiej strony szczególną czujnością powinni wykazać się właściciele i akcjonariusze banku. Zazwyczaj interesuje ich perspektywa dłuższa niż menedżerów banku, wykazujących się często – jak dane nam było niejednokroć zaobserwować w przeszłości – większymi predylekcjami dla zysku księgowego. Oczywiście problemem dla takiej właścicielskiej kontroli może być stan polskiego systemu prawnego, który w odległym od ideału stopniu dba o zabezpieczenie praw własności. Polskie prawo spółek i nieprawidłową strukturę zarządzania przyjętą w nim niejednokrotnie poddawano już jednak krytyce, więc ze względu na wąskie ramy niniejszego artykułu nie będę tutaj tego tematu rozwijał.

To ostatni z pierwszej grupy pomysłów rządu. W drugiej grupie – omawiającej zmiany prawne, więc obligatoryjne, znalazły się następujące:

1. Ograniczenie ryzyka kursowego kredytobiorcy.

Wiele zależy tu od konkretnych propozycji rządu. Powiedzieć można jednak tyle, że niestety rynek bankowy jest w Polsce (i na świecie) bardzo mocno regulowany, co istotnie zwiększa jego kartelizację. Sprzyja ona zawieraniu umów kredytowych, które w sytuacji pełnej konkurencji mogłyby być dla klientów korzystniejsze. Zapis ten jednak nie uderza w to realne źródło nierównowagi pozycji klienta i banku, nie zmieni więc sytuacji na rynku. Próba odgórnej zmiany obciążenia ryzykiem stron umowy będzie więc raczej bezskuteczna. Banki albo mniej chętnie udzielać będą kredytów (co sprawi najprawdopodobniej, że bank centralny ułatwi bankom komercyjnym pożyczanie, aby politycy nie stracili ważnej dla siebie kredytowej kiełbasy wyborczej), albo wzrośnie lekko ich oprocentowanie (znów skontrowane przez bank centralny), aby zdyskontować zmianę w rozłożeniu ryzyka stron umowy. W praktyce skartelizowany wskutek decyzji politycznych rynek zinternalizuje więc najprawdopodobniej wszelkie tego rodzaju zmiany prawne.

2. Ograniczenie wprowadzania w czasie trwania umowy dodatkowych zabezpieczeń na wypadek zmian kursowych.

Ograniczenie takie zostanie zdyskontowane w cenie lub dostępności kredytu, albo nie będzie miało dla rynku żadnego znaczenia – z powodów wskazanych w punkcie poprzednim.

3. Zaprzestanie traktowania umorzenia części kredytu jako opodatkowanego przychodu po stronie kredytobiorcy.

To realna zmiana, która może być pomocna dla obu stron umowy. Gdyby pożyczkobiorcy uzyskali dodatkowe ulgi podatkowe – a do tego sprowadza się, przynajmniej w deklaracjach wiceministra Piechocińskiego, zmiana – łatwiej byłoby im spłacić dług. Dodatkową korzyścią dla społeczeństwa byłoby poszerzenie sfery własności prywatnej w opozycji do mienia publicznego. Ich pieniądze zostałyby z całą pewnością lepiej spożytkowane za pomocą rynkowego, zdecentralizowanego systemu decyzyjnego prywatnych właścicieli środków finansowych, niż gdyby zostały przelane do budżetu i zdane na łaskę i niełaskę centralizmu urzędniczego.

4. Zaliczenie kosztów umorzenia do (podatkowych) kosztów uzyskania przychodu banków.

Jak wyżej.

5. Wprowadzenie dla nowo zawartych umów limitu roszczeń z tytułu kredytu hipotecznego (udzielonego do 100% wartości nieruchomości) w wysokości wartości nieruchomości.

Tego rodzaju rozwiązanie jest dość powszechnie stosowane w wielu krajach europejskich, choć o jego zasadności można debatować. Z jednej strony może się wydawać, że umowa zawarta między instytucją kredytową a pożyczkobiorcą jest skutkiem wyrażenia wolnej woli obu jej stron, więc podważanie jej zakresu jest wątpliwe, a kończy się – z powodów wymienionych w poprzednich dwóch punktach – omijaniem jej zapisów, na przykład przez zawyżanie ceny samej nieruchomości, wprowadzanie dodatkowych opłat i zabezpieczeń, które formalnie nie są związane z samą umową kredytową. Ze względu na wskazaną w punktach poprzednich kartelizację sektora, której powodem jest działalność państwa, ograniczenia okazują się więc mało skuteczne. Z drugiej strony należy zauważyć, że rynek bankowy jest tak dalece regulowany przez państwo, że trudno mówić o naprawdę czystej sytuacji właścicielskiej, w której obie strony umowy mają identyczne prawa, wywodzące się z praw własności. Dobrym przykładem jest poruszona wyżej sprawa nieuwzględniania ujemnych stóp procentowych, ale też – poruszając inny, wydawałoby się, wątek – możliwość manipulowania stopami procentowymi przez bank centralny, który może arbitralnie destabilizować rynek kredytowy manipulacjami w systemie pieniężnym. Mimo tych argumentów wydaje się, że samo w sobie odgórne ograniczenie możliwości spłacania długów przez dłużników jawi się jako interwencja w dobrowolne kontrakty pomiędzy odpowiedzialnymi za swoje czyny ludźmi, ograniczająca dostępność pożyczek dla tych klientów banków, którzy byliby skłonni oddać bankom większą część swojego mienia, uzyskując za to dostęp do kredytu.

6. Wprowadzenie i upowszechnienie rozwiązań umożliwiających elastyczne reagowanie na zakłócenia w obsłudze kredytów (złotowych i walutowych).

Choć w deklaracjach uelastycznienie możliwych umów między pożyczkobiorcami a pożyczkodawcami wygląda obiecująco, to jednak punkt ten jest na tyle ogólny, że trudno go rzetelnie ocenić.

7. Wprowadzenie rozwiązań na wypadek nadzwyczajnie trudnej sytuacji życiowej kredytobiorcy (bez względu na walutę, w jakiej zaciągnął on zobowiązanie).

Jak wyżej, choć trzeba dodać, że pojawia się tu pewne niebezpieczeństwo. Otóż istnieje możliwość wystąpienia pokusy nadużycia zapisów, pozwalających na uniknięcie spłaty należnego zobowiązania przez celowe wprowadzenie się w ową trudną sytuację życiową. Generalnie rzecz biorąc należy się spodziewać – jak zauważył amerykański ekonomista Murray Rothbard – że finansowanie niekorzystnego stanu, takiego jak kłopoty życiowe, może sprawić, iż ich problem się poszerzy. Wiele zależy od tego, czy konkretne rozwiązania rządu będą umożliwiać zawieranie klauzul dających możliwość klientowi banku zaprzestanie spłaty zobowiązań w określonych przez obie strony umowy warunkach, czy tego rodzaju rozwiązania banki będą zmuszone stosować. W sytuacji nierówności stron wynikającej ze skartelizowania rynku przez państwo, może się okazać, że instytucje kredytowe będą mogły łatwo ominąć prawo, dodatkowo zyskując możliwość manipulowania klientami przez mamienie ich fałszywymi w istocie wizjami potencjalnego bezpieczeństwa. Może się też okazać, że banki wymogą na państwie dodatkowe gwarancje ze strony budżetu państwa lub banku centralnego, które umożliwią bankom wręcz bezpośrednie zarobienie na kłopotach swoich klientów. Należy więc do tej propozycji podejść bardzo ostrożnie, jako do następnego zagrożenia, mającego swoje źródło w status quo, jakim jest państwowy regulacjonizm.

Czas pokaże, jak zadziałają rządowe propozycje pomocy frankowiczom. Wydaje się jednak jasne, że najlepszym, co mógłby w tej sytuacji zrobić rząd, byłoby wycofanie się ze szczególnie dotkliwego w sektorze bankowym interwencjonizmu, który jest przyczyną kartelizacji instytucji kredytowych i powodem nierówności stron umów kredytowych. Taki ruch sprawiłby, że w przyszłości mniejsza byłaby szansa, że obecny kryzys się powtórzy, gdyż większa konkurencyjność na rynku usług kredytowych zmusiłaby ich oferentów do większej dbałości o interesy klienta. Do tego wzrosłaby świadomość samych klientów co do ryzyka spekulacji na rynku walutowym. Obecnie pożyczkobiorcy żyją często w (często fałszywym) przekonaniu, że w razie kłopotów w ich obronie ruszy swego rodzaju superbohater, nazwijmy go Kapitanem Państwo, który wybawi ich z wszelkich kłopotów, o odpowiedzialności za własny podpis na umowie nie wspominając. Tego rodzaju przekonanie sprawia, że klienci banków są bardziej lekkomyślni, wierząc, że zawsze ktoś inny niż oni sami – często niezdefiniowany – pospieszy im na pomoc.

Państwo może jednak realnie pomóc, a potencjał tej pomocy widzimy w słusznej propozycji ograniczenia fiskalizmu, stosowanego dotąd niesprawiedliwie wobec banków i ich klientów. Koszty kredytu są bez dwóch zdań realnymi kosztami. Bez wątpienia pomysł, aby nie uznawać jego istnienia, bo zwiększa to pobory skarbówki, należy uznać za kuriozalny. Gdyby tylko ograniczyć fiskalizm w jeszcze większym stopniu, obniżając podatki także innych uczestników gospodarki, obywatele Polski mogliby się wzbogacić na tyle, aby przejściowe kłopoty kursowe przestały być tak wielkim problemem. 

 Jan Lewiński                                                                                                                                                                            Autor jest młodszym ekonomistą w Instytucie Misesa.