Gospodarka
Problemy kredytobiorców nie leżą w interesie banków
06.02.2015

Gdy ponad dwa tygodnie temu kurs franka poszybował raptownie do 5,19 złotych za franka (czyli w jeden dzień skoczył o 45% z poziomu 3,57 PLN/CHF), by w następnych dniach ustabilizować się w okolicach 4,30 PLN/CHF, czyli o 20% więcej niż przed 15 stycznia, w poważnych tarapatach znaleźli się wszyscy, którzy wzięli kredyty we frankach. W skali całej gospodarki ludzi tych nie jest może tak wiele, bo ok. 950 tys. (mieszkaniowe kredyty we frankach pod koniec listopada ubiegłego roku wg Komisji Nadzoru Finansowego miały wartość 130,9 mld złotych, podczas gdy pożyczki w złotówkach ok. 190 mld złotych), ale sami dłużnicy banków stali się dla mediów od razu głośnym tematem.

Ze względu na zmianę relacji kursowej znacznie wzrosły miesięczne raty kredytowe, przekraczając wartości, które wcześniej gospodarstwa domowe dłużników mogły w swoich budżetach zaplanować – uwzględniwszy ujemne stopy procentowe średnio o ok. 100 zł. Co więcej, niektóre banki zaczęły kontaktować się z dłużnikami, żądając wpłacenia dodatkowych kwot na ubezpieczenia, czego celem byłaby ochrona instytucji kredytowych od potencjalnych strat spowodowanych wahaniami kursowymi. Niektórym kredytobiorcom zaczęło grozić bankructwo, a na pewno część z nich zaczęła się zastanawiać, czy nie warto byłoby skorzystać ze znowelizowanych zapisów ustawy o upadłości konsumenckiej.

Przypomnijmy jednak, że nie są to pierwsze problemy z frankiem szwajcarskim. Jeszcze w listopadzie mieliśmy przecież w Szwajcarii referendum, które mogło zmusić bank centralny tego kraju do zwiększenia jego rezerw złota. Także wtedy pojawiła się groźba perturbacji kursowych i także wtedy wypowiadał się o sprawie wicepremier Janusz Piechociński, wskazując na te same lub podobne metody pomocy, jakie rząd zaoferował ostatnioNie inne środki sugerowały zresztą banki właśnie – i nic dziwnego, bo wbrew pojawiającym się powszechnie opiniom wcale nie zależy im na tym, aby wykończyć frankowiczów. Co więcej, w interesie banków jest to, aby ich roszczenia względem kredytobiorców były dla tych ostatnich jak najmniej dotkliwe.

Niestety, wydaje się, że dla wielu komentatorów i uczestników sporu ta prawda nie jest taka oczywista. Dlatego być może warto jednak pokusić się o kilka wierszy wyjaśnienia.

Czy bankom opłaca się zniszczyć swojego dłużnika?

Pierwsza kwestia, jaką jest kompletna nieopłacalność niszczenia dłużników, powinna być absolutnie jasna. Właśnie przez ostatnie wahnięcie kursu wartość monetarna kredytów – na co zresztą skarżą się sami frankowicze – jest często sporo większa (w niektórych przypadkach dwa razy tyle) niż wartość nieruchomości, będącej jej zabezpieczeniem. A w przypadku niewypłacalności dłużnika bank oczywiście nie odzyska automatycznie całego długu, bo:

a.)  pożyczkobiorca może ogłosić upadłość konsumencką (wg badań sondażowych OPB Ariadna, ok. 20,8% z nich zastanawia się poważnie nad jej zgłoszeniem), w wyniku której wprawdzie bank otrzymuje nieruchomość, ale spłata pozostałej części kredytu jest ograniczona czasowo (po nowelizacji ustawy o upadłości konsumenckiej sąd może orzec co najwyżej trzyletni plan spłat) i co do wartości (uzależnione od zdolności zarobkowych oraz potrzeb życiowych zadłużonego i jego rodziny),

b.)  frankowicz może zwyczajnie nie być zdolny do spłacenia długu (instytucje kredytowe (jeszcze) nie zarabiają na pobycie w więzieniu dłużnika, chyba, że kierują się bezinteresownie złą wolą, a perspektywa ewentualnej spłaty długu oddala się nie tylko czasowo, ale też co do swojego prawdopodobieństwa, bo sąd może po odbyciu przez osadzonego kary orzec jego niezdolność do spłaty wierzytelności). 

Więcej: procesy w Polsce toczą się latami, a sądy orzekają często na korzyść dłużników – również w przypadku sięgnięcia przez bank po okryte złą sławą bankowe tytuły egzekucyjne. Odzyskanie nieruchomości zamiast samych rat wiąże się z dodatkowymi kosztami operacyjnymi – krótko mówiąc, bank na samej nieruchomości nie zarabia, dopóki jej nie sprzeda, a i tak ponosi koszt jej utrzymania (jedyną korzyścią – księgową – jest uzyskanie aktywów, choć o płynności mniejszej niż gotówka). Bank nie jest też instytucją, której głównym celem jest bezpośrednia działalność na rynku nieruchomości; zamiast tego korzysta z usług pośredników, spółek-córek albo wyspecjalizowanych departamentów wewnętrznych.

To wszystko dla instytucji kredytowej znaczy, że zaplanowany przychód nie wpłynie od razu, nie pojawi się w całości, a nawet w ogóle. Najzacieklejsi krytycy banków twierdzą, że powinny one ponieść większą część lub nawet cały koszt zawirowań walutowych, bo… są duże, więc nawet tej straty nie odczują. Laikowi może się nawet wydawać, że bank, nie odzyskawszy długu, i tak będzie miał swój zysk, choć mniejszy niż by mógł; niektórzy popełniają podstawowy błąd, myląc zysk z przychodem (sic!).

Tego rodzaju krytyka wynika z niezrozumienia pracy banków i utożsamienia bankiera z rentierem-nierobem. Wprawdzie za sprawą systemu rezerw cząstkowych i działającego w jego ramach banku centralnego banki mają ułatwioną pracę w porównaniu ze zwykłymi obywatelami i przedsiębiorcami, którzy nie mogą ot tak sobie, z powietrza, wykreować pieniędzy, ale to jeszcze nie oznacza, że banki są pozbawione wszelkich kosztów i ograniczeń w swojej działalności. Te koszty nie są jednak prawdziwym utrapieniem banków.

Warto w tym miejscu obalić powtarzany tu i ówdzie mit, jakoby banki, które w większości wypadków księgowały kredyty we frankach szwajcarskich w złotówkach, miały tak naprawdę tuszować czy ukrywać to, że były to zwyczajne kredyty złotówkowe. Po pierwsze, tego rodzaju operacja byłaby nonsensem z czysto ekonomicznego punktu widzenia, bo oferowanie tańszych od złotówkowych kredytów w sytuacji, gdy dla banku byłyby tak samo jak złotówkowe opłacalne, przynosiłoby bankom realne straty na różnicy oprocentowania, lub przynajmniej niższe niż w przypadku kredytów złotówkowych przeciętne zyski. Po drugie, banki we własnym zakresie, co dla klientów nie wiązało się z żadnym ryzykiem, korzystały na carry trade, czyli, nie wdając się w szczegóły, różnicach w oprocentowaniu rynku szwajcarskiego i polskiego. Najprościej mówiąc, banki pożyczały franka (a właściwie używały w tym celu takich instrumentów jak swapy walutowe) przy bardzo niskich stopach w Szwajcarii i inwestowały go np. w Polsce, gdzie oprocentowanie jest wyższe. Mogły wtedy zarabiać już na samej różnicy oprocentowania tak prostych instrumentów jak obligacje rządów, nie podejmując dodatkowych czynności. Operacje te mogły być księgowane w złotówkach z wielu powodów: choćby dlatego, że banki te działają w Polsce, albo z natury rzeczy (bo w ramach carry trade banki mogły kupować na przykład obligacje polskiego rządu), czy dlatego, iż franków mogła łatwiej użyczyć spółka-matka, a polska spółka-córka uzyskiwała już tylko niejako „gotowe” inwestycje złotówkowe (przy czym w ramach systemu rezerw cząstkowych nie musiały te operacje wcale wykraczać poza rutynową kreację pieniądza ex nihilo przez zmianę li tylko zapisu księgowego).

Przejdźmy teraz do drugiej sprawy, która dla instytucji kredytowych jest poważną bolączką.

Płynność banku a jego akcja kredytowa

Walka o przetrwanie banku zaczyna się wtedy, gdy obniża się jego płynność (czyli właśnie wtedy, gdy zamiast gotówki taka dostaje mieszkania). Płynność jego aktywów jest istotna, bo właśnie od niej zależy wielkość akcji kredytowej, którą może on wykreować. To byłoby bez znaczenia, gdybyśmy rozpatrywali sytuację ahistoryczną, w której kłopot banku ogranicza się do stworzenia mniejszego wolumenu kredytów dziś. Tymczasem trzeba zrozumieć, że, ceteris paribus, bank wcześniej wykreował pewną wielkość akcji kredytowej w oparciu o płynne aktywa (takie jak depozyty). Jeśli bank nie otrzymuje rat, to traci aktywa płynne, więc musi akcję kredytową skurczyć zgodnie z mnożnikiem kreacji kredytu. Jeśli na skutek tych problemów banku dodatkowo obniży się jego rating, to jeszcze mocniej utrąci to jego wskaźnik kapitałowy, a stąd możliwości pożyczkowe. Może się więc okazać, że instytucja kredytowa zostanie zmuszona do sprawniejszego ściągania także innych pożyczek niż frankowe lub do powstrzymania się w jakimś stopniu od swojej rutynowej działalności kredytowej. To znaczy, że – skupiając się na przyciąganiu deponentów, zwiększających płynność banków – zagrożone instytucje kredytowe będą prawdopodobnie zwiększały oprocentowanie swoich depozytów, co kolejną falą uderzy w ich zyski.

Innymi słowy, bank może paść ofiarą specyficznej dla systemu rezerw cząstkowych rozciągliwości podaży pieniądza – to, co przed wystąpieniem kłopotów na rynku sprawiało, że instytucja kredytowa mogła tworzyć pieniądze z niczego, nadymając balon monetarny, teraz sprawia, iż pada ofiarą konieczności nagłego spuszczenia zeń powietrza, co w najgorszym razie może przybrać charakter lawinowego zwijania działalności, zwieńczonego bankructwem. Na ile tak się stanie, w ogromnym stopniu zależy właśnie od dobrobytu i bezpieczeństwa frankowiczów. Dopóki spłacają raty nawet mniejsze, ale gotówką, dopóty banku nie czekają naprawdę poważne nieprzyjemności.

Jan Lewiński                                                                                                                                                                                         Autor jest młodszym ekonomistą w Instytucie Misesa