Państwo i Prawo
Przeciw napędzaniu frekwencji wyborczej
13.05.2014

W moim przekonaniu frekwencja jest nieistotna. Celem wyborów jest wyłonienie administracji lub reprezentacji i nie ma znaczenia jaki procent uprawnionych tego dokona, pod warunkiem, że wszyscy uprawnieni mieli taką możliwość.

Masowy udział obywateli w wyborach utrudnia wyłonienie reprezentacji wyrazistej oraz przekonywującej większości. Przytłaczająca bowiem liczba wyborców polityką się nie interesuje i swoją decyzję podejmuje na podstawie komiksowych przesłanek.

Osobiście jestem zwolennikiem raczej zniechęcania niż zachęcania do udziału w wyborach. Robią to na przykład Amerykanie. Żeby wziąć udział w amerykańskich wyborach, to trzeba jednak wykazać się pewną determinacją.

Przed wyborami trzeba iść osobiście się zarejestrować a w dniu wyborów zwolnić się z pracy i często postać w sporej kolejce – wybory bowiem odbywają się w zwykły dzień pracy. Tylko dla zdeterminowanych. W USA takich „kwalifikowanych” wyborców jest ok. 50%. Nie wiem ilu byłoby w Polsce gdyby taki system wprowadzić.

Jaką reprezentację wyłoniliby Polacy gdyby wprowadzić taki cenzus wysiłkowy? Na pewno głosowałoby znaczniej mniej kobiet, co wydaje się dobre dla kraju, bo kobiety bardzo często głosują na różne socjalistyczne obietnice szczęścia powszechnego. Z drugiej jednak strony – przy starzejącym się społeczeństwie – groźna mogłaby być masowa obecność przy urnach emerytów…

Z uwagi na owych emerytów wprowadzenie tak radykalnego systemu zniechęcania wydaje się ryzykowne. Ale równie ryzykowne jest zachęcanie do udziału w wyborach ludzi, którzy całą wiedzę o polityce czerpią z lektury „Faktu” (nie częściej niż raz na tydzień).

Cezary Kaźmierczak

Fot. na lic. CC2.0/aut. KPRM/flickr.com