Państwo i Prawo
Przywróćmy politykom odpowiedzialność
18.02.2015

W roku 2014 dwa razy głosowaliśmy w wyborach powszechnych. Wybieraliśmy naszych przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego oraz do władz samorządowych. Jednak frekwencja w tych pierwszych wyniosła mniej niż 50% uprawionych do głosowania, a w drugich ledwo przekroczyła 23%. Dziwi to tym bardziej, że wolne i sprawiedliwe wybory leżą u podstaw wolnego społeczeństwa. To o tę możliwość Polacy walczyli przez kilkadziesiąt lat trwania komunizmu. Poziom uczestnictwa Polaków w życiu publicznym jest żenująco niski. U progu kolejnych wyborów prezydenckich i parlamentarnych, które nas czekają nas w 2015 roku warto zastanowić się, dlaczego borykamy się z takim problemem. Dlaczego żyjemy w swoistej „demokracji nieufnych” w której ludzie nie mają poczucia wpływu na władzę.

Proponuje w tym miejscu przeprowadzić prosty eksperyment. Mianowicie, proszę zadać samemu sobie, jak i paru osobom z  waszego środowiska dwa bardzo proste pytania: „Czy wiecie ile mandatów przysługuje waszemu okręgowi wyborczemu?” oraz „Ilu posłów potrafisz wymienić ze swojego okręgu?”. Najlepiej zadawać takie pytania osobom, które uważają siebie za zorientowane w polityce. Odpowiedzi będą diametralnie różne. Mało kto potrafi wymienić jakichkolwiek posłów ze swojego okręgu wyborczego za wyjątkiem popularnych w telewizji politycznych celebrytów, nie mówiąc o tym, że prawie nikt nie wie ilu posłów wybiera się w jego regionie. A pomyślcie, że większość okręgów liczy po 7-8 mandatów. A parlamentarzystów w polskim Sejmie jest 460! Jak możemy świadomie wybrać osobę, która ma reprezentować nas w parlamencie, jeśli nie mamy pojęcia kogo wybieramy?

Obowiązująca w Polsce ordynacja proporcjonalna obdziera polityków z odpowiedzialności.  Głosujemy na listy partyjne, które po odpowiednim przeliczeniu głosów otrzymują daną ilość mandatów. Nie da się w tym miejscu nie wspomnieć o trudnościach, jakie mają przed sobą wszystkie komitety społeczne i kandydaci niezależni. Jedynymi kandydatami którzy skutecznie startują spoza list partyjnych w polskim sejmie są de facto posłowie mniejszości niemieckiej, którzy posiadają dodatkowe przywileje i ułatwienia na mocy ustawy. Polityka w Polsce toczy się według klucza partyjnego. Ordynacja proporcjonalna sprawia, że scena polityczna od wielu lat jest zabetonowana przez kilka molochów. Lokalni baronowie decydują, który polityk otrzyma jakie miejsce na liście. A skoro to miejsce na odpowiedniej liście ma największy wpływ na reelekcje, to politycy są lojalni wobec lokalnych bonzów partyjnych, a nie wobec wyborców.

W amerykańskich filmach często można zobaczyć postać „lokalnego kongresmena”.  Jest on związany z miejscową społecznością, pomaga im w wielu codziennych sprawach, takich jak mediacje z władzami lokalnymi w sprawie autostrady  czy pomoc w ochronie pola bitwy z czasów Wojny Secesyjnej. Czuje się on odpowiedzialny za swoich wyborców i posiada mocny mandat do sprawowania władzy w Waszyngtonie. U nas biura poselskie świecą pustkami, na dyżury nikt nie przychodzi, a posła nie obchodzą lokalne problemy. Pamiętam, jak wysyłając maila z zaproszeniem do biura lokalnego polityka nawet nikt mi nie odpisał, o przyjęciu zaproszenia już nie wspomnę. Politycy nie interesują się w Polsce swoimi okręgami, a to w demokratycznym społeczeństwie jest niedopuszczalne.

Jednomandatowe okręgi wyborcze zostały po raz pierwszy w Polsce wprowadzone w wyborach do Senatu w 2011 roku. Mimo, że Platforma Obywatelska wygrała miażdżącą przewagą głosów (63% miejsc w Senacie) to można zauważyć pewną tendencje. Do Senatu dostało się 4 kandydatów niezależnych, w tym jeden związany z typowo lokalną inicjatywą (inicjatywa Obywatele do Senatu, związaną z pochodzącym z Dolnego Śląska stowarzyszeniem Obywatelski Dolny Śląsk). To może niewielka zmiana, jednak w dobrym kierunku. W poprzednich wyborach do Senatu dostał się tylko jeden kandydat niezależny (i to wprost związany z daną opcją polityczną, mowa tu o Włodzimierzu Cimoszewiczu), natomiast w 2005 roku nie było ani jednego niezależnego senatora. W zeszłą sobotę natomiast odbyły się wybory uzupełniające w moim rodzinnym okręgu nr 75 (Tychy, Mysłowice, powiat bieruńsko- lędziński). Miejsce popularnej, aktualnie sprawującej funkcje komisarza ds. Rynku Wewnętrznego i Usług Elżbiety Bieńkowskiej, zajął znany lokalnie Czesław Ryszke, związany z lokalnymi inicjatywami katolickimi. Przeciwko niemu wystartował Michał Gramatyka, popularny w Tychach samorządowiec i działacz lokalny oraz  Dariusz Dyrda popierany przez stowarzyszenie RAŚ. Mimo nikłego zainteresowania wyborami (frekwencja ledwo przekroczyła 7%) to każdy z  kandydatów prowadził intensywną kampanię bezpośrednią, rozmawiał z ludźmi i interesował się ich problemami. Oczywiście, nim senatorowie naprawdę zwiążą się ze swoimi okręgami, stając się swoistymi „ambasadorami” obywateli w Warszawie, minie wiele lat. Jednak z powodu ograniczonej konstytucyjnie roli Senatu, taka rola wydaje się być oczywista. Natomiast JOW-y mogą znacząco się do tego przyczynić.

Nic nie jest czarnobiałe. JOW-y obok swoich oczywistych zalet mają swoje wady. Nim wykształci się prawdziwa więź pomiędzy klasą polityczną a społeczeństwem, przez parę kadencji może dojść do politycznej stagnacji, spowodowanej dominacją jednej partii rządzącej. Ludzie muszą przyzwyczaić się, że nie głosują na szyldy partyjne tylko na konkretnych ludzi. W obliczu braku proporcjonalności nie wejdzie do parlamentu wiele mniejszych partii nim zdołają one zmienić swoją filozofię kampanii wyborczej. W dzisiejszym czasie wiele inicjatyw opiera się tylko na znanej twarzy lidera i opartej na niej ogólnopolskiej kampanii. W systemie większościowym muszą one skupić się na promocji miejscowych liderów i ciężkiej pracy w okręgach.  Na budowaniu struktur i lokalnym zaangażowaniu. Minie co najmniej dekada nim partie zaczną być oddolnymi ruchami społecznymi. Jednak czy to nie tego oczekujemy od demokracji? Chcemy polityki obywatelskiej, nie kumoterskiej.

JOW-y nie są jedynym i idealnym remedium na dylematy polskiej demokracji. Jednak jak napisał wybitny austriacki filozof, Karl Popper: „System wyborczy reprezentacji proporcjonalnej odziera posła z odpowiedzialności osobistej. Czyni zeń maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka”. Dlatego trzeba odejść od „czystego” systemu proporcjonalnego. Alternatyw jest wiele: JOW-y, systemy mieszane, system głosu przechodniego. Warto rozpocząć debatę publiczną na ten temat. Bo jak pokazała akcja „zmieleni.pl” lub 700 tys. podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie JOW, obywatele w Polsce chcą zmiany. Dlatego musimy przywrócić odpowiedzialność politykom. Bez tego w Polsce nie dojdzie do zmiany jakości życia politycznego. A powinno dojść.

Piotr Celiński