Bezpieczeństwo
Quo vadis NATO?
13.02.2015

Sojusz Północnoatlantycki powstawał w koncepcji klasycznego sojuszu polityczno-wojskowego. Jego dalsze metamorfozy zwróciły go bardziej w kierunku tzw. „wspólnoty bezpieczeństwa”, a ostatecznie mówi się o „systemie bezpieczeństwa zbiorowego”. O co chodzi i gdzie jest różnica?
Gdy w 1949 roku Sojusz powstawał, strategia nie była jeszcze opracowana. W grudniu podpisano dokument DC-6, który w lakoniczny sposób określał główne kierunki działalności NATO. Były one następujące: obronny charakter sojuszu, znaczenie działań zapobiegających konfliktom zbrojnym, współpraca sojuszników,odstraszająca rola broni nuklearnej oraz zasada solidarności w obliczu agresji zbrojnej.

Kolejna strategia, oficjalnie wprowadzona w 1957 r., ale realizowana właściwie od początku lat 50., oparta była na koncepcji strategicznej Stanów Zjednoczonych, zwanej „Strategią zmasowanego odwetu”. Polegała ona na tym, że jakikolwiek, czy to militarny, czy polityczny atak ze strony państw bloku wschodniego musiałby spotkać się ze zmasowanym odwetem Zachodu. Wyraźnie więc widać wpływ ówczesnej sytuacji geopolitycznej, skupiającej się głównie na dychotomii Wschód- Zachód. Była to, jak sama nazwa wskazuje, strategia defensywna, jednak zakładała głównie nuklearne zasoby militarne. Był to model skutecznie odstraszający wojska Układu Warszawskiegolecz jego zerojedynkowość nie dawała właściwie żadnych możliwości na reagowanie w sytuacji niewielkich napięć. W związku z tym, że model „wszystko albo nic” nie sprawdził się, rozpoczęto prace nad nową koncepcją.
Ponownie skorzystano z dokumentów USA, które tym razem przyjęły nazwę Strategii elastycznego reagowania. W Stanach pojawiła się w 1961 r., przez NATO została zaadaptowana w roku 1967. Impulsem do zmiany koncepcji była utrata monopolu na broń jądrową oraz wejście ZSRR w posiadanie rakiet balistycznych. Elastyczne reagowanie było niczym innym jak dostosowywaniem się do zaistniałej na scenie międzynarodowej sytuacji. Co ważne, brano pod uwagę przede wszystkim broń konwencjonalną, a zasoby nuklearne miały być wykorzystane dopiero w ostateczności. Lata 90. przyniosły jednak wiele przemian, w tym, przede wszystkim, upadek Związku Radzieckiego. NATO musiało zatem zmienić swoją doktrynę, a stało się to w 1991 roku.Na arenie północnoatlantyckiej pojawiły się nowe problemy: konflikty etniczne i terroryzm, a broń nuklearna przestała odgrywać kluczową rolę.
Osiem lat później, na szczycie NATO w Waszyngtonie przyjęto czwartą koncepcję strategiczną, która w praktyce rozbudowała tylko „Nową koncepcję strategiczną” z roku 1991. Sojusz poszerzył swoje działania o wspieranie bezpieczeństwa i stabilności oraz zapobieganie konfliktom. Co więcej NATO zdecydowało się na przeprowadzanie operacji pokojowych i humanitarnych poza obszarem traktatowym, które określono mianem operacji „spoza art. 5”.
Jeśli chodzi o myśl strategiczną Sojuszu, warto wspomnieć jeszcze o ostatniej koncepcji, opracowanej w 2010 roku w Lizbonie. Główne założenia strategii lizbońskiej to: obrona zgodna z art. 5, jednak z podkreśleniem roli odstraszania i ochrony przed groźbą agresji, zarządzanie kryzysowe (także poza obszarem Sojuszu) i bezpieczeństwo kooperatywne (partnerstwo międzynarodowe, kontrola zbrojeń, nieproliferacji i rozbrojenia, itp.).

Jak widać, historia strategiczna NATO znacząco zmieniła się przez ostatnie sześćdziesiąt lat. Nowe tysiąclecie przyniosło nowe kierunki, które zapewniły Sojuszowi sens istnienia. Tzw. operacje reagowania kryzysowego stanowią obecnie podstawę działalności NATO, jaki jest jednak ich sens i czy są w ogóle potrzebne? Sama nazwa wydaje się być co najmniej paradoksalna- mówi się o interwencjach humanitarnych, pokojowych. Pojawia się zatem sprzeczność wojna- pokój, co dla każdego przeciętnego człowieka wydaje się być absurdalne. Jak te pokojowe wojny wyglądają?

Przeanalizujmy przykład Kosowa. Oficjalnie interwencja nazwana została „pierwszą w historii wojną o prawa człowieka” (kolejny paradoks nazewnictwa), wywołana została w celu zapobiegania czystkom etnicznym na terenie Kosowa i miała wymusić demokratyzację Jugosławii. Po raz pierwszy w historii NATO opinia publiczna tak bardzo się podzieliła. Z jednej strony popierano interwencję, która była ostatecznością poprzedzoną pertraktacjami dyplomatycznymi. Istniało zagrożenie rozlania się konfliktu i rzeszy uchodźców z tego obszaru. Nie da się też ukryć, że Wyzwoleńcza Armia Kosowa bardzo liczyła na pomoc wojsk Sojuszu, a w zasadzie na zmuszenie Serbii do realizacji postulatów Kosowian. Warto pamiętać, że wojska KFOR do dziś stacjonują w Kosowie, a miejscowi nie spieszą się do pożegnania. Krytycy misji Allied Force mówią o tym, że straty i szkody, które powodowała, były większe niż te, którym miała zapobiec. Interwencja była także naruszeniem granic suwerennego państwa jakim była wówczas Federalna Republika Jugosławii. Misja została też przeprowadzona wbrew Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

„Amerykańskie siły wspierane przez wojska koalicji rozpoczynają operację militarną, żeby rozbroić Irak, uwolnić mieszkańców kraju i ochronić świat przed ogromnym niebezpieczeństwem” – ogłosił prezydent USA George W. Bush 20 marca 2003 roku. Ta zbrojna interwencja, mimo iż nie była prowadzona oficjalnie przez Sojusz, wspierana była wojskami większości państw należących do NATO. Miała ona zapobiec użycia przez Irak broni masowego rażenia, powstrzymać terroryzm, obalić Saddama Husajna i zdemokratyzować państwo. Już 1 maja 2003 r. prezydent Bush zadeklarował, że Sojusz odniósł szybkie i łatwe zwycięstwo. Momentalnie okazało się jednak, że nie był to w żadnej mierze sukces, a fiasko pod każdym względem. Po pierwsze Irak wcale nie posiadał broni masowego rażenia, po drugie nie udało się udowodnić powiązania Husajna z terroryzmem, a po trzecie nie wprowadzono systemu demokratycznego. Mało tego, skutki interwencji, podobnie jak w Kosowie, były jeszcze gorsze niż stan sprzed jej rozpoczęcia. W kraju zapanowała powojenna anarchia, zaczęły napływać okoliczne partyzantki i grupy terrorystyczne. Tym razem utworzony przez amerykanów rząd nie spotkał się z aprobatą miejscowych, a ofiary były ogromne- 120 tys. ofiar cywilnych i ponad 2 miliony uchodźców. W operacji wzięło udział 300 tys. żołnierzy w tym 200 polskich, których liczba wzrosła później do ok. 2,5 tysiąca. Co ważne, udział naszych wojsk w wojnie w Iraku był niezgodny z konstytucją, a cała wojna sprzeczna z prawem międzynarodowym.

Ostatnia interwencja, o jakiej chciałabym wspomnieć, to tzw. „Arabska wiosna”, a szczególnie operacja UnifiedProtector w Libii. Tym razem była to akcja przejęta od ONZ, a rozpoczęła się de facto 19 marca 2011 r. Sojusz zdecydował się na naloty, by bronić ludności cywilnej przed atakami ze strony wojsk Kaddafiego. Misja zakończyła się względnie szybko wraz ze śmiercią dyktatora w październiku 2011, ale jej konsekwencje, ponoszone jak to zwykle bywa przez ludność miejscową, można obserwować do dziś. Libia wciąż pogrążona jest w powojennym chaosie, stała się wręcz kolebką terrorystów i zbrojnych oddziałów. Do dziś gwałcone są prawa człowieka, a o wolności trudno mówić. Obecnie mówi się, że interwencja w Libii była sprawdzianem dla europejskich członków NATO. Wiele państw nie zdecydowało się na udział w akcji zbrojnej, a inne zostały oskarżone przez USA o lenistwo i niewywiązywanie się ze swojej roli.

Do worka interwencji-porażek warto jeszcze dodać Afganistan i Syrię, ale o tym nie sposób wspomnieć w kilku zdaniach. Dlaczego jednak misje Sojuszu kończą się tak negatywnie? Kto popełnia błędy i dlaczego wciąż się one pojawiają? Prof. Roman Kuźniar nazywa działania NATO liberalnym interwencjonizmem i wyróżnia pięć grzechów interwencji zbrojnych, których celem jest poprawa porządku międzynarodowego. Pierwszy z nich dotyczy ignorowania zasady zrozumienia, o której już od lat 90. mówił amerykański dyplomata Jonathan Moore. Zachód generuje czarno-biały obraz sytuacji, wyróżniając sprawców i ofiary. Nie wnika w szeroki kontekst sytuacji, ani w szczegółowe relacje między aktorami konfliktu. Po drugie, mamy do czynienia z nadużyciem siły militarnej. Dla polityków operacje są środkiem do osiągnięcia konkretnych celów, ale dla wojskowych to regularna wojna. W pewnym momencie wojsko zaczyna domagać się od polityków zgody na użycie większej siły, a to z kolei generuje więcej ofiar. Trzecim grzechem jest arogancja i nadgorliwość demokratycznego liberalizmu. Chodzi tu przede wszystkim o przekonanie o słuszności swoich działań i dążenie do pełnego zwycięstwa za wszelką cenę. Wroga zawsze utożsamiamy z „Hitlerem” i za jedyny sukces uważamy jego kapitulację. Grzech czwarty to tzw. „nationbuilding”, czyli wyręczanie lokalnej społeczności w budowaniu nowych struktur administracji państwowej i lokalnej. Europocentryczny punkt widzenia i brak respektu dla lokalnej tradycji i kultury to jedno. Druga strona medalu to uzależnianie miejscowej społeczności od stacjonujących wojsk, co z kolei generuje konieczność przedłużania misji (patrz: Kosowo, Afganistan). Ostatnim błędem jest właśnie wydłużanie się misji w czasie, grzęźniecie w konflikcie na całe lata. Tu prof. Kuźniar mówi o „syndromie pana Kurza” z „Jądra ciemności” Josepha Conrada. Polega on na zarażaniu się lokalnym klimatem, wnikaniu w miejscowy koloryt i powolnej degeneracji, tworzeniu się patologii.

Do tych problemów należy jeszcze dodać architekturę kłamstwa, wspieraną przez media, która usprawiedliwia kolejne interwencje i spłyca konflikt do walki dobra ze złem. Istotne jest też wykorzystywanie Sojuszu do realizacji prywatnych interesów (wybory prezydenckie we Francji w 2012 r.). Warto bowiem pamiętać, że uczestnictwo w organizacji międzynarodowej pozwala na podział odpowiedzialności na jej członków (więzienia CIA w Polsce). Pokłosiem tego jest nieustanna zmiana definicji sytuacji międzynarodowej w celu usprawiedliwienia swoich działań (przyczyny przedłużania misji w Afganistanie). Wspomniana już samozaprzeczalność zbrojnej misji pokojowej to już tylko wisienka na torcie.

Jeszcze jedna kwestia dotyczy wolności, tak modnej w filozofii liberalnej. Isaiah Berlin w swoim eseju „Dwie koncepcje wolności” pisał o wolności pozytywnej (wolność „do”) i negatywnej (wolność „od”). Jakie ma to znaczenie dla współczesnej polityki międzynarodowej? Wystarczy spojrzeć na ostatnie wydarzenia z Francji. Czyż „Charlie hebdo” nie miało prawa (wolności) do obrażania muzułmanów? Z drugiej strony, czy oni nie mieli prawa (wolności) od bycia obrażanymi? A co z interwencjami NATO? Co powinno dominować: wolność do ingerencji w wewnętrzne sprawy państw ościennych czy wolność od tejże?

Jak widać koncepcje strategiczne NATO ewoluowały przez lata, ale czy ich założenia były adekwatne do sytuacji międzynarodowej? Czy sytuacja na Ukrainie przyczyni się do stworzenia nowej koncepcji, opartej na wnioskach ze szczytu w Newport? Czy NATO daruje sobie operacje reagowania kryzysowego wskutek zagrożenia bezpośrednio na obszarze Sojuszu i skupi się na obronie własnych granic?

Magdalena Piskorek