Bezpieczeństwo
Retoryka zbrojeń
17.01.2015

25 maja 1961 roku John Fitzgerald Kennedy – trzydziesty piąty prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej wygłosił słynne przemówienie znane jako „The Decision to Go to the Moon”, w którym ogłosił ambitny projekt uzyskania przewagi strategicznej nad Związkiem Radzieckim za sprawą programu kosmicznego, którego uwieńczeniem będzie pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu. Co w tym historycznym przemówieniu najbardziej oddaje kapitalistyczny duch Ameryki?

Prezydent Kennedy przekonując kongresmenów, a pośrednio całe społeczeństwo nie roztaczał patetycznego mirażu imperialnej siły, przed dowodem potęgi której będą musiały zgiąć kark inne światowe nacje. Dokonał on istnego „deal’u” z reprezentacją narodu, który otrzymał ofertę cywilizacyjnego skoku w przyszłość. W przyszłość, która procentuje po dziś dzień. Obywatel– podatnik stając się akcjonariuszem wielkiego projektu inwestycyjnego o charakterze militarnym, otrzymał zarazem gwarancję, że będzie korzystał z jego owoców. W jaki sposób? Postęp technologiczny uzyskany w ramach tego projektu umożliwił dynamiczny rozwój telekomunikacji – dzięki zastosowaniu sztucznych satelitów, co także umożliwiło… dokładne prognozowanie pogody. Za takimi widocznymi sukcesami rozmywają się dziesiątki programów badawczo- rozwojowych gwarantujących dogodne warunki pracy dla ludzi nauki i techniki oraz rozwój i powstawanie nowych sektorów gospodarki, nie tylko zaspokajających potrzeby obronne państwa.

Wykładnia demokratycznego państwa wolnorynkowego jest bardzo prosta – rząd zawiera umowę społeczną z obywatelami, którzy mają świadomość, że nakłady ponoszone w imię bezpieczeństwa nie są tracone bezpowrotnie, a stanowią impuls do rozwoju cywilizacyjnego ich kraju. A owoce narodowej inwestycji mogą dostrzec i skonsumować nie tylko na defiladach, a na co dzień w swoich domach.

W tym samym czasie po drugiej stronie Atlantyku, statystyczny Kowalski mógł tylko pomarzyć o takiej formie umowy społecznej, zadowalając się prymitywną retoryką konieczności ponoszenia przez społeczeństwo ciężaru utrzymywania sił i struktur państwowych gwarantujących pokój i bezpieczeństwo granic na Odrze i Nysie Łużyckiej przed zapędami imperialistycznych rewizjonistów. I tak stojąc w kolejce, by zamówić połączenie telefoniczne w urzędzie pocztowym miał być może okazję przyjrzeć się „chłopcom malowanym” przejeżdżającym długimi kolumnami przez kraj cały w drodze na kolejne, wielkie manewry Układu Warszawskiego.

„Armaty zamiast masła” to hasło wszystkich totalitaryzmów i reżimów tłumiących inicjatywę oddolną, najdoskonalszą formą ludzkiej działalności jaką jest przedsiębiorczość. Co więcej, za pomocą pseudopatriotycznej retoryki starają się one usprawiedliwić wszelkie wypaczenia i błędy stanowiące pokłosie obłędnej ideologii i bzdurnej polityki, także w jej gospodarczej odsłonie.

Powyższe doświadczenie nie ominęło i nas. Wojsko Polskie – nawet te z przymiotnikiem (choć co warto podkreślić – nieoficjalnym) „ludowe” cieszyło się największym zaufaniem społecznym wśród wszystkich struktur państwa – i to nawet po bolesnych próbach wystawienia tego zaufania podczas tragicznych wydarzeń na Wybrzeżu, czy Stanu Wojennego. Przez całe dziesięciolecia naród przyjmował do wiadomości komunikat władz, iż pokój kosztuje, a kraj z takim trudem odbudowany i to często gołymi rękami robotników po wojnie, musi utrzymywać olbrzymie wydatki na zbrojenia i utrzymanie armii kosztem poziomu życia obywateli.

Niestety echo retoryki „czasów słusznie minionych” pobrzmiewa w świadomości opinii publicznej po dziś dzień. Wydarzenia zza wschodniej granicy obudziły kolejnych, dla których – przynajmniej u nas w Europie historia się skończyła. Przykład Ukrainy – a mam nadzieję, że stanie się on stałym „case’m” w rozważaniach o wydatkach obronnych” – pokazuje czym grozi demontaż systemu obronności państwa. Systemu który wyraźnie podkreślam – kosztuje. Informacje te i przekaz kręgów rządzących o konieczności inwestycji na rzecz potencjału obronnego kontrastuje z informacjami o stopie życiowej obywateli i stanie gospodarki, ledwie co podnoszącej się po fali globalnego kryzysu, a już dotkniętego boleśnie skutkami nałożonych embarg i sankcji.

W projekcie budżetu przyjętym przez Radę Ministrów na rozpoczęty rok wydatki na obronność osiągną rekordowy pułap – ponad 38 mld zł, czyli 2,27 % PKB. Na marginesie należy odnotować, iż odsetek ten jest wyższy niż 2 % z uwagi na spłatę raty w wysokości 5,3 mld zł za pozyskane samoloty F-16. Poziom wydatków stawia nas na czele państw Paktu Północnoatlantyckiego.

No właśnie – a jaki przekaz płynie z tych informacji dla obywatela? Czy obraz zrujnowanego Donbasu i opowieści o życiu pełnym strachu o życie swoje i bliskich w warunkach wojny, dopiero co szczęśliwie ewakuowanych rodaków (na marginesie: obowiązku naszego państwa) wystarczy by przekonać obywateli – wyborców, że warto? Nie zapominajmy, że przed nami istny karnawał wyborczy…

Obawiam się, że demokratycznie wybrane władze w dawnym duchu zapomniały o zaprezentowaniu umowy społecznej, w której obywatel otrzyma zapewnienie, że będzie on partycypował w osiągnięciach narodowej inwestycji w obronność. W zamian po raz kolejny będzie musiał „przełknąć” gorzki komunikat o tym, że bezpieczeństwo jest potrzebą wyższego rzędu wymagającą poświęcenia postulatów zdrowotnych, bądź zdrowotnych. A to wszystko okraszone patriotyczną nutą z obrazem koszmaru wojny.

Czy w naszych realiach to obronność jest w stanie zapewnić impuls do rozwoju technologicznego całej gospodarki? Ośmielę się twierdzić, że jak najbardziej. Programy modernizacyjne Sił Zbrojnych w najbliższych latach są w stanie zapewnić finansowe podstawy takiego założenia. To przemysł obronny jest w stanie stworzyć technologie, które z powodzeniem znajdą swoje zastosowanie na rynku cywilnym– w przeciwieństwie do takich sektorów gospodarki, w których nasza rola sprowadza się do roli montera dostarczonych podzespołów i części. Przedstawiciele zainteresowanych stron: MON, nauki i przemysłu już od dłuższego czasu przemawiają w jednym duchu, aby te olbrzymie środki finansowe w jak największym stopniu spożytkować w kraju z pożytkiem dla całej gospodarki i społeczeństwa.

Jakub Radecki – niezależny dziennikarz i komentator. Absolwent AON i UKSW. Ukończył WSPWL w Poznaniu w ramach służby przygotowawczej NSR. Interesuje się zagadnieniami: sił zbrojnych i ich roli w społeczeństwie, funkcjonowania służb mundurowych, przemysłu obronnego i potencjału obronnego państwa oraz historią wojskowości i motoryzacją.