Bezpieczeństwo
Ukraina w NATO?
29.12.2014

Dla nas na pierwszy odsłuch, to brzmi dobrze – przestalibyśmy być w znacznej mierze państwem frontowym Sojuszu. Tyle, że obecnie to wyłącznie marzenia i jest to zupełnie nierealne, a nawet groźne, gdyby w aktualnej sytuacji jakimś cudem ta wizja zaczęła się materializować.

Fundamentem strategii geopolitycznej Rosji (carskiej, bolszewickiej, putinowskiej i zapewne każdej następnej) jest – „jak najdalej od Moskwy”. Tak jest od 300 lat i tak będzie przez następne 300 lat. Uczynienie święta narodowego Rosji w dzień wypędzenia Polaków z Kremla wcale nie jest takie „od czapy”, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało – gdyby wróg był dalej od Moskwy niż I Rzeczpospolita – do zajęcia Moskwy by nie doszło. W świadomości rosyjskich elit tkwi też bardzo głęboko ofensywa Hitlera – gdyby granica sowiecko-niemiecka była bliżej Moskwy – zostałaby w czasie 2WŚ zajęta. Tego się nie da zmienić – nawet gdyby żołnierze NATO zaczęli nosić pistolety na wodę, zamiast broni.
W oparciu o tę doktrynę – Rosja jest zdolna do wszystkiego. Wszystkiego.

Głównym celem polskiej polityki międzynarodowej jest i będzie w dającej się ogarnąć perspektywie nie dopuszczenie do działań wojennych na terenie Polski. Głównie temu służy przecież strategia zbrojenia Polski, choć moim zdaniem jest ona niewystarczająca, żeby ten cel osiągnąć. Polska powinna mieć oprócz tego co ma lub będzie miała większą siłę odstraszania. Może niekoniecznie w radykalnej koncepcji Sikorskiego – czyli praktycznie same ofensywne rakiety manewrujące. Przede wszystkim powinniśmy odstraszać potencjalnego agresora – silną obroną terytorialną zdolną do zabijania 1000 żołnierzy wroga tygodniowo i uzbrojonymi obywatelami. Powinniśmy też mieć nieco więcej rakiet manewrujących oraz ze 2-3 ciężkie brygady pancerne zorganizowane w modelu amerykańskim (siła ognia jednej takiej brygady to mniej więcej 1/3 aktualnej siły ognia całego WP).

Ściśle z tym powiązane jest niedopuszczenie nawet za bardzo dużą cenę do sojuszu niemiecko-rosyjskiego. Bo to oznacza niechybny koniec RP lub sprowadzenie jej do pozycji PRL.
Akces Ukrainy do NATO jest możliwy jedynie w warunkach faktycznej implozji Rosji i to też tylko w określonych warunkach – na przykład jeśli władzę przejęłaby oligarchia rosyjska, niezadowolona, że Putin psuje interesy, a nie np. Szojgu, czy jemu podobny „patriota”. W tym drugim przypadku oznaczałoby to nawet „dużą wojnę” – w której nie mamy żadnych szans ( „małą” możemy wygrać). Polska powinna być gotowa na dwa te scenariusze.

Pozbycie się Putina przez oligarchów, to dla nas najlepsza opcja. Tym bardziej, że stosunkowo szybko zrujnowaliby oni (rozkradli) do reszty ten kraj i wepchnęli go w długoterminową smutę w stopniu o wiele większym niż ma to miejsce obecnie. Wbrew bowiem temu, co wielu w Polsce sądzi, demokratyczna i wolnorynkowa Rosja jest dla nas groźniejsza niż obecna. Swoich doktryn geopolitycznych nie zmieni, a będzie miała pieniądze na ich realizację! Pieniądze, których obecnie nie ma.

Nienajgorszą też opcją – jakkolwiek źle to brzmi – jest uwiązanie Rosji w Donbasie, choć to niebezpieczne, bo z dużo mniejszych iskierek wybuchały wielkie pożary.
Najgorsza jest wojna – z tym, że nie unikniemy jej drogą ustępstw wobec Putina. Obecna polityka USA i UE (Niemiec de facto) – umiarkowanego dociskania Rosji i gry na wewnętrzy przewrót w Rosji, wydaje się sensowna, choć oczywiście większości rzeczy nie wiemy.

Tak czy inaczej – nikt odpowiedzialny w Polsce i na świecie nie powinien łudzić Ukrainy perspektywą dołączenia do NATO. Bo to  niemoralne oraz głupie i niebezpieczne – rozczarowany może szybko zmienić front, a wtedy możemy mieć jeszcze większy kłopot, niż mamy obecnie.

Cezary Kaźmierczak