Gospodarka
Uwaga Marks ożył
30.04.2014

Ale co by nie powiedzieć o wiarygodności wyliczeń francuskiego ekonomisty-marksisty  Thomasa Piketty, to popularność jego ostatniej książki „Kapitał w Dwudziestym Pierwszym Wieku” nie zostawia cienia wątpliwości, że jego czas nadszedł. Książka już jest na liście bestsellerów  New Jork Timesa i na pierwszym miejscu Amazona.

Pikett idzie w ślady Marksa i przepowiada zryw klasowy. Nową rewolucją. Powstać ma klasa ubogich wyrobników. Rozpiętości w zarobkach, zdaniem francuskiego ekonomisty  dawno już przekroczyły punkt, po którym narody mają tendencję robić powstania, albo jakieś straszne wojny. Jedynym ratunkiem dla naszej cywilizacji, ma być eliminacja największych fortun i takie opodatkowanie najwyższych zarobków, żeby nam się odechciało. Najbogatsi, zarabiający powyżej 500 tyś dol.  musieliby płacić 80 proc. swoich zarobków. Powyżej 200 tysięcy  płaciliby 60 proc. Do  tego  proponuje roczny podatek 10 proc. na wszystkich co są  obrzydliwie bogaci i jednorazowy podatek 20 proc. od każdego majątku przekraczającego miliard zredukowanie.

Profesor Paryskiej Szkoły Ekonomicznej, którą, sam zresztą utworzył, opiera swój projekt podatkowy na historycznych doświadczeniach. Uważa, że napięcia społeczno-ekonomiczne, tak czy owak  doprowadzą do spłaszczenia ziejących niesprawiedliwością rozpiętości majątkowych. Rzecz w tym, że zrobią to w sposób nader brutalny. Piketty przytacza tu pouczający przykład Bolszewików, którzy w przeddzień wielkiej rewolucji, oferowali burżujom wolność w zamian za oddanie ludowi swojego majątku i przystąpienia do klasy robotniczo-chłopskiej. Oczywiście nie wiemy co by się
z nimi stało gdyby skorzystali z oferty, ale Pikett,  w tym, że większość nie zdecydowała się na to humanitarne rozwiązanie, upatruje przyczyny krwawej żezi, nazywanej rewolucją.

Piketty, podobnie jak Marks, sporo miejsca poświęca wycenie pracy. Praca jako wartość.  I podczas gdy łatwo jest wycenić prace robotnika, sprzedawcy, to już zarobki menadżerów są, jak twierdzi „arbitralne” Nie da się ich wycenić po  wartości wytworzonego produktu. Rynkowy sposób wyceny, czyli, praca jest tyle warta ile ktoś chce za nią zapłacić, uważa, za jedno wielkie nieporozumienie. Jego zdaniem to jest ideologiczna wycena. Ludzie na szczytach władzy, czyli  kontrolujący pieniądze, decydują o tym w taki sposób, żeby pomnażać swoje majątki. Stąd konieczne są drakońskie podatki, żeby zechcieli inaczej wyceniać ich pracę. Autor nie  zajął się takimi zawodami jak pisarz,  sławny aktor, czy sportowiec zarabiający miliony, bo ludzie chcą za niego tyle płacić, ale chyba  nie było potrzeby. Rozumie się samo przez się, że zarobki mają zrównać się z zarobkami tych, którzy tworzą coś wymiernego. To myślenie byłoby bliskie Marksowi. 
I nawet jeżeli wielu ekonomistów, w tym poważne tytuły jak Wall Street Journal, Forbes, Finnancial Times wytknęły Piketty poważne  błędy metodologic, to patrząc na zawrotną  sprzedaż nowego „Kapitału”, należy się spodziewać, że wkrótce lewicowi politycy wciągnął go na swoje sztandary.


Capital in the Twenty-First Century
Thomas Piketty ?(Belknap/Harvard, 685 str.)

Tomasz Wróblewski

Fot. flickr /na lic.cc by-sa 2.0