Złe dobrego początki (2 odc.)
Dariusz Matuszak 09.02.2018

W poprzednim wpisie dotyczącym ustawy o penalizowaniu kłamliwych twierdzeń o udziale państwa i narodu polskiego w Holocauście i wielkiej awanturze jaka po niej wybuchła, pisałem głównie o fatalnych, kompromitujących błędach towarzyszących wprowadzeniu nowych przepisów.

Nie przygotowaliśmy „dywanu” (czasami w slangu PR tak to się określa) pod zapisy, nie wzięliśmy pod uwagę żadnych okoliczności zewnętrznych – np. kolejne rocznice wyzwolenia Oświęcimia, Wydarzeń Marcowych, Powstania w Getcie Warszawskim, a nawet tego, że w Izraelu trwa kampania wyborcza, co oznacza, że wszyscy w gorączce egzaltują się i radykalizują.

Całkowicie zaskoczyła nas reakcja Izraela, Stanów Zjednoczonych, polityków, mediów z całego świata i środowisk żydowskich. Paradoksalnie te często histeryczne reakcje mogą pomóc w Polsce w osiągnięciu zamierzonego celu. A nie jest nim wsadzanie do więzienia kłamców, tylko przeoranie świadomości u tzw. światowej opinii publicznej, czymkolwiek by ona nie była.

Nie miejmy złudzeń – 25 lat dotychczasowej polityki historycznej i próby pokazania „polskiej” prawdy o II Wojnie Światowej zakończyła się całkowitą porażką. W ciągu kilku dni runął także mit o zbudowaniu znakomitych relacji pomiędzy nami, a Izraelem i o wzajemnym zrozumieniu swych tragicznych losów. Nasze wysiłki okazały się jedynie lukratywnym przedsięwzięciem dla grup intelektualistów jeżdżących od wystawy do wystawy, z konferencji na konferencję z odczytami i spotkaniami z takimi samymi grupami intelektualistów po drugiej stronie świadomości. Dla zbiorowej prawdy i pamięci nie miało to wszystko żadnego znaczenia. Nie miały też znaczenia pojedyncze, nieskoordynowane odruchy protestu wobec kłamliwych oskarżeń i oszczerstw.

To nie był przypadek, że o „polskich obozach śmierci mówił Obama (nawet 2 razy), czy były szef FBI James Comey. I na nic zdają się w takich razach zdawkowe, pokątne przeprosiny, bo nie o lapsusy językowe tu chodzi, nie o żadne „przykre błędy”, tylko o świadomość i przekonanie, że Polacy rzeczywiście jako naród, współpracowali z niemieckimi i austriackimi nazistami.

To nie teraz, od kilku dni przegrywamy. Przegrywaliśmy codziennie od 25 lat. I niech nikt nie stara się wmówić, że nie ma sposobów by, walczyć ze zbiorową świadomością, by budować swój wizerunek i narzucać swoją interpretację. Tuż za miedzą mamy dowody, że da się.

Oto gdzieś z publicznej świadomości nagle zniknęli Niemcy, a na ich miejscu pojawili się naziści. Austriaków zaś nie było w ogóle, tak jakby nie tylko nie byli procentowo największymi sprawcami zagłady, ale nawet nie wydali z siebie Hitlera, Eichmanna, Globocnika – twórcy obozów w Treblince, Bełżcu, Sobiborze, czy Kaltenbrunnera, szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy i tysięcy innych. Jeden z nich Kurt – Waldheim, członek SA, odpowiedzialny za zbrodnie na Bałkanach i wymordowanie ponad tysiąca greckich Żydów, został nawet Sekretarzem Generalnym ONZ.

Paradoksalnie największą zaletą ustawy jest, to że jest, i że wywołała tak wielką awanturę. Wreszcie pękł narastający wrzód, wylały się pokłady żółci, niechęci, pomówień. Im bardziej histeryczna i nieprzemyślana reakcja, tym lepiej. Tym łatwiej nam bronić swoich racji.

Najlepszym przykładem jest choćby pierwsze oświadczenie Departamentu Stanu USA. Można przyjąć wobec niej postawę pokornego ćwoka, ale można też wykazać jak w swej istocie jest ono zwyczajnie głupie.

Oczywiście, że Izrael jest dla USA znacznie ważniejszym sojusznikiem, oczywiście, że środowiska żydowskie mają znacznie większe wpływ niż choćby Polonia – i co z tego. Nie ma to wpływu na to, że amerykańscy urzędnicy przeszarżowali pisząc o wpływie naszej ustawy na strategiczne interesy. Nikt normalny po stronie amerykańskiej nie narazi ich na szwank z powodu w istocie „drobnej” z amerykańskiego punktu widzenie sprawy.

Amerykanie, a zwłaszcza administracja Trumpa nie mają w Europie, poza Polską, znaczących przyjaciół. A przyjaźń ta jest tym znaczniejsza, im bardziej w Stanach narasta przekonanie o niezdolności Unii do organizowania się i wydobycia z permanentnego kryzysu. Z tego punktu widzenia relacje z Polską można nawet budować kosztem chwilowej niechęci Izraela.

Cokolwiek Stany Zjednoczone nie zrobią, to Izrael nie obrazi się, bo sojusz z USA, to nie kwestia interesów, tylko życia i śmierci. Daleki jestem też od przeceniania znaczenia środowisk żydowskich i proizraelskich w Stanach. To są siły potężne, tyle, że często znoszące się. O ile Trump musi liczyć się z organizacjami żydowskimi po prawicy i chrześcijańskimi syjonistami z pasa Biblijnego, o tyle całkowicie niemal obojętna dla niego jest reakcja żydowskich elit, bo funkcjonują one w świecie, który jest mu wrogi. Nie uzyska poparcia mediów, show biznesu z Hollywood i Walt Disney Company na czele, nie poprze go świat akademicki, ani wielkie kancelarie prawne ze Wschodniego Wybrzeża i cały ten świat nowojorskich, czy waszyngtońskich elit.

Sami Żydzi są jak Polacy – uwielbiają skrajności. Dlatego też oprócz Arabów i muzułmańskiego świata państwo Izrael nie ma bardziej zaciekłego wroga, niż ultrakonserwatywne środowiska żydowskie w USA po jednej stronie i lewackie po drugiej.

O tym, że w swej istocie głupie było pierwsze oświadczenie Departamentu Stanu, świadczy kolejne – sekretarza Tillersona. Jest już znacznie łagodniejsze i wyważone i otwiera pole do dalszych rozmów i pokazywania swych racji. Pierwsza Poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, zapewniająca całkowitą wolność słowa sprawia, że Amerykanie z natury przeciwni są administracyjnemu regulowaniu prawdy. Podjęty w zabiegach dyplomatycznych wysiłek powinien więc koncentrować się na tym by, przekonać, iż nasza ustawa jest analogiczna do tych jakie są w Izraelu, na pokazaniu prawdy historycznej i przeoraniu świadomości tamtejszych dyplomatów, polityków i mediów. By żadna dziunia pracująca w Departamencie Stanu i przygotowująca jakieś tezy pod wystąpienie amerykańskiego prezydenta nie posłużyła się już określeniem „polskie obozy zagłady”.

Dwa amerykańskie oświadczenia dają nam powód do przeprowadzenia takich działań. Gdyby ich nie było nie mielibyśmy żadnego pretekstu do podejmowania rozmów i przedkładania swych racji. To właśnie Stany Zjednoczone mogłyby być mediatorem w naszym sporze Izraelem.

Kolejnym elementem, który możemy wykorzystać jest uchwalenie niesławnego już art. 447 – JUST – Justice for Uncompensated Survivors Today. Przepis ten zobowiązuje Departament Stanu i dyplomację amerykańską do działań na rzecz przejęcia przez organizacje żydowskie majątków po tych, którzy zginęli w czasie Holocaustu i nie mieli spadkobierców. Dotyczy to nie tylko Polski, ale też Węgier, Bułgarii etc.

Majątek polskich obywateli, którzy zginęli w czasie II Wojny Światowej i nie pozostawili spadkobierców przeszedł na rzecz państwa polskiego. Wszystkich, w tym także pochodzenia żydowskiego. W żaden sposób nie da się obronić tezy, iż sprawiedliwe jest, by teraz ten majątek przejęły organizacje żydowskie, które z Polską i polskimi Żydami nie miały nic wspólnego. Ani prawnie, ani moralnie nie da się obronić stosowania kryterium narodowościowego, czy etnicznego w egzekwowaniu praw spadkowych.

Próba zastosowania takiego kryterium daje znakomite pole do ofensywy propagandowej i dyplomatycznej. Istota bowiem się sprowadza do tego, że nikogo nie interesuje co stało się majątkiem polskich obywateli pochodzenia cygańskiego, ormiańskiego, białoruskiego, litewskiego etc. Każda próba wyróżniania jakiejś nacji – w tym przypadku żydowskiej, powinna zakończyć się oskarżeniem nie tylko o nierówne traktowanie, ale stosowanie kryteriów, które wręcz ocierają się o rasizm.

Sami Amerykanie i organizacje żydowskie dały nam ten oręż, którego możemy używać miękko, lub twardo i brutalnie zależnie od okoliczności.

Całkowicie odrębną sprawą jest zwrot majątku właścicielom i ich spadkobiercom, niezależnie od tego obywatelami, którego państwa są. Odrębną sprawą jest też Deklaracja Terezińska, która jest martwa i nie wypełnia jej sam Izrael. Przewiduje ona m.in że majątek pozostawiony bez spadkobierców „mógłby służyć jako podstawa do spełnienia potrzeb materialnych znajdujących się w potrzebie ofiar Holocaustu i zapewnienia ciągłej edukacji o Holokauście, jego przyczynach i konsekwencjach”.

To bardzo smutne, ale w samym Izraelu ocaleni z Holocaustu stanowią najbiedniejszą grupę społeczną. Aż 1/4 z nich żyje we wręcz upokarzającej nędzy i dotyczy to zwłaszcza tych, którzy do Izraela przyjechali z Rosji i dawnych republik radzieckich.

Jednoznacznie i bezwzględnie należy odnosić się też do reakcji państw europejskich i wręcz zmusić je do milczenia. Sami doprowadziliśmy do tego, że taki Jean-Yves Le Drian, minister spraw zagranicznych Francji, czy także Francuz Pierre Moscovici, szef unijnej komisji ds. ekonomicznych mają czelność wtrącać się w polskie regulacje i pouczać nas o II Wojnie Światowej.

Czelność mają obywatele państwa, której kolaboracyjny rząd sam wydał na śmierć 50 tysięcy własnych obywateli. Wzorowa była reakcja polskiego ambasadora we Francji na kłamstwa, które padły w telewizji France 2. Zapytał on w oświadczeniu, czy położony w Alzacji obóz zagłady Natzweiler-Struthof należy nazywać francuskim.

Każde wtrącenie się zagranicznych mediów, czy polityków powinno nie tylko skutkować pokazywaniem „polskiej prawdy” o II Wojnie Światowej, ale też mówieniem o kolaboracji, tych, którzy tak chętnie miotają dziś oskarżenia. W tej „grze” musi obowiązywać zasada cios za cios.

Ustawa, a właściwie sama awantura już przynosi pozytywne skutki. Całkowicie nie zgadzam się z poglądem, że oto znów niepotrzebnie wywołaliśmy dyskusję o „polskiej kolaboracji” i przypomnieliśmy o „polskich obozach zagłady”. Bo co nam z tego, że ktoś nie mówi, ale swoje wie.

Już teraz widać zmianę w samym Izraelu. To państwo poza Polską też nie ma w Europie przyjaciół. Prawdopodobnie nigdy nie ukazało się tyle artykułów i świadectw o polskim bohaterstwie i ratowaniu Żydów co teraz. Nawet najbardziej zaciekle atakujący nas Haaretz zaczyna pisać obiektywnie i racjonalnie przytaczać nasze racje. Ton zmienił minister oświaty Naftali Bennett, z którym trzeba podjąć rozmowy o zmianie formuły wycieczek izraelskiej młodzieży do Polski. Jeśli mają przyjeżdżać tylko jak na cmentarz i miejsce kaźni, być izolowani od „wrogiego” społeczeństwa polskiego, to z naszego punktu widzenia nie ma to najmniejszego sensu.

Niech to wszystko się wreszcie przetoczy i oczyści, a nie pulsuje i gnije pod jakąś błoną lukrowanych wzajemnych relacji intelektualistów i dyplomatów. Gorączka i choroba nie miną z dnia na dzień, ale terapia, którą do tej pory stosowaliśmy prowadziła donikąd.

Ps. Całkowicie rozumiem, iż moje wywody mogą zostać uznane za naiwne i świadczące o nieznajomości kulis polityki, międzynarodowych gier interesów i takich tam. Otóż po pierwsze kulisy funkcjonowania instytucji, czy to jest Spółdzielnia Mieszkaniowa „Zorza”, czy administracja Białego Domu są zawsze takie same: knucie, intrygi, zawiść, frakcje, koterie, karierowiczostwo, odrobina zdrowego rozsądku, idealizmu i dobrej woli.

Po drugie: jak ktoś chce to zawsze może sobie słuchać ekspertów od 25 lat budujących relacje z Izraelem, przewidujących, iż Bronisław Komorowski nie przejedzie zakonnicy, nie dojdzie do Brexitu, a jeśli nawet, to gospodarka brytyjska padnie, Trump nie wygra wyborów, Unia kwitnie, a coś tam coś tam zagraża pokojowemu procesowi na Bliskim Wschodzie, o czym słyszę od dnia przyjścia na świat.