Czego nam nie mówią o Nowym Ładzie – analiza Tomasza Wróblewskiego

Czego nam nie mówią o Nowym Ładzie – analiza Tomasza Wróblewskiego
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Tak jak banalne jest powiedzenie, że historia powtarza się tylko tym, którzy nie uczą się na błędach, tak pewne jest to, że kiedy już politycy sięgają po historyczne analogie, to wyciągają z nich fałszywe wnioski. Oto historia Nowego Ładu. Jednej z najbardziej ponurych kart w historii Ameryki, dziś tak chętnie przywoływanej jako świetlany dowód na zbawienną rolę państwa w kryzysie.

Legenda

Piszę ten tekst, zanim polski rząd ogłosił wszystkie szczegóły programu Nowego Ładu. Nie mam jeszcze twardych wyliczeń, ale wsłuchuję się w melodię politycznej propagandy. Wpatruję się w kolorowe prezentacje, wystudiowane marketingowe budowanie napięcia i im więcej słyszę porównań do amerykańskiego Nowego Ładu – słynnego „New Deal” – lat 30. XX w., tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że i tym razem rządzący nic nie zrozumieli z historii. Nowy Ład był sztandarowym projektem Prezydenta Franklina Delano Roosevelta. Bez dwóch zdań, odmienił Amerykę i, jak podejrzewają historycy, w dużej mierze odmienił bieg dziejów, rozlewając amerykański kryzys na resztę ówczesnego świata. Nowy Ład kryje w sobie też wiele odpowiedzi na pytania, skąd wziął się współczesny „nieład” społeczny: jakie są źródła roszczeniowej postawy lewicowych organizacji związkowych, antykapitalistycznego ruchu klimatycznego i niechęci do wolności rynkowych? Nowy Ład to legenda, mit założycielski zachodniej lewicy. Jak każda legenda i ta dość nonszalancko obchodzi się z faktami. W końcu nie o odtworzenie prawdziwej wersji wypadków tu chodzi, ale o dopasowanie zdarzeń do ideologicznego przesłania. Wmówienie światu, że państwo jest jedynym gwarantem pokryzysowej odbudowy kraju. Źródłem miejsc pracy, dobrobytu i sprawiedliwości społecznej. Naszą ostatnią nadzieją wymagającą od nas nadzwyczajnych wyrzeczeń i nadzwyczajnych uprawnień dla rządzących.

 

Depresja, o której nie słyszeliście

Żeby dobrze zrozumieć na czym polegał Rooseveltowski Nowy Ład, musimy się cofnąć do 24 października 1929 r., czyli do krachu na nowojorskiej giełdzie. Historyczne tąpnięcie wypłukało majątki tysięcy amerykańskich rodzin i złamało kilka pokaźnych fortun. Ale to co najgorsze, nadeszło później. Utracone miliony miejsc pracy, zrujnowane firmy, ludzie tracący domy i środki do życia. Depresja, która nie była już jednak konsekwencją krachu na giełdzie, ale rozlicznych błędów i politycznej hucpy. Wielkim Kryzys to wielkie uproszczenie, bo w rzeczywistości mieliśmy do czynienia nie z jednym, ale z czterema kryzysami następującymi jeden po drugim, czy – jak woli historyk Wielkiej Depresji, profesor Hans Sennholz – z czterema „fazami” [1]. Pierwsza faza wyjaśnia, dlaczego w ogóle doszło do krachu w 1929 roku. Kolejne trzy pokazują, w jaki sposób państwowy interwencjonizm pogorszył sytuację i wepchnął kraj w jeszcze głębszy kryzys, nazywany Depresją.

Żeby mieć jakiś punkt odniesienia do tego, czym była depresja lat 30. i czym mogła być, gdyby rządzący potraktowali krach jak jeszcze jedną pękającą bańkę i powstrzymali swój interwencjonizm, warto sięgnąć po mało znany kryzys lat 1920–1921 roku.

Sytuacja gospodarcza Ameryki w 1920 r. była dużo gorsza niż ta w 1929 roku. Bezrobocie sięgało 12 procent, a PKB skurczyło się o 17 procent. Ówczesny prezydent Waren Harding zamiast zmasowanej interwencji państwa (co doradzali mu ekonomiści) zredukował wydatki państwa o połowę, a o 30 proc zredukował zadłużenie państwa i obniżył wszystkie progi podatkowe. W lipcu 1921 r., półtora roku po jednym z największych kryzysów w ówczesnej Ameryce, gospodarka wracała do życia. W 1922 roku bezrobocie spadło do 6,7 procent, a w 1923 roku wynosiło już tylko 2,4 procent. Wielkie zwycięstwo bez jednego strzału armatniego. Bez interwencji banku centralnego (FED), bez jednego dolara na stymulowanie rynku, nie licząc oczywiście redukcji podatków. W „Ludzkim Działaniu” Ludwig Von Misses wyraża przekonanie, że gdyby krach 1929 roku został potraktowany jak ten dziewięć lat wcześniej, to nie tylko nie doprowadziłby do totalnego załamania państwa, lecz także uchroniłby przed nim resztę świata. Cała reszta dramatycznych zdarzeń, jakie miały miejsce przez kolejne 10–15 lat, po prostu by nie zaistniała. Jak ten kryzys z 1920 r., który historycy ekonomii ochrzcili „Depresją, o której nie słyszeliście”.

Oczywiście to tylko hipoteza i, jak każde gdybanie historyczne, nie na wiele się nam zdaje. Niemniej jednak Rooseveltowski Nowy Ład na zawsze pozostanie doskonałym przyczynkiem do każdej dyskusji o wielkim państwie pełnym dobrych intencji. O Nowym Ładzie Kaczyńskiego, ale też nowych ładach Bidena czy nawet europejskiej Next Generetion.

 

Błąd interwencjonizmu

Historia co do zasady nigdy się nie powtarza. To fakt. Ale ekonomia porusza się po utartych koleinach, w zależności od bodźców, jakim zostaje poddana. Stąd też łatwiej nam jest mówić i pisać o możliwych scenariuszach gospodarczych interwencjonizmu.

Jeżeli wierzyć klasycznej teorii ekonomii monetarnej, to powinniśmy przyjąć, że istnieje ścisły związek między podażą pieniądza a aktywnością gospodarczą. Kiedy rząd sztucznie zwiększa podaż pieniądza i zapewnia wielkie transfery gotówki, to w pierwszym okresie może liczyć na spektakularne efekty. Stopy procentowe spadają, firmy inwestują „łatwe pieniądze” w nowe przedsięwzięcia, ludzie więcej wydają. Rośnie produkcja przemysłowa, sklepy zapychają półki nowymi towarami, knajpy maja pełne stoliki gości. Ludzie wpadają w euforię, a politycy przeliczają to na głosy wyborcze.

Co do zasady, dobre nastroje i góry pieniędzy napędzają boom gospodarczy. W boomie wszyscy więcej zarabiają. Firmy mają więcej zleceń, ludzie więcej pracy. W miarę jak firmy zwiększają zatrudnienie, przedsiębiorcy zmuszeni są podnosić zarobki, co przekłada się na wyższe koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Rynek potrzebuje coraz więcej, coraz łatwiejszych pieniędzy. Powstaje presja inflacyjna. Politycy wiedzą, co to dla nich znaczy. W miarę jak rośnie zagrożenie inflacją, w kieszeniach pracowników, nawet po podwyżce, zostaje coraz mniej pieniędzy, a to łatwo przeliczyć na utracone głosy wyborcze.

Amerykański ekonomista Murray Rothbard doskonale opisał ten proces w książce „Wielki Kryzys Ameryki”. Wyliczył, że amerykański bank centralny (Bank Rezerw Federalnych) od połowy 1921 r. do połowy 1929 r. zwiększył podaż pieniądza o ponad 60 procent [2]. Rzeka pieniędzy doprowadziła do gwałtownego spadku stóp procentowych i wywindowała giełdę do zawrotnych poziomów. Pieniądz rodził pieniądz, niemal z dnia na dzień na papierze wyrastały nowe fortuny. Markus Hattstein w książce „Ryczące lata dwudzieste” opisuje te wspaniałe lata w bańce podaży monetarnej. Epoka łatwych pieniędzy, wielkich samochodów, pstrokatych kreacji, wymyślnych bali i furczących hormonów. Ale „(…) w 1929 r. Rezerwa Federalna wyłączyła nagle muzykę” – pisał Lawrence Reed w swojej krótkiej genezie kryzysu „Wielki Mit Wielkiej Depresji”. Stało się to, co Rothbard nazywa klasyką wymuszanych zachowań ekonomicznych. Rząd wyhamował podaż pieniądza, podniósł stopy procentowe. John Kenneth Galbraith laureat nagrody Nobla, swoje potężne dzieło o Wielkim Kryzysie 1929 r. „The Great Crash 1929” zaczął zdaniem: „Koniec jeszcze nie przyszedł, ale już był w zasięgu wzroku. Przeszłość kruszyła się już pod nogami, ale ludzie nie mogli sobie wyobrazić jak będzie wyglądała ich świat”. Tym, co wyróżniało ten kryzys nie był ani krach, ani załamanie rynku, bo ani bezrobocie, ani spowolnienie gospodarcze nie było czymś ponad miarę. Bezrobocie w 1930 r. wzrosło do 8,9 proc, w porównaniu z 11,7 proc w 1920 r. PKB skurczyło się o 3,2 proc w porównaniu z 6,9 proc w 1920 r. Wyróżniała go za to bezprecedensowa skala państwowego interwencjonizmu. Podobnie jak dziś, cała klasa polityczna, z lewa i z prawa, opowiadała się za zmasowaną ingerencją państwa w rynek. Jeszcze za rządów prezydenta Herberta Hoovera, ustanowione zostały zaporowe cła na produkty, żeby wesprzeć rodzimych, mocno zadłużonych farmerów. Ustawa nazwana od senatora Reeda Smoota i kongresmena Williama Hawleya, nałożyła cła na ok. 200 rozmaitych produktów rolnych, spożywczych i na maszyny rolnicze. Po wyborach, zwycięski Franklin Delano Roosevelt dodał do tej listy kolejne towary przemysłowe. Łącznie umieszczono na niej ponad 3200 produktów, praktycznie zamrażając import z Europy. W odpowiedzi Wielka Brytania, a po niej reszta państw podniosła własne cła na amerykańskie produkty. Jak pisze Douglas Irwing w książce „Peddling Protectionism” („Handel protekcjonizmem”): Amerykańska pszenica, bawełna, kukurydza gniła na polach, miliony sztuk bydła wyrżnięto przed zimą 1931 roku, żeby nie ponosić dodatkowych kosztów karmienia zwierząt, których nikt nie kupował. Ustawa i cła odwetowe spowodowały spadek eksportu i importu o 67 proc. Po stu dniach rządów Roosevelta bezrobocie sięgało już 25 proc. Ale to był dopiero początek „planu ratunkowego”.

 

Nieoczywiste inspiracje Roosevelta

W czerwcu 1933 roku prezydent Roosevelt podpisał Narodowy Akt Odbudowy Przemysłu. Specjalnie powołana Narodowa Agencja Odbudowy (NRA) nadzorowała tworzenie karteli przemysłowych. Każda firma została zakwalifikowana do grupy branżowej i każda musiała stosować się do nowych kodeksów rynkowych. Kodeksy narzucały firmom ceny, po jakich przedsiębiorcy mogli sprzedawać swoje produkty. NRA określała również skale wynagrodzeń i dopuszczalne zyski przedsiębiorców. System w dużej mierze powielał model socjalistycznej gospodarki narodowej. Choć nikt nie odwoływał się tu do doświadczeń Hitlera i Mussoliniego, podobieństwa były uderzające. Nowy Ład – nowa sprawiedliwsza Ameryka –miała być oparta na gospodarce nakazowej, gdzie oficjalnym celem nie był wzrost gospodarczy, ale pełne zatrudnienie, a mechanizmy rynkowe miało zastępować państwo. NRA finansowana była ze specjalnych podatków nakładanych na firmy, które agencja sama ustalała i egzekwowała. Według Galbrighta same tylko koszty finansowania przepastnej administracji podniosły koszty prowadzenia działalności gospodarczej średnio o 40 proc.

Niezależnie od nowych podatków korporacyjnych Roosevelt podnosił też podatki osobiste, które w dużej mierze szły na finansowanie prac publicznych organizowanych i zarządzanych przez państwo. To był rzeczywisty socjalizm, robotnicy dostawali pracę, ciepłe posiłki i mieszkania robotnicze. Podatki podnoszone były w każdym kolejnym roku podatkowym przez 10 lat, ostatecznie wzrosły do 94 proc. dla najlepiej zarabiających. W 1936 r. po nałożeniu super podatku dla bogatych, podatek zapłaciły dwie osoby – John Rockefeller i pisarz, laureat nagrody nobla Eugene O’Neill. Minął rok i podatek zapłaciła już tylko jedna osoba, kolejna amerykańska laureatka nagrody nobla Pearl S. Buck. Rockefeller drugi raz nie popełnił już tego błędu i zmienił księgowego.

W 1935 roku Sąd Najwyższy szczęśliwie zdelegalizował ustawę o odbudowie narodowej. Fabryki znowu zatrudniały, przedsiębiorcy otwierali zamrożone biznesy, bezrobocie z 29 proc. spadło do 18 proc. i rok później do 14 proc. I kiedy wszyscy sądzili, że socjalistyczny koszmar minął, Roosevelt postanowił odciąć się Sądowi, zapowiadając program sprawiedliwego zatrudnienia, który miał chronić pracowników przed kapitalistami. National Labor Relations Act, nazywany czasem socjalistyczną „Magną Cartą”, ustalał wysokość wynagrodzeń dla poszczególnych zawodów i branż. Spory pracownicze zamiast w sądach powszechnych miały być od teraz rozstrzygane przez urzędników nowej agencji federalnej – National Labor Relations Board, która miała być prokuratorem, sędzią i ławą przysięgłych w jednym. Trzecia faza Wielkiego Kryzysu zaczęła się od gwałtownego wzrostu kosztów pracy. Związki Zawodowe uzbrojone w nowe, rozległe uprawnienia bardziej przypominały teraz grupy zorganizowanej przestępczości niż organizacje społeczne. Związkowcy wymuszali haracze, dotacje na kampanie prozwiązkowych polityków, domagali się zatrudniania wskazanych osób i podpisywania kontraktów z firmami kontrolowanymi przez mafie.

Groźby, bojkoty, strajki, haracze, fatalna atmosfera wokół firm zaskakująco szybko przekładała się negatywnie na wydajność i zyskowność firm. Z kolei zawyżane koszty pracy, masowe bankructwa, rosnące bezrobocie, a z drugiej strony coraz mniejsza konkurencja, wpływały na ogólny poziom życia w kraju. Ubywało robotników, a przybywało związkowców. Jednym z przywilejów, jakie Roosevelt im darował (a które obecnie prezydent Biden chce przywrócić) był obowiązek zatrudniania jedynie osób należących do związków. Z czasem prawo zaczęło rozciągać się na osoby, które zalegały ze składkami związkowymi.

Gwałtownie rosnące koszty pracy wpływały na ceny produktów. Wielkie firmy coraz częściej przegrywały rywalizację z małymi przedsiębiorstwami rodzinnymi, które nie miały obowiązku uzwiązkowienia. Administracja Roosevelta rozpętała wtedy całą kampanię medialną, której głównym przesłaniem była walka z konkurencyjnością. Tłumaczono, że dobrej jakości „amerykański” produkt musi kosztować dużo, bo ludzie muszą zarabiać godne pieniądze, a w związku z tym próba konkurowania cenami jest antyamerykańska i niepatriotyczna. Co potulniejsi dziennikarze piętnowali „zdrajców konkurujących cenami”. Nowy Ład płynnie przekształcił chwilowy kryzys w stan pełnej i długotrwałej depresji gospodarczej. W1938 r. bezrobocie wzrosło z powrotem do 23 procent, a obroty na giełdzie nowojorskiej spadły o ponad 50 proc. PKB natomiast wróciło do poziomu z drugiej fazy kryzysu.

 

Jak nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o władzę

Wielkie programy, cały ten New Deal, mają na dobrą sprawę dwa zadania – poróżnić pracodawców z pracownikami, zastąpić prawa rynku rządowymi instytucjami i uzależnić szerokie grupy społeczne od dobrej woli rządzących. Jest sporo dobrych książek i analiz ekonomicznych na temat Wielkiej Depresji. Mało kto jednak tak dobrze, jak Jim Powell w książce „Szaleństwa Roosevelta” opisuje istotę socjalistycznego terroru. Jak pisze Powell z pieniędzy podatników organizowano masowe „(…) parady poparcia, billboardy, wieszano plakaty i reklamy radiowe, wszystkie zaprojektowane, by uciszyć tych, którzy kwestionowali politykę rządu”. Apologeci Roosevelta przypominają rozmaite dobre chwile z czasów jego prezydentury. To, że wprowadził pierwsze w Ameryce ubezpieczenia społeczne, programy prac publicznych, pierwszą płace minimalną. Rzeczy, które wielu do dziś uważa za wielkie zwycięstwa cywilizacyjne. Ale nie one były celem Wielkiego Ładu. Istotą była władza. Pełnia władzy, jaką Roosevelt skupił wokół siebie kosztem naturalnych praw rynku i naturalnych relacji pracownika z pracodawcą. Jako jedyny prezydent służył w Biały Domu trzy kadencje i zabrakło mu 23 dni do zdobycia prezydentury po raz czwarty. Ceną było 10 lat depresji gospodarczej i światowy kryzys, którego epilogiem była II wojna światowa. Stąd moje twierdzenie, że polityk, który odwołuje się do amerykańskich eksperymentów z socjalizmem i zapożycza jego symbole albo nie zna historii, albo zna ją zbyt dobrze.

 

Piśmiennictwo:

[1] The Great Depression, https://mises.org/library/great-depression.

[2] Murray Rothbard, America’s Great Depression, Sheed and Ward Inc., Kansas City 1975, str. 89.

Inne wpisy tego autora

Wróblewski: Wolność jest dla właścicieli mediów

Prezes Warsaw Enterprise Institute Tomasz Wróblewski ocenił, że pozew Donalda Trumpa przeciwko największym mediom społecznościowym ma bardzo solidne podstawy. – Donald Trump bardzo rzeczowo i bardzo

Esej „Długa droga w nieznane”

„Dzieje ludzkości, co do zasady, są wypadkową ludzkich wyborów. Od czasu do czasu nasze wybory podyktowane są jednak siłą wyższą. Kataklizmy, zarazy, wojny, niewyobrażalne ludzkie

Esej „Oblany test eurokracji”

„Gdy Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, nie mówiąc o Izraelu, zaczynają „nowe”, postpandemiczne życie, Europa pogrąża się w trzeciej fali zarazy i wewnętrznych awanturach. Historia zmagań