Dziadostwo i bieda na ratunek planecie

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

Wysłuchałem na kanale WEI na YouTube ciekawej i pożytecznej dyskusji na popularny i nośny ostatnio temat: „Czy wzrost PKB szkodzi”. Rozwój gospodarczy ma bowiem prowadzić do zużywania ograniczonych zasobów planety, pochłaniać zbyt dużo energii, ostatecznie zniszczyć klimat, a tym samym Ziemię. Wyjaśnijmy sobie od razu: rabunkowa, bezmyślna eksploatacja ograniczonych zasobów przynosi katastrofy, ale ludzkość od początku swej cywilizacji prędzej czy później zawsze potrafi sobie z tym poradzić. Jednak pomysł ograniczania wzrostu gospodarczego, bogacenia się to koncept sztuczny, wydumany, to twór ideologów, nieudolnych urzedolników, ludzi od organizowania postępującego postępu. Chodzi o to, że kraje Zachodu, a już zwłaszcza starej Unii, nie notują żadnej zwyżki PKB, więc teraz trzeba nam wmówić, że zahamowanie wzrostu gospodarczego jest korzystne, a sama wysokość Produktu Krajowego Brutto – oj tam, oj tam – nie ma żadnego znaczenia. Może nawet sam wskaźnik nie ma sensu i nie szkodzi, że lepszego nie mamy. Zlikwidujmy go sobie. To mniej więcej taki pomysł jak zniesienie ocen w szkole. Będzie miło.

Gospodarki takich państw jak np. Włochy, Francja, Hiszpania, Portugalia są mniejsze niż kilkanaście lat temu. Ta ostatnia jeszcze w 1999 roku miała 32. gospodarkę na świecie, teraz zaś 49. mniejszą niż Bangladeszu. O takiej Grecji, to można zapomnieć. A może i nie, bo ona jest czempionem ograniczania wzrostu, a nawet jedną z rekordzistek tzw. degrowth, bo od 2008 roku jej gospodarka zmniejszyła się prawie o połowę. O szczęśliwa Arkadia już przez starożytnych poetów sławiona.

Lewica nie jest w stanie sprawić, by gospodarki rosły, więc teraz wymyśliła, by przekonywać, że lepiej się nie rozwijać, nie bogacić. Głupie, bałamutne infantylne. Gdy w przedszkolu miałem malutki plastikowy czołg i złamała się w nim lufa, to też wszystkim mówiłem, że taki ze złamaną lufą jest lepszy. Władcy Zachodu wmawiają biedakom z plebsu: dla waszego dobra lepiej byście byli nędzarzami. Żebyście się lepiej czuli, to nawet nie będziemy mówić, że jesteście biedotą, tylko prekariatem. Prawda, że prekariusz to szlachetniej brzmi niż biedak.

Mówienie o tym, że wzrost PKB szkodzi, ma przykryć nieudolność władców i ich nieumiejętność stworzenia warunków do tego, by poddani żyli w dobrobycie. – Chodźta, zrobimy sobie tak, by nie było nas stać na remont metra, niech jego korytarze zamieniają się w kanały ściekowe, królestwo grzyba, zgnilizny, fekaliów i szczurów – namawia socjalistka Anne Hidalgo, mer Paryża. – Lotnisko Charles de Gaulle niech będzie jak dworzec PKP w Kutnie za PRL. Kazik o tym śpiewał. Ale będzie super – zachwala nowy koncept Jego Wysokość Pompatyczność Macron. – Zróbmy sobie tak, żeby w Los Angeles w miasteczkach namiotowych i śmietnikowych na ulicach i placach mieszkało pół miliona ludzi, zamiast marnych stu kilkudziesięciu tysięcy – przedstawia świetlaną przyszłość gubernator Kalifornii Gavin Newsom. Już udało nam się sprawić, że ten stan ma najgorsze wskaźniki ubóstwa w USA, ale dla dobra planety i ludzkości walczymy dalej. Gdyby mieszkańcy gett Baltimore, Chicago, francuskich banlieue – przedmieść osiągnęli poziom dobrobytu przeciętnego mieszkańca Szwajcarii, czy Luksemburga z jakichś powodów świat i ludzkość miałyby na tym ucierpieć. Ja już nawet nie wspominam o tych miliardach ludzi z krajów Trzeciego Świata

W koncept: „nie bogaćmy się” zaszyta jest niezmierzona pycha, arogancja, a także ochota na zaprowadzenie tyranii. Kim są ci, którzy ośmielają się mówić ludom, że już dość, niech więcej nie gromadzą, nie pracują, nie oszczędzają, nie kupują, nie myślą o pozostawieniu czegoś swoim dzieciom. Ci pyszni władcy świata, uważają, że ludzie są zbyt głupi, by znaleźć równowagę pomiędzy pracą, dorabianiem się a samym życiem. Oni ustrzegą nas, bo bez zbawców wszyscy stalibyśmy się pracoholikami tyrającymi 7 dni w tygodniu 18 godzin na dobę i oszalałymi konsumentami. Nasze mieszkania dla zysku zmienilibyśmy w noclegownie i wynajmowali pracownikom z Filipin, czy Ukrainy. Wyrżnęlibyśmy nasze lasy, by drewno sprzedać, a każdą piędź naszego ogródka zamienili w grządki, by kabaczki na handel rosły.

By sprawić, że państwa, ludy się nie bogacą, trzeba zaprowadzić jakiś rodzaj tyranii. Najpierw należy określić jaki poziom PKB wystarczy. Także w przeliczeniu na głowę. Ile euro PKB per capita jest optymalne. Potem trzeba znaleźć sposoby na nieprzekraczanie owego optymalnego poziomu. Co robić, gdy jakieś przedsiębiorstwa, cała branża nagle doświadczą wyjątkowej koniunktury, wypracują nadzwyczajne zyski tak, że ów dopuszczalny poziom PKB będzie przekroczony? Czy należy to uniemożliwić, czy też raczej skompensować, sprawiając, że inna gałąź gospodarki poniesie straty? Jak w ogóle sprawić, by produkowano i sprzedawano określoną ilość dóbr, świadczono tylko określoną ilość usług? Trzeba wdrożyć drakońskie środki, zaprowadzić gospodarkę centralnie planowaną, wyznaczyć limity na każdy produkt, każdy serwis. Określić liczbę pokoi w hotelach i stopień ich obłożenia, ustalić liczbę uszytych spodni i butów, wydanych w barze zup pomidorowych, liczbę przewiezionych pasażerów przez kolej, zbiory ziemniaków i marchwi etc. Oczywiście władcy Zachodu niczego jednak planować nie muszą. I bez tego potrafią sprawić, że żadnego wzrostu PKB nie ma. Im dziadostwo samo wychodzi. Oni będą robić to, co do tej pory – na ślepo, bezmyślnie regulować, kontrolować, zakazywać, nakazywać. Okładać podatkami i różnymi daninami. Mogą je sobie nazwać dywidendą obywatelską, składką solidarnościową, wyrównawczą, klimatyczną, ekologiczną, rozwojową, edukacyjną, równościową, antydyskryminacyjną etc., etc. Oni jak nikt mają talent do tego, by sprawić, iż ludzie nie pracują, a jak nie pracują, to nie tylko nie zwiększają PKB, ale też nieraz pasożytują i sprawiają, że to, co inni wypracowali, trafia do nich w postaci zasiłków, zamiast pracować na rzecz przyszłego rozwoju. Osiąga się w ten sposób zbawienne ograniczenie PKB. I tak w II kwartale 2021 niezaspokojony popyt na zatrudnienie sięgał w Unii Europejskiej niemal 15 procent. Na to składają się trwale bezrobotni, ale też zwykłe lenie, które pracować mogą, ale nie chcą. Najlepiej przeanalizować to na przykładzie Hiszpanii, bo ten kraj pod światłym przywództwem socjalistów i komunistów przoduje w Europie. Tam wskaźnik ten sięga 25,1 procent. W Polsce wskaźnik ten wynosi 6,2 procent. Lepiej jest tylko w Czechach i na Malcie. Największe zasługi dla marazmu na rynku pracy w Hiszpanii ma sięgające 15 procent bezrobocie – trwałe, przy czym wśród młodych do 35. roku życia przekracza ono 35 procent. Kolejny komponent to ci, którzy pracować mogą, ale im się nie opłaca, nie chce. Jak u klasyka Barei: „nie wiem, nie orientuję, się, nie znam się, zarobiony jestem”. Ci stanowią niemal 5 procent. We Włoszech to niemal 12 procent – najczęściej młodzi ludzie żyjący z rodzicami i na ich utrzymaniu. Ponad 5 procent to ci, co niby mają zatrudnienie czasowe, dorywcze, ale teraz wcale nie pracują. Najmniejszą kategorię stanowią ci, którzy pracy szukają, ale podjąć jej od razu nie mogą – niecałe 1 procent. Na czołowych miejscach ze wskaźnikiem ponad 20 procent znalazły się Hiszpania, Włochy i Grecja. Tuż za podium plasuje się Szwecja.

Wróćmy do problemu określania optymalnego poziomu PKB, takiego, od którego miałby już on nie rosnąć. Czy w Polsce jeszcze możemy się bogacić, czy też już raczej powinniśmy przestać i dla ocalenia planety po wsze czasy w Radomiu powinno być, jak jest, a nawet jeszcze brzydziej i gorzej? W Łodzi tysiące mieszkań nie mają wody bieżącej i WC. Ubikacja jest wspólna na korytarzach. I tak ma zostać? Biorący udział w dyskusji WEI doktor Maciej Grodzicki z Uniwersytetu Jagielońskiego, który jest zwolennikiem tzw. degrowth – pogrążania się w dziadostwie, nie odpowiedział na to pytanie. Wiadomo tylko, że radomianie i łodzianie z kiblami na klatce, albo na podwórku powinni się dla dobra ludzkości poświęcić. Chodzi o to oczywiście, że dzięki temu nie wzrośnie na globie temperatura o 1,5 stopnia Celsjusza i Ziemia nie zmieni się w zatrutą patelnię. Ewentualnie nie zniknie pod wodą z roztopionych lądolodów. Oczywiście świetlana wizja ograniczania PKB przewiduje, że łodzianie będą mieli jednak dostęp do toalet, bo degrowth ma oznaczać lepszą dystrybucję zasobów, sprawiedliwą transformację. Idea jest taka: skoro jako ludność Zachodu mamy wszystkiego za dużo, ale nie potrafimy tego podzielić tak, by wszystkim zapewnić dobrobyt, to na pewno jak będziemy do podziału mieli mniej, to starczy dla wszystkich i sprawiedliwiej po naszemu zostanie rozdystrybuowane. Proponuje zacząć od doktora Grodzickiego. Uniwersytet Jagieloński powinien mu obniżyć pensje. To przecież wpłynie na zmniejszenie naszego PKB. Pan doktor za swoją mniejszą pensję będzie mniej konsumował, czyli też mniej zużywał cennych, a ograniczonych zasobów naszej planety. Porwani tym wspaniałym przykładem pójdą inni doktorzy na UJ, potem na innych uczelniach i tak szlachetny ruch degrowth ogarnie całą planetę.

Wobec adeptów marksizmu-leninizmu nie mam zamiaru bawić się w żadne subtelności. Ludzie, których historia niczego nie nauczyła, nie zasługują na nie, a już tym bardziej na kolejną setną próbę zaprowadzenia tym razem słusznego, prawdziwego socjalizmu. Prowadzący dyskusję Sebastian Stodolak jest człowiekiem kulturalnym, więc powiedział, że idea degrowth „jest co najmniej wątpliwa”. Ja nie jestem wyrozumiały i kulturalny więc powiem, że ona nie jest wątpliwa. Ona bez wątpienia jest idiotyczna i z natury totalitarna. To nowe opakowanie dla socjalizmu w wersji marksistowskiej. O nic innego w tym wszystkim nie chodzi jak tylko o kontrolę nad całą gospodarką, co ostatecznie doprowadzi ludzkość do nędzy. Zawsze, za każdym razem mówią, że chodzi o sprawiedliwość i dobro ludzkości. To samo ćwiczenie co w Związku Radzieckim. I demololudach. Oczywiście marksiści się od tego czasu nieco nauczyli. Lepiej dbają o pozory i lepiej kamuflują swe prawdziwe zamiary. Wiedzą też, że gdy ukradną właścicielom środki produkcji, to zakończy się to szybką katastrofą, bo sami niczego stworzyć nie potrafią. Pisałem już o tym, że teraz zamiast kraść fabrykę mebli wolą ukraść same meble, które ktoś za nich zrobi, ewentualnie zysk z ich sprzedaży. Efekt i tak będzie na końcu ten sam – nastąpi degrowth, bo nikt nie będzie chciał mebli produkować.

Nie chce mi się wchodzić w niuanse owego duch degrowth. Wnikać w to, że ograniczenie nie oznacza ograniczenia, tylko wręcz przeciwnie, że nie chodzi o to, by było ubożej, tylko mądrzej i sprawiedliwiej. Będą uprawiać ten propagandowy bełkot, kuglarstwo pojęciami, bo mówienie wprost obnaża totalitarną, bezduszną ideę całkowitego kontrolowania gospodarki i ludzkiego życia. To idea o subtelności dechy z gwoździem, a nie rzeźbionego kunsztownie i zdobionego pastorału oznaczającego troskę pasterza odciągającego lud od zła. Adekwatnie więc należy ją zwalczać. Konserwatyści wciąż popełniają ten sam błąd. Wsłuchują się, dyskutują, próbują przekonać, nawet wtedy, gdy na gardle czują czyjś but. Mało dowodów na obłędność lewicowych idei? Ile jeszcze lat można się wpatrywać w dane Eurostatu i udawać, że w Unii wszystko jest w porządku i nie mieć ochoty wstrząsnąć tym wszystkim? Z ideą degrowth trzeba zrobić to, co z jajami kosmicznego monstrum z filmu „Obcy”. Jak nawoływała Sigourney Weaver: zabić, wypalić, zniszczyć cokolwiek to jest i zanim cokolwiek się z tego wykluje.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: Liberalne wiatraki

Zadanie dla Wysokiego Sądu: ile wiatraków musi wybudować PGE? I jak bardzo podnieść ceny? Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces z powództwa Fundacji Greenpeace Polska przeciwko PGE