Teoria głupoty (1)

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

Teorię głupoty słynnego luterańskiego teologa Dietera Bonhoeffera początkowo chciałem zaprezentować w aromatach abstrakcji, czystej myśli, bez dzisiejszych kontekstów, bez nawiązywania do obecnych zdarzeń. Swe przemyślenia pokazujące koniunkcję zła i durności niemiecki duchowny spisywał w więzieniach III Rzeszy, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego tak wielu ludzi w kraju wielkich poetów i filozofów porzuciło dobro, wszelkie normy moralne i dało się uwieść nikczemności. Jednak inwazja na nasze granice wywołała taką epidemię głupoty, lichej małostkowej podłości, że uległem pokusie pokazania ich, bo świetnie ilustrują one koncepcje niemieckiego myśliciela. Samą teorię zła i głupoty przedstawię w kolejnym wpisie.

W 2015 roku jeszcze można było być naiwnym, mieć złudzenia i uważać, że oto nieszczęsne ludy Azji i Afryki uciekając przed wojną, głodem, nieszczęściami, stawiły się u granicy Europy, by błagać o ocalenie. Dziś jednak, gdy po 6 latach i wszystkich wydarzeniach, po obserwacji nieustającego procederu przemytu i handlu ludźmi, powstania w Libii wielkiego targu niewolników, przewożenia niewolnic z Afryki do europejskich domów publicznych w Hamburgu czy Amsterdamie, kto twierdzi, że młodzi mężczyźni z Bliskiego Wschodu, ale też z Afryki Subsaharyjskiej, którzy pojawili się w lasach białoruskich to uchodźcy, jest podłym durniem. Żadne kwiatki w postaci podawanych z rąk do rąk, podtykanych pod obiektywy kamer i aparatów dzieci i kobiet nie zmienią tego, że na granicy mamy agresywnych osiłków szukających na zachodzie Europy łatwego życia. Skąd wiemy, że łatwego? Bo od 2015 roku widać, że przygniatającej większości tych rzekomych uchodźców, którzy wdarli się do Europy, nie chce się integrować, nie chce się pracować. W Niemczech w tym roku nie było komu szparagów zbierać, bo inżynierowie, lekarze, astrofizycy siedzą na zasiłkach. Do doświadczeń z ostatnich lat dochodzi też wiedza o tym, że, cała akcja została zorganizowana. Mówienie więc, że mamy do czynienia z uchodźcami jest zwykłym podłym kłamstwem. Takim na wprost. Oto młodzianek leci z Bagdadu do Dubaju, nie zostaje tam,  nie jest uchodźcą, ale staje się nim po przerzucie na białoruskie błota.

Nie ma wyjścia – na granicy musi stanąć mur, czy „coś” – jakkolwiek sobie ową przeszkodę nazwiemy. Kto twierdzi, że nie ma sensu budować, bo każdy mur można przeskoczyć, pokonać, ten zwyczajnie majaczy. Ubliża ludzkiej inteligencji i powinien zostać skazany na zakaz zamykania swego domu, samochodu, posługiwania się hasłami zabezpieczającymi w kontach bankowych, poczcie elektronicznej, mediach społecznościowych etc., gdziekolwiek ich używa.

Nie wpuściłbym na granicę żadnych dziennikarzy. Dość szkód narobili. Jedno dobro – prawo do informacji w tym przypadku musi ustąpić dobru wyższego rzędu – obronie granic, obronie integralności państwa. Nawoływania, by koniecznie wpuścić dziennikarzy do zony zakazanej, wynikają najczęściej z chęci podlizania się im. Politycy uważają, że jak staną po stronie owych siewców prawdy, to ci polubią ich, będą częściej o nich pisać, zapraszać na wywiady, a to pozwoli wygrać kolejne wybory. Czysta, cyniczna kalkulacja. Dziennikarze na granicy będą przeszkadzać, prowokować, urządzać inscenizacje, narażać bezpieczeństwo ludzi, sabotować prowadzone przez służby operacje. Rozumiem, że to bardzo kontrowersyjna opinia, ale taką mam i przedstawiam. Można się kłócić.

Nie będę się jednak kłócił na temat tego, że w przeciwieństwie do tego, co głupie media opowiadają, to Polska wygrywa propagandową informacyjną wojnę. Nie ma znaczenia czy to zwycięstwo jest przypadkowe, czy to efekt rozmyślnych działań. Wygrywamy, bo w świat idzie przekaz o twardej, nieustępliwej, często brutalnej postawie polskiego wojska, policji, Straży Granicznej. Ludy świata, które na co dzień mają do czynienia ze swymi zepsutymi politykami, pozbawionymi zębów, pazurów, ale przede wszystkim morale służbami, zazdroszczą nam ducha i waleczności. Tam, gdzie zakłamane media i politycy widzą nieczułość, brutalność, okrucieństwo, ludy widza obronę granic, obronę ojczyzny, swoich społeczności. W rozlazłym świecie postępującego postępu stanowczość, asertywność, śmiałość to cechy, które imponują. Żeby nie wiem, co tam uczuciowo wzmożeni w różowe rajtuzki odziani opowiadali, to sercami i umysłami ludzi nie  władają ci, którzy najgłośniej płaczą. Szybciej już ci, co najmocniej biją i o tym wie każdy (oprócz inteligentnych inaczej dziennikarzy i polityków), kto choćby raz widział film akcji. Nawet „Czterej pancerni i pies”. Żadne obrazy brutalności tak naprawdę nigdy nie zaszkodziły Rosji, Turcji, Izraelowi, czy Filipinom.

Politycy Zachodu nie znoszą obrazków znad polsko-białoruskiej granicy, ale to dlatego, że one pokazują ich własną nieudolność, bezradność, tchórzostwo. To, co się dzieje na Podlasiu to dowód na to, że można powstrzymać przerzut nielegalnych imigrantów z Francji do Wielkiej Brytanii, z Libii do Włoch, z Maroka do Hiszpanii. Że na Zachodzie brakuje woli i odwagi, by powstrzymać proceder przemycania ludzi, handlowania nimi. Zupełnie nie należy przejmować się tym, co opowiadają zachodnie media. One żyją w świecie własnych rojeń i fantazji, a ich wiarygodność bada kolejne warstwy dna. Ich tak naprawdę słuchają już tylko politycy, bo żyją z nimi w symbiozie. To sojusz tronu i mikrofonu. Ledwie kilka dni temu, ekscytowano się tym, co naopowiadał jakiś reporter CNN, dla którego Polska i Białoruś to dwa niemal bliźniacze reżimy. Nie ma co się przejmować tym, co durnie z CNN mówią. Tego nikt nie ogląda. To niszowa stacja o oglądalności niższej niż kanał z kreskówkami z Misiem Yogi. Poniższe zdjęcie pokazuje, jaka była oglądalność CNN w dniu, w którym głupi, dynamiczny reporter na tropie nadawał swą relację z Białorusi.

 

To nie był dzień wyjątkowy. Ze stałych pozycji najbardziej oglądane „Reliable Sources” i „Fareed Zakaria GPS” zgromadziły odpowiednio 647 i 638 tysięcy widzów. Kolejny – „State of the Union” zebrał 566 tysięcy oglądających. To wszystko w kraju, który ma 9 razy więcej mieszkańców niż Polska. Programy uplasowały się odpowiednio na 19., 20. i 21. pozycji w rankingu programów kablowych stacji informacyjnych. Miały mniejszą oglądalność niż w Polsce „Świat według Kiepskich”. Obywatel nie musi tego wiedzieć, ale dziennikarz, który doznaje wzwodu na wzmiankę o CNN, czy BBC to zakompleksiony ignorant. I jeszcze jedno: im więcej obrazków pokazujących stanowczość, czy brutalność naszych służb, fatalne warunki, w jakich koczują nielegalni imigranci, tym lepiej. To dobre obrazy ostrzegające tych, którzy mogliby paść ofiarą reżimu i organizacji zajmujących się przemytem ludzi, to obrazy czasami ratujące życie.

O ile mogę się kłócić o to, czy wpuszczać dziennikarzy, to kwestia obecności na granicy organizacji pozarządowych (ngo), z których wiele na Zachodzie, to zwykłe organizacje przestępcze jest już dla mnie poza dyskusją. To one zajmują się szmuglowaniem ludzi, to one pomiędzy Libią a Włochami działają, jak linie promowe przeprawiając nielegalnych imigrantów, zapewniając ogromne zyski przemytnikom, handlarzom ludźmi. To dzięki nim nigeryjskie gangi mogą przerzucać niewolnice, by pracowały dla nich w burdelach Europy. Gdyby tylko wpuścić ngo nad granicę z Białorusią, to masowo zaczęłyby się pojawiać organizacje przestępcze z Niemiec, Francji, Włoch i zajmować się szmuglem nielegalnych imigrantów. Przestępcze organizacje przebrane za ngo sprawiają, że strumień nielegalnej imigracji do Europy nie wysycha. To przez ich działalność kolejni imigranci podejmują niebezpieczne wyprawy, które nieraz kończą się tragedią. Część ngo to zwykli bandyci zmówieni z gangami przemytników ludzi, broni, narkotyków. Część zaś to oczadziali aktywiści, którzy chcą, by masowa imigracja z krajów odmiennych kulturowo całkowicie odmieniła oblicze Europy. Dla nich to sposób na ostateczne rozprawienie się z białym człowiekiem, jego łacińską, grecką i chrześcijańską cywilizacją. Trzeba przestać udawać, że takich ludzi nie ma, że nie działają w Parlamencie Europejskim, w Komisji Europejskiej (zachęcam do zapoznania się z upławami myślowymi, odpowiadającej za politykę imigracyjną komunistki Ylvy Johansson, szwedzkiej komisarz spraw wewnętrznych) w mediach, rządach organizacjach, partiach. W wezwaniach, by otworzyć granice dla imigrantów, przyjmować ich, jest też iście czarcia pycha bogatych, sytych bezpiecznych i dużych. Słowenia ma 2,1 miliona mieszkańców. Litwa – 2,8 mln, Łotwa – 1,9 mln, Estonia – 1,3 mln. Wyobraźmy sobie, że 400 tysięcy nielegalnych imigrantów wbija się do jednego z tych krajów. Właściwie już dziś przybysze z Bliskiego Wschodu, Północnej Afryki mogliby skrzyknąć się i zrobić to. Zjechać z Francji, Włoch, Niemiec, Austrii do uroczej, sielskiej Słowenii i przejąć ją sobie, rozsadzić ją. Zrobić zajazd. Ideowość nie wyklucza podłości. XX wiek dał koszmarne dowody. Pomysł, by jedne ludy zastąpić innymi, jedną cywilizację wymienić na drugą jest totalitarnym koszmarem. O tym także w więzieniu w Tegel pisał Dietrich Bonhoeffer.

Oczywiście nie wpuściłbym też na granice Frontexu. Niech sobie mówią, że Polska nie zwraca się o pomoc do wyspecjalizowanej, kompetentnej, sprawnej agencji unijnej od ochrony granic. Nie potrzeba nam rozlazłych, skrajnie nieudolnych urzędników. Od 2015 roku dają dowód, że kompletnie nie radzą sobie z powstrzymywaniem inwazji nielegalnej imigracji na Europę. Plątaliby się tylko naszej Straży i wojskowym pod nogami, przeszkadzali, słali skargi na brutalne działania, ściągali organizacje przestępcze zwane ngo, nieustannie krytykowali, donosili mediom i Brukseli. Frontex wrzeszczałby, że stosujemy nielegalną jakoby wedle prawa międzynarodowego procedurę push back. Ludzie z TSUE, którzy umyślili sobie, że jest to nielegalne, są zakłamanymi durniami. Furda takie prawo. Co to w ogóle za idiotyczny koncept? Niby jak inaczej niż tylko odpychając, wypychając, można kogoś, gdzieś nie wpuścić. Czy jak imigrant wlazł na pół metra do Polski, to automatycznie ma być przyjmowany i przewożony do jakiegoś obozu? Nie, ma właśnie być wypchnięty z powrotem. Frontex zachwala nam swe usługi, twierdząc, że uruchomiłby procedury azylowe i sprawdzał tych, których byśmy wpuścili. A po co, skoro cała sprawa polega na tym, by nie wpuszczać i nie przyjmować? Niech sobie Frontex grzeje tyłkami fotele w biurach na Placu Europejskim w Warszawie i po lasach się nie szwenda, bo jeszcze się przeziębi.

Jestem także zdecydowanym przeciwnikiem proszenia się o interwencję NATO, która, jak rozumiem, miałaby być polityczna, ewentualnie jakąś demonstracją jak na wojskowej paradzie. Chyba nikt nie spodziewa się, póki co podjęcia działań zbrojnych przeciwko Białorusi. Nie jesteśmy jakimś niepełnosprawnym państwem specjalnej troski, które nie może sobie poradzić z wielką, ale jednak póki co tylko bandą ludzi na granicy. Na co komu sojusznik wojskowy, który jest tak słaby, że cofa się przed rzucającymi kamienie hordami i prosi o pomoc?

O polskiej polityce zagranicznej jestem jak najgorszego zdania. Ponad rok temu pisałem o tym, by zważywszy na tragiczne doświadczenia ze wspieraniem ukraińskiego Euromajdanu, nie wtrącać się wewnętrzne sprawy Białorusi. Zawsze uważałem, że z głupiej nadgorliwości nowego demokraty jak nowobogackiego, z lizusostwa wobec Zachodu popełnialiśmy błąd, nie nawiązując relacji z Łukaszenką. Mogliśmy otworzyć mu okno na świat, ale woleliśmy popisywać się naszym przywiązaniem do demokracji i jakichś tam wartości, więc nie zrobiliśmy tego, aż chłop zwariował, zdziczał, miota się i szaleje jak zagoniony w pułapkę basior, a jedyne wyjście na świat, jakie ma jest po wschodniej – rosyjskiej stronie. Teraz jednak doceniam zabiegi polskiej dyplomacji, która umiędzynarodowiła sprawę, narobiła rabanu na cały świat. Oczadzeni z nienawiści do rządzącego PiS-u wrzeszczą, dlaczego tyle czasu zajęło sprawienie, by linie lotnicze z Dubaju, Egiptu etc. nie transportowały Irakijczyków do Białorusi. A ile czasu średnio to miałoby zająć, hę? Jaki jest optymalny termin załatwienia tego, by władze jednego państwa przekonały rząd drugiego państwa, by ten zmusił swe prywatne lotnicze, do tego, by nie brały na pokład obywateli trzeciego państwa i nie przewoziły do czwartego? To, co piszę to nie tylko figura stylistyczna, ale znacznie też poważniejsza kwestia. Chodzi o całkowite przemilczane pytanie, dlaczego zakłamana, oportunistyczna Unia nie sprawia, że tak bajecznie bogate kraje, jak Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Bahrajn, Kuwejt nie przyjmują swych pobratymców domniemanych uchodźców, tylko ci przeprawiają się przez poleskie bagna.

Angela Merkel pokazała po raz kolejny, że tzw. wartości demokratyczne, europejskie etc. są tylko dla krajów głupich i naiwnych. Zadzwoniła do Łukaszenki – obok Putina jedynego w Europie władcy rządzącego dłużej niż ona. To była dla nas wspaniała okazja. Zamiast publicznie się oburzyć, nazwać jej zachowaniem bezczelnym podeptaniem europejskiej solidarności i oświadczyć, że w takim razie to my też będziemy z Łukaszenką rozmawiać i załatwiać nasze interesy, to po raz kolejny się unieśliśmy. Znów zostaliśmy najgłupszą poczciwiną w całej unijnej wsi. Francuzi rozmawiają z każdym najpodlejszym reżimem świata, gdy mają w tym interes. Podobnie Niemcy, Holandia, Belgia, Włochy czy Hiszpania. Nie wiem, czy z Łukaszenką da się jeszcze coś załatwić, czy już kompletnie odfrunął w światy paranoi, ale tu chodzi o naszą postawę także wobec Unii, która zakłamana narzuca standardy, sama ich nie szanując. Białoruś nam nie zniknie i żeby nie wiem, kto tam ile darł się, to jakieś kontakty trzeba podejmować, rozmowy prowadzić. Nie chodzi o to, by giąć się pod szantażem, wręcz przeciwnie. Nie tacy wrogowie się dogadywali i dlatego samoloty z Emiratów, czy Bahrajnu do Izraela śmigają. Tak naprawdę nikogo nie dziwi telefon Merkel do Łukaszenki, jej i Macrona niekończące się konszachty z Putinem. To tylko my w swym zakompleksieniu obawiamy się, że znów na Zachodzie coś niemiłego o nas powiedzą. Skoro już niby w Polsce rządzi jakiś reżim, to niech on wreszcie się jak reżim zachowuje i dogaduje się z jakimś białoruskim, czy innym satrapą. Miejcie trochę stylu panowie i panie Polską władający.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: PO-PiS działa

Kreatywna księgowość budżetowa kwitnie. Jak kiedyś w amerykańskim Enronie. Z tym że dyrektorzy Enronu – Kenneth Lay i Jeffrey Skilling – zostali skazani za nadużycia