Eskalacja rosyjskich roszczeń wobec państw UE

Doceniasz tę treść?

Rosyjska eskalacja roszczeń wobec państw europejskich i Stanów Zjednoczonych, podparta szantażem wojskowym czy gazowym nakłania nas do zapytania wprost o to, jak zachowają się kluczowi aktorzy Zachodu. To pytanie dotyczy zarówno struktur takich jak NATO i UE, ale również poszczególnych państw. Dziś widzimy, że przede wszystkim NATO utrzymuje nad wyraz wysoką spójność przekazu. Szczególnie jeśli dokona się analizy efektów rosyjskich działań względem Sojuszu w kontekście niedawnego spotkania Rady NATO–Rosja w Brukseli.

Jeśli chodzi o Amerykanów, to pomijając oczywiście wpadki w wypowiedziach samego prezydenta Joe Bidena – który ostatnio ponownie się zagubił, gdy w trakcie konferencji prasowej nazwał wkroczenie rosyjskiego wojska na terytorium Ukrainy „drobnym wykroczeniem” (ang. minor incursion) – to pozycja Waszyngtonu jest nad wyraz silna. Warto posłuchać, chociażby wystąpień Wendy R. Sherman, zastępcy sekretarza stanu – uczestniczącej w rozmowach z Rosjanami i NATO. Nie można również zapomnieć o tym, że obecna sytuacja kryzysowa w Europie ma także wymiar wewnętrzny w samych Stanach Zjednoczonych. Demokraci i administracja Joe Bidena nie może sobie pozwolić na okazanie słabości w relacjach z Rosją. Byłby to bowiem kluczowy problem dla wyborów do Kongresu, szczególnie jeśli przypomni się medialny wydźwięk niedawnej ewakuacji z Afganistanu.

O Brytyjczykach można powiedzieć wiele, ale chyba najlepszym obrazem polityki Londynu jest to, co ostatnio pokazuje popularny portal śledzący loty cywilnych i wojskowych samolotów, a mianowicie przeloty maszyn transportowych z Wielkiej Brytanii z… bronią dla Ukrainy. Można powiedzieć, że Wielka Brytania cały czas stara się odpłacić Rosjanom za ich arogancję, kiedy to otwarcie próbowali oni otruć bronią chemiczną Siergieja Skripala w Salisbury.

Najwięcej realnych wątpliwości możemy mieć jednak wobec polityki niemieckiej – jakże silnie oddziałującej na aktywność – lub raczej brak aktywności – ze strony UE. Powiedzmy wprost, Berlin jest sam dla siebie niestety w dość komfortowej (ale jednocześnie niekomfortowej dla Ukrainy i bezpieczeństwa regionu) sytuacji. Przede wszystkim mowa tu o kwestiach ich własnej polityki wewnętrznej. Kluczowe struktury opozycyjne były orędownikami zbliżenia z Rosją, a dla Angeli Merkel w tym przypadku żadnym problemem nie była Ukraina. I można tylko zastanawiać się, kogo była kanclerz Niemiec miała jeszcze – w kontekście naszego regionu – na myśli. Ponadto rządząca koalicja, pod wodzą kanclerza Olafa Scholza, dopiero co się ukonstytuowała i nie musi zabiegać o wyborców. Jak widać, nie zamierza także negować priorytetów poprzedników w działaniach z Moskwą, do których należą utrzymanie dobrych relacji gospodarczych, w tym szczególnie gazowych, a także otwartość na ustępstwa, które gwarantują brak sytuacji problemowych dla rządzących w Belinie.

Papierkiem lakmusowym takiej polityki podczas rządów Angeli Merkel, a także i teraz jest przede wszystkim kwestia blokowania dozbrajania Ukrainy. Tak, aby to suwerenne państwo mogło zagwarantować sobie możliwości efektywnej samoobrony. Mówienie o standardach niemieckich przepisów w związku z eksportem broni itp. należy traktować jako argument jedynie retoryczny i nieprzekonujący. Bo chyba nie ma już współcześnie nikogo, kto spogląda na sprawy międzynarodowe i nie dostrzega w tym wszystkim cynizmu, hipokryzji lub pragmatyzmu, w zależności od indywidulanej oceny postawy Berlina względem Ukrainy. Przypomnijmy, że Niemcy blokowali na arenie NATO-wskiej procedury zakupowe karabinów antysprzętowych oraz systemów antydronowych dla ukraińskich sił zbrojnych. Robili to zapewne, aby nie zadrażnić w żaden sposób władz na Kremlu.

Niestety Niemcy sami z siebie, bez presji innych, uzależnili się w znacznym stopniu od rosyjskiego gazu i dziś płacą za taką politykę rachunek. Co więcej, będą go płacić w kolejnych latach w stopniu trudnym do przewidzenia. Nie należy się bowiem spodziewać, że Rosjanie nie będą chcieli wykorzystywać narzędzi wpływu wobec Berlina. Nie można też zapomnieć o stopniu swoistego zblatowania elit politycznych z Rosjanami, którzy bardzo sprawnie kupowali (choć należałoby powiedzieć „kupują”) sobie bezpieczeństwo na wypadek takich sytuacji, jak ta obecna.

Dziś, jeśli mielibyśmy szukać słabości w postawie Zachodu, to trzeba dokładnie spojrzeć na Berlin. I to może być kluczowym elementem determinującym wysoce prawdopodobną indolencję UE w zakresie reagowania na działania Rosji w Europie. W tym formacie, w przeciwieństwie do NATO, nie ma Amerykanów, Kanadyjczyków i niestety nie ma również Brytyjczyków. Musimy więc przygotować się na przewartościowanie swoich priorytetów i wskazanie, że przy obecnej sytuacji kryzysowej należy przełożyć wszelkie siły dyplomatyczno-polityczne na arenę NATO-wską, zachowując elementów gry pozorów, jeśli chodzi o pozycjonowanie działań unijnych. Nawet bowiem przy dotychczasowych niemieckich działaniach sabotujących pomoc materiałową i sprzętową dla Ukrainy zgodnie z procedurami NATO, to właśnie struktura NATO-wska jest nadal o wiele bardziej efektywna i to w zakresie spraw związanych z bezpieczeństwem i obronnością naszego regionu.

Warto zauważyć również wątek polityki francuskiej wobec obecnej rosyjskiej eskalacji działań w Europie. Można próbować ją zrozumieć w kategoriach czysto pragmatycznych. Chodzi bowiem o działanie V Republiki Francuskiej w dwóch kluczowych politycznych elementach odnoszących się ściśle do kalendarza wyborczego oraz aktywności Paryża na arenie unijnej. Oba, nie ma co ukrywać tego faktu, są bezpośrednio związane z pozycją obecnej głowy państwa. Prezydent Emmanuel Macron chciałby uzyskać podobne benefity, jak jego poprzednicy. Chodziłoby o wejście do pierwszego szeregu graczy na arenie międzynarodowej, którzy są w stanie wypracować lub nawet uczestniczyć w bardzo wąskim gronie liderów państw w opracowywaniu rozwiązań „pokojowych” dla Europy stojącej na granicy katastrofy wojennej. Analogicznie, jak w przypadku udziału prezydenta François Hollande’a w porozumieniach mińskich w 2014 r., nie wspominając już o wcześniejszej roli Nicolasa Sarkozy’ego, jeśli chodzi o konflikt zbrojny w Gruzji w 2008 r.

Tego rodzaju sukcesy byłyby ważnym paliwem napędowym w kampanii o kwietniową reelekcję, pozwalając odwołać się do obrazu francuskiego prezydenta, który jest mediatorem w kluczowych sprawach europejskich i światowych. Unikając przy tym potrzeby polaryzacji społeczeństwa francuskiego, w sprawie hipotetycznej postawy wobec konfliktu zbrojnego z udziałem Rosji. Co więcej, nie zapominajmy, że Francuzi ewidentnie nie chcieliby żadnego konfliktu na ich przysłowiowej „zmianie w UE”. Stąd też lepiej, aby wysoce niekontrolowany w skutkach konflikt zbrojny nie wybuchł przypadkiem podczas pierwszych sześciu miesięcy tego roku, czyli w trakcie prezydencji w Radzie UE. Szczególnie że planem jest walka na arenie unijnej o kwestie gospodarcze, ale też odnoszące się do COVID-19. Nie zmienia to jednak faktu, że biorąc pod uwagę wspomniane dwa czynniki Paryż, może jednak być potencjalnie o wiele bardziej asertywnym graczem wobec Rosji niż Niemcy.

Ten przejaw optymizmu można połączyć przede wszystkim z kwestią samodzielności energetycznej i braku uzależniania się systemowego od rosyjskich źródeł surowców energetycznych. Paryż wie również, czym jest aktywność rosyjska w Afryce, gdzie to właśnie rosyjscy najemnicy rzucają otwarte wyzwanie dotychczasowej architekturze bezpieczeństwa regionalnego bazującej na obecności Francji, chociażby w Mali. Nie wolno pominąć również zadawnionych ran, także tych bardzo osobistych, które dotyczą samego prezydenta Macrona, jeśli chodzi o kampanię wyborczą z 2017 r. Francuzi mówią wprost, że udało im się wówczas odeprzeć próby ingerencji rosyjskiej w przestrzeń wyborów. Jest więc, mówiąc dosadnie o co grać, jeśli chodzi o budowanie silnej postawy wobec agresywnych zamiarów Rosji względem Ukrainy.

Poglądy wyrażane przez blogerów publikujących dla WEI mogą nie być zgodne z oficjalnym stanowiskiem think-tanku.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: PO-PiS działa

Kreatywna księgowość budżetowa kwitnie. Jak kiedyś w amerykańskim Enronie. Z tym że dyrektorzy Enronu – Kenneth Lay i Jeffrey Skilling – zostali skazani za nadużycia