Sztuczna inteligencja. W jakim stopniu nas zastąpi?

Doceniasz tę treść?

Sztuczna inteligencja może zaprojektować nowego smartfona, ale czy może stać się Steve’em Jobsem, który stworzy całkiem nowy rynek? Wątpliwe.

Przyznam się. Tak, próbowałem wykorzystać najnowsze narzędzia sztucznej inteligencji (SI) w celu stworzenia krótkiego wstępu do niniejszego artykułu. Żeby ułatwić sobie pracę?

Nie do końca. Eksperckie „ochy i achy” nad możliwościami ChatGPT sprawiły, że chciałem zweryfikować ich zasadność. Jednak – co za ulga – propozycje SI były sztampowe i bez polotu. Idę o zakład, że nie przyciągnęłyby niczyjej uwagi.

Czy to znaczy, że utrzymam się w swoim publicystycznym fachu? Może tak, a może – powie pesymista – po prostu zadawałeś czatowi niewłaściwe pytania. Wielu ekspertów twierdzi, że dziś najcenniejszą kompetencją na rynku jest umiejętność nakierowywania SI na odpowiednie tropy – wskaż jej cel, zadaj pytanie we właściwy sposób, a otrzymasz wynik, o którym nie śniło się filozofom. Pracodawcy już teraz – także w Polsce – rekrutują takie osoby.

To jednak, szanowny pesymisto, nie świadczy o tym, że SI zabierze nam pracę. Przeciwnie – raczej o tym, że na rynku pracy pojawiła się nowa, związana z nią profesja. To chyba dobra wiadomość? Boimy się SI z niewłaściwych powodów.

Wszystko dla ludzkości

Sztuczna inteligencja służy nam nie od wczoraj. Tak, służy. Dzięki SI popełniamy mniej błędów, z większą łatwością wykonujemy trudne zadania, zapewniamy sobie większe bezpieczeństwo, zwiększamy efektywność pracy i czerpiemy więcej radości z rozrywek. To tylko niektóre z wielu błogosławieństw, którymi SI nas obsypuje, np. robiąc tłumaczenia, asystując lekarzom przy operacjach, interpretując dane zdrowotne, pilotując drony, analizując ryzyka finansowe, wykrywając oszustwa, rekomendując treści w sieci… Można by wymieniać bez końca.

Zastosowania SI przyczyniają się do powstania nowych miejsc pracy, a także do przesuwania siły roboczej do bardziej złożonych i produktywnych zajęć. Oczywiście w związku z tym ostatnim część stanowisk zanika, ale odbywa się to raczej z długofalowym pożytkiem dla wszystkich – choć rzeczywiście może to być okupione krótkotrwałym bólem pracowników dotkniętych zmianami.

Skąd wiadomo, że z punktu widzenia rynku pracy sztuczna inteligencja daje nam korzyści netto, skoro ze względu na złożoność zagadnienia nie można dokonać w tej materii wymiernych i wiarygodnych obliczeń? Cóż, wystarczy zerknąć na stopę światowego bezrobocia w ciągu ostatnich 20 lat. Nie dość, że jest relatywnie niska (ok. 5–6 proc.), to jeszcze ma raczej tendencję spadkową (z wyjątkiem okresów kryzysów gospodarczych).

Piszę o ostatnich dwóch dekadach, bo – jak zauważa w książce „Scary Smart” Mo Gawdat, inwestor technologiczny i były dyrektor Google X – to właśnie okres skokowego przyśpieszenia prac nad SI. Do lat 90. postęp w tym zakresie, twierdzi Gawdat, był powolny, arytmetyczny. A obecnie „rozwija się w tempie wykładniczym. Oczekuje się, że następne dziesięć lat rozwoju sztucznej inteligencji zmieni świat nie do poznania. Czeka nas przyszłość, która może wydawać się bliższa fikcji niż rzeczywistości naszego dzisiejszego życia”. Gawdat widzi wiele niebezpieczeństw związanych ze sztuczną inteligencją i przyznać trzeba, że to nie dziwi. Łatwo uwierzyć w jej potencjalną wszechmoc i przerazić się, obcując z ChatGPT czy innymi wielkimi modelami językowymi, jak CLIP czy T-NLG, które są w stanie składnie odpowiadać na pytania na podstawie wiedzy, jakiej nie posiada żaden umysł, ale przede wszystkim potrafią projektować i tworzyć.

SI może dziś napisać aplikację na smartfona, „namalować” obraz w stylu Salvadora Dalego czy zdać egzamin na uczelnię wyższą. ChatGPT, zapytany o 10 zawodów, które może w przyszłości zastąpić, wymienia m.in. kasjera, doradcę finansowego, nauczyciela i dziennikarza. Ale przy odrobinie dobrej woli można wyobrazić sobie, że zastąpi też programistę, lekarza czy inną profesję. Czy każdy ma powody, by obawiać się SI? Wrodzona nieufność wobec wszystkiego, co nowe i nieznane, każe obawiać się najgorszego – w tym wypadku świata, gdzie nie ma już miejsca na człowieka i jego pracę. Jeśli SI wytwarza wszystkie produkty i usługi, a także dostarcza rozrywek, człowiek przestaje być potrzebny innym. A wówczas traci sens istnienia, rekompensując to ucieczką w gry, narkotyki, a nawet w śmierć.

Taka wizja może być kanwą dystopii, ale nie ma ona większych szans na realizację. Wynika z niezrozumienia ograniczeń sztucznej inteligencji. Jedno z nich polega na tym, że SI nie może być prawdziwym przedsiębiorcą. Jak tłumaczy na łamach portalu Fee.org George Pickering, doktorant z Uniwersytetu Oksfordzkiego, „przedsiębiorcy nie kierują się arbitralnym pragnieniem zrealizowania najbardziej zaawansowanego technologicznie, najbardziej wydajnego czy nawet najtańszego procesu produkcyjnego wyłącznie dla samego faktu jego realizacji. Siłą napędową w gospodarce rynkowej jest kierowanie i organizowanie produkcji w sposób, który najlepiej zaspokaja preferencje konsumentów”. Zaspokajanie potrzeb konsumentów gwarantuje zysk, ale same te potrzeby bywają zmienne, niejasne, skomplikowane, efemeryczne i płynne. Z tych względów w żadnym świecie możliwym SI nie może produkować i dostarczać nam wszystkiego, czego potrzebujemy. Nasze potrzeby czekają na kapitalistę z krwi i kości, który je odkryje albo wykreuje.

SI może zaprojektować nowego smartfona, ale czy może stać się Steve’em Jobsem, który zdejmuje z półki zakurzony wynalazek Nokii i tworzy całkiem nowy rynek? Wątpliwe. Co więcej, kapitaliści i konsumenci nie są racjonalni ani inteligentni w rozumieniu matematycznym. Często osiągają swoje cele, ale robią to w sposób, który może się wydawać nieoptymalny, a nawet bezsensowny. Pickering każe nam spojrzeć na sektory gospodarki, w których pracownicy bywają już dziś zastępowani przez roboty. „Czytelnicy, którzy w ciągu ostatnich kilku lat odwiedzali sieć fast foodów, taką jak McDonald’s, mogli zauważyć rosnącą liczbę samoobsługowych ekranów dotykowych, zmniejszających potrzebę przyjmowania zamówień przez pracowników. Ale jeśli ta technologia istnieje i jest jest używana w sieciach fast food, to dlaczego nie została przyjęta przez wszystkie inne restauracje?” – pyta Pickering. Odpowiedź: w przypadku wielu usług wolimy, gdy nas obsługują pracownicy, nawet jeśli maszyna byłaby technicznie zdolna robić to taniej. Widzieliście robota kawowego pod Dworcem Centralnym w Warszawie? Nie ustawiają się przed nim kolejki, mieszkańcy wolą zamówić podwójne espresso w oddalonej o 15 m kawiarni. Ludzie wolą ludzi.

(…)

Dyktator ze sztuczną inteligencją

Dobrzy ekonomiści starają się uczulać ludzi na to, że ich działania mogą mieć nieobliczalne skutki lub niezamierzone konsekwencje. Nie jest jednak pewne, że SI jest od nas skuteczniejsza w ich przewidywaniu – chociażby dlatego, że by je dostrzec, potrzeba czasami założyć okulary etyki. Wróćmy do przykładu z mrówkami, wymieniając je na ludzi. Jeśli budowa elektrowni wodnej wymaga zalania zamieszkanych terenów, to trzeba rozstrzygnąć, czy warto to robić – nie ze względu na obiektywny cel projektu, lecz niezbywalną wartość i godność ludzi. Zanim powierzymy SI ważne decyzje, musimy przełożyć na język binarny całą naszą aksjologię. To karkołomne, a być może niewykonalne zadanie.

Badacze Deyi Li, Wen He i Yike Guo w pracy „Why AI still doesn’t have consciousness?” zauważają, że systemy SI powinny być traktowane jako zewnętrzne przedłużenie czy też rozszerzenie ludzkiej inteligencji. Sugerują, że kiedy wejdziemy w epokę „życiowej inteligencji” opartej na SI, stanie się tak nie dlatego, że uzyska ona świadomość, lecz dlatego, że świadome życie będzie ją wykorzystywać. Przez co „bardziej konieczne staje się zachowanie ostrożności w stosowaniu SI wobec istot żywych”.

Uwaga o tym, że w epoce robotów ludzie zostaną niejako zintegrowani z SI, prowadzi nas w stronę prawdziwego i – według mnie – najpotężniejszego zagrożenia związanego z nowymi technologiami: technodyktatury. Powinniśmy się bać nie maszyn, lecz samych siebie i tych, którzy nami rządzą. Dopóki SI używają firmy i konsumenci, nie ma się czym zamartwiać. Osiem milionów ludzi będzie testowało różne, często wykluczające się pomysły tak, jak to miało dotychczas miejsce w gospodarce rynkowej z innymi technologiami. Problem pojawi się wtedy, gdy ktoś zacznie nas skutecznie przekonywać, że SI jest w stanie zapewnić ludzkości szczęście, stabilność i dobrobyt pod warunkiem, że wdrożymy ją przymusowo. Pierwszym kandydatem do wypróbowania tej ścieżki są Chiny. Zastosowanie SI w systemie kredytu społecznego i powszechnej inwigilacji obywateli (ponad 54 proc. wszystkich kamer monitoringu na świecie zainstalowanych jest w Państwie Środka) pozwoli chińskim komunistom stworzyć pierwszą w historii technodyktaturę, która może zachowywać się w sposób nieprzewidywalny dla reszty globu. „Pranie mózgów” na podstawie SI będzie znacznie efektywniejsze niż robienie tego metodami „tradycyjnymi”. To zaś pozwoli wytworzyć wysoki poziom „spójności społecznej”, która – jak przekonuje Peter Turchin w książce „Wojna i pokój, i wojna” – prowadzi do powstania wojowniczych imperiów.

Jeśli jednak myślimy, że zachodnie demokracje są na technodyktaturę impregnowane, jesteśmy w błędzie. Może rodzić się ona tam w sposób znacznie bardziej subtelny, trudniejszy do wykrycia i w imię wzniosłych celów. Bezpieczniki, które powinniśmy „instalować” w obliczu rozwoju SI, powinny dotyczyć nie tylko samej technologii, lecz także zakresu i okoliczności, w jakich władza może ją wykorzystać. Dotąd cyfryzacja państwa kojarzyła się raczej dobrze. Zadbajmy o to, by tak pozostało.

Cały artykuł można przeczytać TUTAJ.

Inne wpisy tego autora

System opieki zdrowotnej to dziurawe wiadro

– Publiczny system opieki zdrowotnej to dziurawe wiadro – ile byś tam nie wlał pieniędzy, i tak wyciekną – mówi Łukasz Jasiński, ekonomista, adiunkt w

GazetaPrawna.pl Patryk Koch, fot. wikipediaGage Skidmore

Brexit nie był koniecznością

Nic nie trwa wiecznie, a zwłaszcza sojusze. UE nie jest z natury trwalsza niż Liga Hanzeatycka czy Święte Cesarstwo Rzymskie – z Danielem Hannanem rozmawia