Brudna gra ratingami
Tomasz Wróblewski 18.01.2016

O motywach agencji ratingowych, ich błędach, tendencyjności napisano już sporo, ale nie więcej niż o tych, którzy padli ofiarą degradacji. Tym razem zaskoczenie było o tyle większe, że nie miało najmniejszego pokrycia w twardych ekonomicznych wskaźnikach.

Mało tego, S&Pw piątkowym raporcie podtrzymał wszystkie swoje wcześniejsze twarde wskaźniki dotyczące wzrostu gospodarczego, deficytu. Inne agencje niebędące w tak silnym związku z Unią Europejską nie zmieniły swoich wycen. Bywało, że agencje ratingowe obniżały notowania państw ze względów politycznych, jeżeli zagrożone były spłaty kredytów czy kiedy politycy grozili zagranicznym inwestorom. Tu nawet S&P nie widzi zagrożenia. Obniża więc rating wbrew szacunkom nie tylko własnym, ale też innych światowych instytucji z Bankiem Światowym, MFW na czele.

Twarda, bezwzględna gra obliczona na złamanie polskiego rządu. Mniejsza, co tu zagrało najmocniej. Podatek bankowy, podatek sklepowy, reforma podatków i ukrócenie nielegalnych transferów czy zagraniczne media. Istotą problemu nie jest nawet sama Polska. Kluczem jest jedno zdanie wypowiedziane w zeszłym tygodniu przez szefa PE Martina Schulza: „Zwycięstwo wyborcze nie może być interpretowane jako mandat do transformacji kraju”.

Czy rządy narodowe mają prawo do własnej drogi? To jest sedno sporu. Europolitycy upatrują w nieskrępowanej demokracji samo zło. Populizm, nacjonalizm i kolejne narodowe wojny. Wierzą, że tylko akademicki twór unii politycznej sterowany przez urzędników z awansu może zapobiec tragedii. Zapominają, że sztuczne twory, idealistyczne koncepty stały też za sowieckim komunizmem i dyktaturą mas, za faszyzmem i troską o lepszą rasę. Pamiętamy, że szczytne hasła równości stworzyły maoistowskie Chiny, Kambodżę Pol Pota. A teraz – prawdziwi i nieprawdziwi Europejczycy?

Przykłady oczywiście są tendencyjnie dobrane, ale za każdym razem, kiedy ktoś wmawia nam wyższość intelektualnych modeli politycznych nad naturą człowieka i pod pozorem naszego dobra sięga po destrukcyjną broń, zapala nam się czerwona lampka. Adrian Karatnycky w rozmowie z „Wprost” mówi: „Moim zdaniem zarzuty stawiane Polsce są niedorzeczne”. Całą procedurę tłumaczy przerażeniem euroelit tempem zmian, nad którym nie są już w stanie zapanować. Tak jak nie potrafią zapanować nad brytyjskimi konserwatystami, greckimi socjoanarchistami, francuskimi nacjonalistami. I teraz Polska – beniaminek euroelit. Kraj stawiany za model integracji i partnera Angeli Merkel w pacyfikacji nastrojów w zbuntowanej Europie. No cóż, eurokraci padli ofiarą własnego chciejstwa. Słyszeli to, co chcieli usłyszeć, i rozmawiali w Polsce z tymi, którzy mówili to, co Bruksela chciała usłyszeć. Nic dziwnego, że dziś inaczej nie potrafią sobie tego tłumaczyć jak „zamachem”.

Ale to nie będzie jedyny zamach na euromrzonki i cały wielki projekt ściślejszej integracji w tym roku. Niezależnie od tego, jak potoczy się kryzys migracji ludów, czeka nas nie jedna integracja rozrysowana przy stole komisarzy, ale całe mnóstwo spontanicznych integracji. Czeka nas nowy Wyszehrad, przetasowania gospodarcze. Nowe konserwatywne sojusze eurosceptyków z Wielką Brytanią na czele. Kraje Południa szukające wspólnego ratunku przed najazdem imigrantów i kto wie, czy skrajne lewicowe organizacje nie poszukają własnego modelu integracji. Niezależnie od procedur nadzoru i ratingowego szantażu będą powstawały nowe europejskie formacje. Tak tu było przez tysiąclecia i tak będzie w przyszłości. I tak jak zawsze, im silniejsze będą próby blokowania i zawracania kolejnych narodów z ich drogi, tym z większym hukiem rozpadnie się ten wielki projekt. Projekt, który miał nas przed tym wybuchem chronić.

***
Tekst ukazał się we WPROST