Historia zawraca cichcem
Tomasz Wróblewski 02.02.2017

W historii najtrudniej jest ustalić moment od którego mamy odliczać nową erę. Bywa, że data pokrywa się z jakimiś spektakularnym wydarzeniem, a bywa, że historia  sama dokonuje zwrotu. Ot tak, w zwykły dzień roboczy i niezauważona przez współczesnych, pędzi sobie dalej w zupełnie innym kierunku. Mam wrażenie, że w tym tygodniu dokonała swojego zwrotu. Nie za sprawą  końca czy poczatku jakiejś wojny, ale zwykłych słów i półsłowek. Sporo tego było. Kiedy prezydent Trump nie groził Meksykowi interwencją zbrojną, to wydzierał się  na premiera Australii. Kiedy prezydent Europy Donald Tusk nie głosił, że Trump stanowi zagrożenie dla Unii Europejskiej jak Putin, to Marie LePen zapowiadała nowy pakt z Putinem, a Boris Johnson, że Wielka Brytania nie potrzebuje unijnej łaski. Trump Tuskowi nie został dłużny i wyraził przekonanie, że Europa jak Anglia, też byłaby lepsza bez Unii. Kilka godzin później przywódcy parlamentu Europejskiego zażądali żeby Komisja Europejska nie uznała nowego ambsadora US przy UE Teda Mallocha. W odpowiedzi Trump,  bez konsultacji z Brukselą złagodził sankcje wobec Rosji i zniósł zakaz handlu amerykańskich firm z putinowskim służbami FSB. Nie wiem czy otwarcie rosyjskim szpiegom sklepów z elektroniką było żywotną potrzebą Amerykanów, ale fakt, że nastąpiło w miesiąc po publikacji raportu o rosyjskich podsłuchach w USA i kilkanaście godzin po wznowieniu ataku na Ukrainę , dodaje wydarzeniu posmaku nowej ery.  Podobnie zresztą jak wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego karcącego kanclerz Merkel . Naszemu najwierniejszemu dotychczas sojusznikowi w konfliktach, z naszym największym wrogiem – z Moskwą,  oberwało się za złą postawę wobec Polski. Z kolei,  na coraz bardziej osamotnioną i ostrzeliwywaną Ukrainę,  nasz rząd obraził się za złą postawę wobec… historii.  Niby nic się nie stało, ale mam wrażenie, że nic już też nie chce być jak kiedyś.