Ile razy nas okradną zanim zmądrzejemy?
Tomasz Wróblewski 30.08.2016

Oszustwa i podłości warszawskiego Ratusza, można jeszcze pewnie naprawić. Odebrać kamienice, ukarać winnych, zrekompensować straty wyrzuconym mieszkańcom. Gorzej, że przy okazji obrzydzono nam samą reprywatyzację. Zacznijmy wreszcie nazywać rzeczy po imieniu. Mamy aferę Gronkiewicz-Waltz, ewentualnie skandal korupcyjny sitwy polityczno-urzędniczej, ale nie mieszajmy do tego reprywatyzacji. To jeden z najważniejszych i najbardziej potrzebnych nam procesów po upadku PRLu. Nie róbmy młodym ludziom wody z mózgu, bo gotowi pomyśleć, że ochrona własności prywatnej to jakiś mafijny biznesik.

Fajnie jest mieć kolorowe sklepy, apartamentowce ze szklanymi windami, parki, klimatyzowane restauracje, wodotryski, ale to jeszcze żaden kapitalizm. Lepsze zobaczycie w Moskwie, czy Turkmenistanie. I wszystko to w jednej chwili obrócić może się w pył, jeżeli nie zostanie obwarowane gwarancjami własności prywatnej. Tak, jak budynek po budynku rozpadał się PRL i tak, jak ulica po ulicy, dom po domu, odradzała się III RP. Polska w światowym rankingu wolności Heritage Foundation wciąż wysoko plasuje się jeżeli chodzi o ochronę własności prywatnej. To, z kolei, przekłada się na zaufanie, inwestycje i wszystko to, co za tym idzie, ze szklanymi domami i wodotryskami włącznie. Reprywatyzacja to nic innego, jak gwarancje własności, że kradzież mienia nigdy nie będzie tolerowana i nikt w Polsce nie może czerpać z tego korzyści. Fatalnie się stało, że w III RP traktowana była po macoszemu. Posuwała się do przodu, ale opornie i raczej wbrew politykom niż dzięki nim. Najpierw za sprawą środowisk wywodzących się z PRLowskich elit, potem już nowych elit, ale również korzystających z niejasności i nieścisłości regulacyjnych. Przy każdej próbie rozwiązania problemu w sposób systemowy słyszeliśmy, że Polski nie stać na odszkodowania. Bzdura. Majątek i tak był zwracany, tyle tylko, że nie zawsze prawowitym właścicielom. Mało tego, od 2002, kiedy to prezydent Kwaśniewski zawetował ustawę reprywatyzacyjną, wydaliśmy na wcześniejsze emerytury, dla samych tylko górników, prawie dwa razy tyle ile potrzebujemy na odszkodowania za skradzione po wojnie mienie. Przy czym, te 70 mld potencjalnych odszkodowań częściowo można byłoby zwrócić w postaci innych nieruchomości znajdujących się w rękach państwa.
Chwilę nam, naiwnym, zajęło, żeby zrozumieć, że w rzeczywistości okradziono nas dwa razy. Najpierw dokonali tego komuniści, a potem, na mieniu zawłaszczonym przez sowieckie państwo, uwłaszczali się kolejno ich polityczni spadkobiercy i szajki polityczno-urzędnicze nowych elit III RP. Jedni i drudzy potrzebowali czasu na skorumpowanie urzędników, potrzebowali zamieszania w przepisach, ogłupiałych sądów i nader przychylnych mediów. Przejrzyste, proste prawo zawsze jest wrogiem skorumpowanych polityków. To im służyło veto Kwaśniewskiego a potem odwlekanie procesu przez Komorowskiego.

Kurz po aferze Gronkiewicz-Waltz jeszcze długo będzie opadał. Śledztwa, komisje, niekończące się przewody sądowe – miejmy nadzieję, że kiedyś, po latach, kamienice zostaną odebrane, winni skazani, a poszkodowanym wypłacone zostaną odszkodowania. Im dłużej jednak będzie to trwało tym większe niebezpieczeństwo, że całe to spustoszenie moralne będzie utożsamiane z reprywatyzacją. Już dziś nie brakuje pożytecznych idiotów, którzy przy okazji afery Gronkiewicz-Waltz, zwrot własności prywatnej nazywają niesprawiedliwością społeczną i niemal jadą Bierutem, mówiąc, że skoro wszyscy Warszawę odbudowywali, to mienie powinno zostać publiczne. Czyli… jak w PRL. Raz na zawsze zamrozić wydawanie decyzji i tak skomplikować przepisy, że już nikt nigdy nie dojdzie swojej własności. No, ewentualnie zostawić jakąś małą furteczkę, żeby kiedyś tam za rok, za dwa, znowu ktoś mógł kontynuować tę kradzież.

Fot. Piotr Drabik/ na lic. Creative Commons/ flickr.com