Kaźń tysiąca cięć
Dariusz Matuszak 13.07.2020

„W rewolucji rzecz wcale nie idzie o Rosję – pluję na Rosję. Rosja jest tylko stadium w drodze do rewolucji światowej, do światowej władzy” Włodzimierz Ilicz Lenin.

 

Ling chi była jedną z najokrutniejszych egzekucji jaką wykonywano w Chinach. Przez 1000 lat, aż do 1905 roku nieszczęśników przywiązywano do pala, albo ramy i wystawiano na widok publiczny. Potem podchodził kat, z całym workiem, czy skrzynią narzędzi – noży, pilników, nożyc, pił i przystępował do dzieła. Zaczynał skazanego ciąć i kroić. Do zadania rożnych ran – mniejszych, czy większych okaleczeń dobierał rożnych narzędzi. Zaczynał najczęściej od płatków uszu, potem zabierał się za nos, wycinał brwi… na tym poprzestaniemy. Czasami zadawano kilkadziesiąt ran, czasami jak wspominają kroniki nawet 3 tysiące. Czasami szybko wymierzano litościwy cios, jak powiedzieliby Francuzi coup de grace i skracano agonię, ale najczęściej męka trwała kilka godzin, ale bywało też, że kilka dni. Żadne cięcie nie było tym ostatecznym, ale wszystkie sprowadzały nieuchronny koniec.

Tak umrze Zachód. Ling chi – to z opisu tej kaźni wziął się w języku angielski idiom „death by a thousand cuts” oznaczający koniec czegoś, upadek, ruinę, porażkę nie w wyniku jednego wielkiego wydarzenia, ale z powodu setek małych okoliczności, z których każda z osobna wydawałyby się stosunkowo niegroźna, nieszkodliwa. Oficjalnie egzekucje 1000 cięć zniesiono 125 lat temu, ale wykonywali ją też komuniści w czasie trwającej 2 dekady wojny domowej w Chinach. I to też jest bardzo symboliczne. Później była Rewolucja Kulturalna – obalanie pomników, masowe seanse upadlania, całkowite wymazywanie historii i tradycji. Podwaliną pod budowę nowego społeczeństwa, raju na Ziemi miał być nowy człowiek wyzwolony z pamięci i przeszłości. Człowiek plastyczny jak glina, którego ugnieść można w dowolny kształt, zanim w końcu się go w piecu wypali jak cegłę i nada ostateczną formę. Potem z takiego jednakowego budulca można wznosić gmach szczęścia ludzkości.

To co obserwujemy na Zachodzie teraz jest powolną egzekucją jego cywilizacji. Żadne z pojedynczych zdarzeń, obalenie tego czy innego pomnika, wymazanie z języka zwrotów i wyrazów, co zaczyna przybierać już formę epidemii, zniszczenie ksiąg, czy zakazanie ich publikacji, zaprowadzanie cenzury, także zinstytucjonalizowanej nie dokonuje dzieła ostatecznego zniszczenia, ale dopełnia je. Tak jak żadne z tysiąca cięć nie zadaje śmierci, ale otwiera kolejną ranę, aż w końcu wszystko się kończy.

Kiedy kilka lat temu w Charlottesville wybuchły zamieszki po tym jak Antifa obalała pomnik jednego z generałów Konfederacji, podobne zdarzenia miały miejsce w kilku innych miastach. Trwała jeszcze wtedy jakaś dyskusja na temat tego co zrobić z symbolami i pamiątkami czasami niechlubnej historii. Dziś trzeba pilnować pomników Waszyngtona, Lincolna, czy wykutych w skale 4 prezydentów w Mount Rushmore. Amerykanie dali się nabrać na to, że da się coś wspólnie ustalić, zmienić w sferze symboli, czy realnej wprowadzając jakieś nowe prawa, naprawiając domniemane krzywdy, dokonując jakichś aktów nawet wydumanej sprawiedliwości. Nic z tego. O nic takiego nie chodzi. Chodzi o wszystko, o zniszczenie każdego elementu „starej” cywilizacji i stworzenie nowej, takiej, w której każdy aspekt życia będzie można kontrolować. I zaprowadzenie prawdziwego terroru w sferze myśli i słowa. Nie chodzi o to by było mądrzej, lepiej, sprawiedliwiej. Rewolucjoniści plują na to, jak Lenin na Rosję.

Robert Unanue jest szefem jednej z największych amerykańskich firm spożywczych Goya Foods. W czasie szczytu pandemii i zamknięcia niemal wszystkich biznesów, przedsiębiorstwo, które przed 90 laty założył jeszcze jego dziadek, rozdało setki ton swoich produktów. Rozwożono je i dystrybuowano w najuboższych dzielnicach Nowego Jorku. Dziesiątki tysięcy puszek i gotowych dań trafiło do banków żywności i bezpośrednio do rodzin. Ale Unamue zrobił coś co jest niewybaczalne w dzisiejszym świece rewolucji kulturowej. Odpowiedział na zaproszenie Białego Domu i spotkał się z Donaldem Trumpem. Ba, ośmielił się go nawet publicznie pochwalić. I zaczęło się – bojownicy o jeszcze równiejszą równość, sprawiedliwość i co tam jeszcze rozpoczęli wielką akcję namawiania do bojkotu firmy. Na czele oczywiście pochodząca, tak jak Unanue z rodziny latynoskich imigrantów kongresmenka Alexandria Ocassio-Cortez, socjalistyczna bojownica o rozumku naszej Spurek, rzeczniczka nowojorskich pokrzywdzonych, czyli biedoty. I diabli, że Robert Unanue pomagał głównie Latynosom związany z nimi pochodzeniem, językiem, kulturą. Pluć na te wszystkie latynoskie rodziny, które dostały jedzenie w czasie największego kryzysu. Pluć na czynienie dobra, okazywanie solidarności, budowanie więzów społecznych. Unanue ośmielił się pochwalić Trumpa, więc trzeba zniszczyć jego firmę, wszystko co jego rodzina zbudowała przez 90 lat i prowadzoną od dawna działalność dobroczynną.

Od kilku lat jednym z najsłynniejszych przedstawień na Broadway był musical „Hamilton” opowiadający o życiu Aleksandra Hamiltona jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, pierwszego amerykańskiego sekretarza skarbu i twórcy dolara. Sztuka stała się głośna po tym, jak tuż po inauguracji Donalda Trumpa aktorzy w czasie spektaklu zaczęli na scenie urządzać przeciwko niemu polityczne manifestacje. Nowojorskie elity wyły z zachwytu. Autor – Lin Manuel Miranda – stał się prawdziwym czempionem postępu i pieszczochem mediów. Zwłaszcza, że przedstawieniu nadano najpoprawniejszą z poprawnych politycznie form – grali w nim niemal wyłącznie murzyni. Nawet rolę Hamiltona, grali śniadzi jak dębowa beczka autor, a potem Javier Munioz, a Waszyngtonem był Mulat. Jeszcze przed premierą autor – Miranda był z honorami przyjmowany przez Obamę. I nagle wszystko się skończyło. Okazało się, że są jeszcze bardziej postępowi i równiej równiejsi niż Miranda i wszyscy jego latynoscy i czarnoskórzy aktorzy. Przedstawienie znika, bo nagle odkryto, że Hamilton był właścicielem niewolników, więc nie zasługuje na to, by być bohaterem jakiejś sztuki. Sztuki o takich ludziach nie mają prawa powstawać. Nie wystarczy, że obalimy ich pomniki, wymażemy ich z nazw palców, ulic, instytucji. Oni nie mają prawa pojawiać się nawet w świadomości. Nakręconego szaleństwa nie da się zatrzymać, więc autor sztuki teraz próbuje ratować swój spektakl i zostać czołowym szaleństwa zapiewajłą. Staje więc na czele bojkotu produktów firmy Goya Foods, jakby tym chciał odpokutować i przeprosić za napisanie i wystawienie sztuki o Hamiltonie. Zawiesił więc sobie na łbie tablicę „wróg rewolucji i ludu” i sterczy tak pozwalając, by tłum go upokarzał i lżył.

Upadlanie było jedną z funkcji kaźni tysiąca cięć. Dlatego egzekucja odbywała się publicznie. Tortura musiała być nie tylko fizyczna, ale i psychiczna, wymierzona także w rodzinę, przyjaciół, sąsiadów. I w całą społeczność. W nauce o karze mówi się o prewencji ogólnej. Surowe prawo, a zwłaszcza świadomość jego egzekwowania, odstrasza wszystkich zuchwalców, którzy myśleliby o złamaniu go. Więc karę najlepiej wymierzyć nie po kryjomu w jakimś lochu, celi, czy jamie, ale właśnie na widoku. I rodzina patrząc na kaźń niech też cierpi. W końcu to z niej wziął się skazaniec i kto wie o czym tam sobie rozmawiano, co razem knuto i ustalano. Przyjrzyj się dobrze człeku, popatrz co ci zrobimy jeśli się przeciwstawisz.

Więc i teraz egzekucje odbywają się publicznie. Rusza machina mediów, która całe życie przenicuje, a internet zmienia się w wielki plac kaźni. To na tym polega między innymi cała tak teraz modna cancel culture, tłumaczona jako kultura usuwania, wykreślania. Zostaniesz człowieku publicznie napiętnowany i twoje życie zostanie zniszczone za każdą jedną rzecz, którą kiedyś, nawet bardzo dawno temu zrobiłeś, a teraz z jakichś powodów nie dopowiada współczesnym marksistom.

Liczbę osób wyrzuconych z pracy, czy wręcz z zawodu za publiczne wyrażenie niegdyś swoich niepoprawnych dziś poglądów można liczyć już w tysiącach, jeśli nie w dziesiątkach tysięcy. Przeciwko temu postanowiło zaprotestować 150 intelektualistów, naukowców, pisarzy, artystów różnych dziedzin sztuki w otwartym liście opublikowanym w „Harper’s Magaizne”. Wśród nich słynny lewacki lingwista i filozof Noam Chomsky, czy autorka serii o Harrym Potterze J.K. Rowling. Pismo jest pełne wiernopoddańczych hołdów wobec czempionów rewolucji kulturowej, wzniosłych fraz o wolności, liberalizmie, tolerancji, ale wskazuje też na rzeczywisty problem ogarniający całą kulturę i debatę publiczną: wszechobecną cenzurę i politykę zastraszania i terroryzowania ludzi za wyrażanie swych opinii – właśnie ową cancel culture. „Redaktorzy są zwalniani za drukowanie kontrowersyjnych artykułów, książki są wycofywane z powodu rzekomej nieautentyczności, dziennikarzom nie wolno pisać na określone tematy, profesorowie są ścigani za cytowanie na wykładach dzieł literackich, pracownicy naukowi są zwalniani za rozpowszechnianie badań, a szefowie organizacji wyrzucani za to, co czasami jest po prostu błędem, czy niezręcznością” – napisali. Autorzy oczywiście zaznaczyli, że największe zagrożenie stanowi Trump, ale to nie wystarczyło, by ustrzec się przed atakiem postępowej części ludzkości. Nie ma żadnej dyskusji nad tym, czy jest coś na rzeczy, czy napisali prawdę, czy rzeczywiście nie tylko kultura, ale i wolność jako taka są zagrożone. Z miejsca wyrzuceni zostali na drugą stronę barykady, tak, że kilku sygnatariuszy już się upadla i usprawiedliwia, skamle o wybaczenie i wycofuje swe podpisy.

Takie zjawisko całkowitego samoupodlenia znamy doskonale. Opisał je choćby Czesław Miłosz w swej książce „Zniewolony umysł” opowiadając o mentalnym i emocjonalnym uzależnianiu się intelektualistów od marksistowskiej doktryny. Niech nikomu się nie wydaje, że ludzie na Zachodzie są na tyle duchowo wolni, dojrzali i silni w przeciwieństwie do tych z Europy Wschodniej i Środkowej, by nie korzyć, nie łasić się i nie skamlać pod knutem. Seanse samobiczowania się, samokrytyki są tam jeszcze bardziej powszechne niż u nas w czasach stalinowskich. Symbolem tego są choćby spektakle zbiorowego klękania przed bandami Antify i rasistowskiego, marksistowskiego ruchu BLM. Tak jak w Chinach w czasach rewolucji kulturalnej, sami będą sobie zawieszać tabliczkę „wróg ludu”. Będą donosić na siebie, już to robią, wyrzekać się poglądów, rodziny i znajomych. Dzieje się to w momencie kiedy nic im jeszcze nie grozi – nikt ich nie wsadzi do więzienia, nie ześle do łagrów, obozów Laogai, czy nie przywiąże do pala na placu, by wykonać na nich tysiąc cięć.

Całe to szaleństwo jak każda choroba i tandeta intelektualna rozpełznie się po Polsce. Wydaje nam się, że komunizm zaszczepił nas, uodpornił. Może i tak, ale nowe pokolenia żyjące w nieustannym kulcie Zachodu nie wykształciło w sobie żadnych przeciwciał. Przynajmniej ja ich nie widzę. Kupuje każdą tandetę intelektualną, czy to jest mowa nienawiści, czy walka z rasizmem i spuścizną kolonialną, nierównościami, faszyzmem, ksenofobią, homofobią etc. – można tak wymieniać ad mortem defaecatam. Walka z kolonializmem i czym tam jeszcze nie zatrzyma się na Zachodzie. Ani w sensie geograficznym, ani w sensie osiągnięcia owej upragnionej sprawiedliwości społecznej, czy dziejowej. Ten proces nigdy sam się nie skończy i jeśli nie zostanie powstrzymany będzie trwał, aż delikwent przy palu nie skona.