Kroniki politpoprawności i postępującego postępu
Dariusz Matuszak 26.01.2020

Po blisko 30 latach kariery akademickiej profesor socjologii Ewa Budzyńska zrezygnowała z pracy na Uniwersytecie Śląskim. Powodem jest nagonka jaką rozpętali na nią niektórzy słuchacze jej wykładów na temat rodziny. Sprawa stała się głośna gdy profesor prawa Popiołek, rzecznik dyscyplinarny uczelni, po donosie zażądał ukarania Ewy Budzyńskiej. W największym skrócie (cytaty z donosu podaję kursywą) chodzi o to, że profesor okazała się ”homofobką”, bo mówiła o małżeństwie jako związku kobiety i mężczyzny, „narzucała ideologię anti-choice”, (nienarodzone dziecko ośmieliła się nazwać dzieckiem) i „dyskryminację wyznaniową, informacje niezgodne ze współczesną wiedzą naukową oraz „promowała poglądy radykalno-katolickie”.

 

Wykład profesor dotyczył tego jak pojmowana jest rodzina w kulturze chrześcijańskiej. I tak po donosie grupy aroganckich gówniarzy, profesor Popiołek napisał własny donos i zażądał kar. Sam koncept, że jakiś profesor prawa może zażądać kary za wygłoszenie jakiegoś wykładu z socjologii uznaję za bezbrzeżnie durny. Podobnie jak za durnego, nadgorliwego, pozbawionego elementarnego rozumienia na czym polega akademicka wolność nauki i głoszenia poglądów, wolność słowa uważam tego Popiołka. Jeśli pozwolić to tacy jak Popiołek i ci otumanieni studenci zniszczą polskie uczelnie. Niedługo absolwenci opuszczą ich mury i zaczną nam urządzać świat.

Rozsądnym ludziom wydaje się, że takie zdarzenia jak na Uniwersytecie Śląskim gdzie za wygłoszony wykład można zaszczuć, to jakiś pojedynczy przypadek, eksces jaki normalnie się nie zdarza, objaw jakieś nadgorliwości, pojedyncze nieporozumienie, więc nie ma się czym specjalnie przejmować. Nieprawda. To przedsmak tego co za chwilę będzie zjawiskiem powszechnym na polskich uczelniach i co zabije wolność akademicką. Zapanuje taki terror politpoprawności, że studenci i wykładowcy będą bali się odezwać. Skąd to wiemy. Bo właśnie tak jest na uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii, a my jako neofici każdy idiotyzm sobie stamtąd sprowadzimy. Jeszcze niedawno nie wiedzieliśmy, że istnieje coś takiego jak homofobia, transfobia, islamofobia, hate speech, ale wszystko to ściągnęliśmy dokładnie tak, jak jeżdżenie elektrycznymi hulajnogami, e-papierosy i co tam oni jeszcze mają. Rzeczy dobre i mądre, a także złe i głupie jak choćby obyczaj wbijania sobie metalowych nitów w ciało i robienia takich dziur w policzkach, że zupa się wylewa.

Według badań przeprowadzonych przez King’s College London’s Policy Institute aż 60% studentów o poglądach konserwatywnych, prawicowych, czy nawet tylko przeciwnych tym lansowanym przez media i świat akademicki boi się je wyrażać. To ostanie dotyczy np. zwolenników Brexitu. Zwolennicy i przeciwnicy są i wśród Konserwatystów i Lejburzystów, ale tylko ci co chcą opuszczenia Unii boją się przedstawiać swą opinię. Według profesora Erica Kaufmanna, który prowadził te badania, zaprowadzanie cenzury nie jest nawet przejawem jakiegoś „kompromisu”, czy panującego poglądu na temat wolności słowa, ile efektem działalności zorganizowanych lewicowych aktywistów i obrońców wszelakich mniejszości. Podobnie na Uniwersytecie Śląskim. Profesor Budzyńską spotkały szykany nie dlatego, że większość studentów uznała jej wykłady za niedopuszczalne, ale dlatego, że takiego zdania była skrajna grupa studenckich ideologów LGBT.

Ci, którzy uważają, że jakimś nadzwyczajnym zrządzeniem ominie nas cenzura, terror politpoprawności, tropienie zbrodniomyśli, zniszczenie nauk humanistycznych, zanik swobody badań popełniają ten sam błąd co wszyscy rozsądni ludzie na Zachodzie, którzy nie reagowali, bo sądzili, ze coś co jest tak idiotyczne i szkodliwe na pewno się nie przyjmie. Przyjęło się i zawładnęło. W awangardzie durnoty, neokołtuństwa, zakłamania idą akademicy, politycy, dziennikarze i wszelkiej maści artyści. Będzie jak na Zachodzie. A jak? A tak:

Uniwersytet Sheffield płaci studentom za donosy o aktach „mikroagresji”. To taki nowy wynalazek, który do Polski jeszcze nie został sprowadzony. Owa „mikroagresja” polega na łagodnych, miłych, neutralnych wypowiedziach, które w rzeczywistości mają być obraźliwe. Uniwersytet opublikował instrukcję poprawnego mówienia i podał przykłady zwrotów „mikroagresywnych”:

Nie czyń ze wszystkiego kwestii problemu rasowego”

„Czemu we wszystkim dopatrujesz się obrazy?”

„Skąd naprawdę jesteś?”

„Nie chcę słuchać o wakacjach w Afryce Południowej. Ona nie ma nic wspólnego z miejscem, z którego pochodzę”

„Twój angielski jest taki dobry”

Macie wifi?

No to teraz studenci w Sheffield nasłuchują, donoszą i inkasują. Mikroagresja może się okazać np. promowanie na uczelnianej stołówce orzeszków ziemnych, o czym przekonali się studenci Uniwersytetu Północna Iowa. Niektórzy są bowiem na nie uczuleni, więc taka akcja ich dyskryminuje.

Sama idea wolności słowa jest już dość powszechnie kwestionowana na amerykańskich uczelniach. Na Uniwersytecie Północnej Karoliny uznano ją za koncept rasistowski. Profesor Eric King Watts uzasadnia, iż same pojęcia wolności prasy, swobody wypowiedzi, o których w 1791 napisano w Pierwszej Poprawce do Konstytucji USA pochodzą z czasów niewolnictwa i jako takie nierozerwalnie wiążą się z rasizmem. Rasistowska może być też matematyka o czym przekonał się Andrew Yang ubiegający się o nominację Demokratów w wyborach prezydenckich. Kiedy mówił o wyzwaniach globalnej konkurencji i potrzebach kształcenia matematyków rzucili się na niego towarzysze partyjni, media i akademicy. Nie chodzi tylko o to, że jedna nauka – matematyka miałaby być uprzywilejowana względem innych, ale też o to, iż była narzędziem w handlu niewolnikami. Służyła np. do policzenia ilu ich zmieści się na dany statek.

Rasistowski i dyskryminacyjny może być tez koncept punktualnego przychodzenia na zajęcia i prawidłowego posługiwania się językiem. Tak naucza się na St. Cloud University w Minnesocie. Rożne grupy etniczne i społeczne maja różne rozumienie czasu i punktualności i nie ma powodu, aby stosować się do tego jak postrzegane są w kulturze ludzi białych. Zaś poprawne mówienie utrwala hierarchiczność społeczeństwa. A przecież wszyscy są równi.

To są niby ekstremalne, ale wcale nie odosobnione przypadki i to one dziś wyznaczają granice. A ta jest stale od początku lat 90-tych przesuwana. Normą jest np. blokowanie i to przemocą konferencji, spotkań organizowanych przez konserwatywnych studentów, czy zwolenników Trumpa na uczelniach amerykańskich. W 2019 roku w miasteczkach akademickich i na uczelniach doszło do 117 aktów przemocy wobec studentów i profesorów konserwatystów. Wiece polityczne na rzec Demokratów, czy wszelkiej maści socjalistów odbywają się bez żadnych przeszkód. Marnym pocieszeniem jest to, że lewicowe środowiska zaczynają się już wykańczać nawzajem, bo przecież nie chodzi o poglądy, tylko o to, że zagrożona jest sama możliwość wyrażania ich. Na Uniwersytecie Oxford Brooks odwołano wystąpienie feministki Rachel Aram bo grupa działaczy LGBT uznała jej poglądy za „transfobiczne”. Aram dostrzega bowiem zagrożenia dla ruchów kobiecych m.in. ze strony mężczyźni mniemających, że są płcią piękną i posiadających odpowiednią urzędową homologację. W Stanach Zjednoczonych potęga w niektórych dyscyplinach jak choćby pływanie, czy lekka atletyka zbudowana jest w oparciu o sport akademicki. I tak start w uczelnianych mistrzostwach przestaje mieć dla studentek jakikolwiek sens. Przekonała się o tym choćby Alanna Smith najlepsza pływaczka z New Hampshire, stojąca u progu międzynarodowej kariery. Jej rekordy przestały się liczyć, gdy zaczęli stratować mężczyźni podający się za kobiety. Podobnie stało się ze studentkami uprawiającymi lekką atletykę w Massachusetts. Wszelkie próby choćby poddania na uczelniach pod dyskusję takich praktyk spotkały się z brutalnymi atakami i oskarżeniami właśnie o transfobię.

Niemal na każdej uczelni działają specjalne biura, departamenty pilnujące różnorodności, inkluzywności, walczące z dyskryminacją ze względu na płeć, czy rasę. To one jednak stosują kryteria płciowe i stoją za odwoływaniem konferencji naukowych, w których udział brać miało „za mało” kobiet. Nawet w dziedzinach, których niemal nie uprawiają. Abigail Thompson jedna z najbardziej znanych amerykańskich matematyków właśnie żegna się z Uniwersytetem Kalifornii. Wszystko przez to, że skrytykowała obowiązek podpisywania „Deklaracji Różnorodności” przez nowo zatrudnianych wykładowców.

O różnorodność walczą studenci Uniwersytetu Notre Dame z Indiany. Domagają się całkowitej zmiany programów nauczania na wszystkich kierunkach tak, by w 50% opierały się na pracach niebiałych naukowców. Drzwiami Uniwersytetu Kolumbia walnął profesor Andrej Serban, który oświadczył, że czuje, iż znów żyje pod komunistycznym reżimem. Sam był imigrantem z Rumunii i dobrze pamiętał czasy Ceausescu. Czarę goryczy przelał incydent związany z wystawianiem sztuki „Romeo i Julia”. Serban akurat opiekował się grupą studentów szykujących przedstawienie szekspirowskiej tragedii i odpowiadał za obsadę. Od dziekana dostał polecenie, by w ramach promowania różnorodności w męskiej roli obsadził kobietę, albo kogoś z mniejszości etnicznej, albo homoseksualistę.

„Różnorodność”, „społeczna sprawiedliwość” to wielki biznes na uczelniach amerykańskich. Zgodnie z raportem National Association of Scholars studenci rocznie wydają 10 miliardów dolarów na obowiązkowe kursy i warsztaty z „różnorodności” i „sprawiedliwości społecznej”. Różnorodność na uczelniach jest wspaniała o ile nie dotyczy polityki. Tu bowiem panuje zgodność jak w demokracjach ludowych. To samo National Association of Scholars podaje iż połowa nauczycieli akademickich zarejestrowanych jest jako Demokraci. Ledwie 6% jako Republikanie. Jeszcze większe, wręcz przepastne są różnice w finansowaniu przez akademików komitetów wyborczych Republikanów i Demokratów. Na każdego profesora, który wpłacił Republikanom przypada 95 tych, którzy zasili Demokratów. Oczywiście zawsze można mówić, że tęgie głowy, które robią karierę naukową wybierają mądrych – Demokratów.

Nie wiem jakie preferencje polityczne ma Chikaodinaka Nwankpa, były szef wydziału elektrycznego z Uniwersytetu Drexel w Filadelfii. Wiem, że dużo mądrzej wydał pieniądze niż ci, co wspierają Demokratów. Szkoda tylko, że nie swoje. Właśnie go aresztowano. Od amerykańskiej marynarki i Departamentu Energii dostał 200 tysięcy dolarów grantu na swoje badania. Wszystko wydał na błahostki kupowane w sieci, restauracje i zabawę z czego aż 100 tysięcy na wizyty klubach ze striptizem.