Nie zmarnujmy tego kryzysu
Tomasz Wróblewski 24.01.2015

Frankowa rewolta to nic innego jak tylko powtórka z tego, co działo się w Europie w 2009 roku. Nie w Polsce, ale w większości państw korzystających z dziwnych lewarów kredytowych. Z piramidy sztucznych gwarancji euro, zdemontowanych regulacji państwa i skomplikowanych narzędzi finansowych. Tamten kryzys nas ominął. Ten jest nam pisany. Nasza własna piramida iluzji łatwych zysków, niedozwolonych zapisów w umowach kredytowych i wyrafinowany system zwielokrotnienia zysków banków pożyczających złotówki odbierających franki. W Londynie, Dublinie, Paryżu poleciały szyby w bankach. Klienci wyszły na ulice. W Polsce dopiero się skrzykują. Ale za długo żyję i zbyt wiele widziałem kryzysów bankowych, żebym nie czuł w kościach tego, co nadchodzi.

Scenariusz zawsze jest ten sam. Najpierw głos oburzonych. Zgiełk w necie, który usiłuje się  zbyć jako ruch szalonych. Potem, do oburzonych dołączają poważni ekonomiści i eksperci Banki zaczynają pękać i wskazywać  na  możliwe rozwiązania. I tak słyszymy o uznaniu ujemnego LIBORu, obniżaniu spreadów, a może nawet o przewalutowaniu. Dlaczego dziś a nie rok, albo pięć lat temu. Tłum czuje krew. Nic  frankowiczów już nie zatrzyma. Pamiętajmy, że prawdziwy kryzys bankowy w Ameryce nie zaczął się w dniu upadku Lehman Brothers, ale kiedy banki oznajmiły, że nie będą przejmować zadłużonych nieruchomości. Brzmi znajomo? Z każdym kolejnym oświadczeniem Związku Banków Polskich i zapewnieniami Pani Premier, że KNF będzie badał umowy frankowe, rośnie presja. Zróbcie z tym coś albo…

Rozwiązania  niedawno uznane za szalone i nierealne, nagle stają się bardzo realne. KNF głośno mówi o możliwości przewalutowania na złote po kursie z dnia wzięcia kredytu. Z pierwszych symulacji wynika, że kosztowałoby to banki 34 mld złotych. Kolejne wariacje tego pomysłu w różnych procentowych odsłonach, oznaczałyby koszt nawet do 48 mld złotych. Wiele banków, z największym udziałem frankowych kredytów, musiałoby zamknąć drzwi. Zakładając, oczywiście, że zdążą wcześniej zabić okna.

To, co dzieje się potem też już znamy z historii i to tu tak naprawdę zaczyna się dopiero prawdziwa gra o przyszłość. Jeżeli rząd podda się presji i zacznie interweniować, a nie widzę powodu dla którego w roku wyborczym słaba Pani Premier nie miałaby ulec pokusie, to wcześniej czy później państwo będzie musiał wykupować padające banki. Coś na co nie ma pieniądze. Pamiętajmy, że jednocześnie państwo musi wykupywać  SKOKi, którym pomogło runąć.

W trudnej sytuacji finansowej rząd będzie musiał prosić światowe czy europejskie instytucje o pomoc. Zanim się zorientuje, sam będzie  ich zakładnikiem. Patrząc teraz na scenariusze wychodzenia z kryzysu kilku państw, którym to się udało, może warto już dziś zacząć ratowanie państwa od końca. Od szukania rezerw na wykupywania sektora finansowego. Zamiast czekać aż MFW i jakaś unijna komisja przyjedzie do Warszawy żeby nas pouczać jak ciąć koszty, redukować wydatki państwa  a przy okazji dopilnuje, że zachodnie banki zostaną zabezpieczone, zróbmy to sami. Mówię o wielkiej redukcji kosztów administracji, zbędnych aktywności państwa w najróżniejszych dziedzinach od sportu, przez kulturę po dopłacanie do przywilejów górników, nauczycieli, mundurowych, sędziów, prokuratorów. To oznacza wielką prywatyzacje, ale taką prawdziwą, bez zatrzymywania jednej złotej akcji Skarbu Państwa. To oznacza natychmiastową naprawę systemu podatkowego, reformę systemu ZUS i zmniejszenie obciążeń administracyjnych dla firm. Mówię tu o rewolucji na podobieństwo Nowej Zelandii w latach 80 tych. Pełne przeobrażenie państwa z socjalistycznej inercji w rynkowy dynamizm. System dający nowe możliwości budżetowe na ratowanie banków.

Jeżeli ktoś może to zrobić, to – jak na ironię losu właśnie słaba premier Kopacz. Machina rozliczania banków za frankowy oscylator ruszyła. Rząd nie powstrzyma lawiny procesów sądowych i presji społecznej. Przy scenariuszu, który opisałem, Kopacz, ani PO i tak nie wygrają już wyborów. Dziś mogą stanąć po stronie frankowiczów. Jasno powiedzieć, że nadużycia banków i zła kontrola państwa doprowadziły do kryzysu. Państwo nie ma wyjścia musi ponieść odpowiedzialność. Ale to wymaga innego państwa. To będzie bolesne i pewnie wyborów to ta premier i tak już nie wygra,  ale  przynajmniej ocali nas przed hiszpańskim czy portugalskim scenariuszem. Jak nie ona, to musi szybko powstać nowa siła polityczna. Dołączam do wielu głosów oburzonych na banki i rządowych regulatorów. Ale to za mało, żeby uzdrowić nasze finanse. Nie zmarnujmy tego kryzysu.