O pożytkach z chamstwa w dyplomacji i życiu politycznym
Dariusz Matuszak 30.08.2019

Przyjemnie się teraz ogląda politykę za granicą. Wreszcie coś się dzieje, są jakieś pełnokrwiste postaci, wartkie i zabawne dialogi, intrygi, gwałtowne zwroty akcji i soczyste pointy. Weźmy np. takiego prezydenta Brazylii, który publikuje szydzący komentarz do zdjęcia Brigitte – pierwszej damy Francji, prosząc, by nie upokarzać francuskiego przywódcy. Chamstwo w pełnej krasie, którego nie usprawiedliwia nawet to, że wcześniej Macron nazwał go kłamcą. Nie ma wątpliwości, że to Trump zaprowadził nowe standardy w dotychczasowych oficjalnych relacjach pomiędzy przywódcami państw. Jego narcyzm, arogancja, brak manier i grubiaństwo udzieliły się innym, więc wyzwiska, insynuacje, obelgi i kalumnie zakwitły w języku dyplomacji. Otwarte stosowanie mowy piwnicznej podniósł on do rangi prawdziwej sztuki. W tym akurat nie rożni się od nowoczesnych artystów postmodernizmu – kto w galerii widział wystawiane słoiki z mętnymi cieczami, albo twórczość Mariny Abramović – dużo krwi i różnej galarety, ten wie o czym pisząc mówię.

 

Oczywiście można przyczepić się do stosowanych przez niego motywów zwierzęcych jak to np. – „tłusta świnia” – o niejakiej Rossie O‘Donnell, ze świata minerałów – „tępy jak głaz” – to Rexie Tillersonie swoim własnym, byłym sekretarzu stanu i w wersji dla pań o Mice Brzeziński – córce naszego Zbigniewa, czy roślinnych – jak „głupi pniak” o senatorze Schumerze, bo to wszystko mało wyrafinowane. Tym niemniej jego twórczość została tak doceniona, że dziennikarze „New York Times” spisują to wszystko z gorliwością i skrupulatnością psychopatów. Wyszło im, że odkąd Trump ogłosił swój start w wyborach prezydenckich obraził już ponad 600 osób, instytucji organizacji, państw etc. A przecież przed nim jeszcze 5,5 roku rządów.

Najwyraźniej wszystko to podoba się wielu innym przywódcom i politykom, więc wyzwiskami obrzucają się też kolejni – wicepremier Włoch Salvini z Macronem, brytyjscy ministrowie i parlamentarzyści z Junckerem i Tuskiem (aczkolwiek wypada zauważyć, że były nasz premier podchodzi do nowych trendów w polityce z pewną taką nieśmiałością, choć i on błysnął konceptem ulokowania odbytu Unii na Węgrzech), czy premierzy Szwecji i Węgier etc. Na jednego z mistrzów w dziele wyrasta prezydent Filipin Rodrigo Duterte, któremu zdarzyło się np. publicznie zwyzywać od części rowerowych oficjeli Unii Europejskiej. Tacy jak on oczywiście trafiali się już wcześniej, ale występowali w krajach, które w oczach jasno oświetlonych i liberalnych mieszkańców Zachodu uchodziły za mniej cywilizowane państwa gorszego sortu. Teraz powoli taki sposób odnoszenia się do siebie staje się popularny w całym świecie.

Dobrze to, czy źle mógłby zapytać jakiś filozof, jak np. ja. No niestety bynajmniej nie wiem. Z jednej strony jest to dość żenujące. Z zaś wielu innych stron pocieszające, interesujące i ze wszech miar demokratyczne. Pocieszające bo np. pokazuje, że poziom sporu w Polsce nie odbiega od tak podziwianych i wytęsknionych przez nas standardów europejskich. Świat zaczyna też pokazywać swe rzeczywiste oblicze i wreszcie mamy do czynienia z prawdziwymi ludźmi, a nie tylko białkowymi automatami jak Merkel, Baroso, czy były prezydent Francji Hollande. Spod masek, obłudnych uśmiechów, ugrzecznionych i przymilnych gestów zaczynają wyzierać prawdziwe emocje i intencje. Jeszcze niedawno za sprawną konferansjerką jak u Blaira, czy Obamy czaiło się zimno i wyrachowanie pozwalające bombardować i niszczyć całe kraje i regiony świata, ale ogólnie był miło i grzecznie.

Niewątpliwą, wielką zasługą Trumpa jest to, że w skali globalnej przełamał monopol na chamstwo i arogancję strony, którą upraszczając nazwijmy sobie lewicowo liberalną. Oczywiście lokalnie, jak choćby w Polsce mógł funkcjonować w tym obszarze wolny rynek, ale na świecie pozycja środowisk postępowych była niezagrożona. Nie było takiej obelgi, której pod adresem konserwatystów, czy szerzej prawicy przy powszechnym aplauzie mediów nie można było rzucić. Najczęściej to oczywiście faszysta, nazista, rasista etc. Konserwatyści z natury ludzie powściągliwi powstrzymywali się od rewanżu, co było odczytywane jak oznaka słabości i zachęcało do agresji. Trump skończył z tą nieskuteczna taktyką i obdziela równo obelgami. Wskazuje przy tym na jedną ważną rzecz, która powinna obowiązywać w relacjach międzynarodowych – otóż zasadę wzajemności, czy tez symetrii. I tak np. kiedy były premier Belgii Verhofstadt mówi, iż w Polsce na Marszu Niepodległości zgromadziło się 80 tysięcy faszystów, to powiedzmy nasz minister kultury i dziedzictwa narodowego stosując tę regułę powinien nazwać go kretynem, kazać mu zamknąć ryj i poczytać o Leonie De Grelle i Dywizji SS Wallonien.

Obrzucanie się wyzwiskami przez przywódców pozwala publiczności uzyskać nową, szerszą perspektywę na problemy świata. Przyjrzyjmy się choćby wymianie uprzejmości pomiędzy prezydentem Francji i Brazylii. To dopiero awantura rodem z programów Jerry’ego Springera nakłoniła widzów do tego, by spojrzeli na pożary w Amazonii i to od zupełnie innej strony. Na aroganckie uwagi Macrona o tym, jak Brazylijczycy powinni postępować, Bolsonaro zareagował natychmiast i brutalnie, zamiast potulnie podwinąć ogon jak to drzewiej bywało kiedy wielka Francja zabierała głos. Wytknął Macronowi mentalność kolonialisty i powiedział, by nie wtrącał się w sprawy jego kraju. I oto stał się cud. Wiele nawet postepująco postępowych mediów przyznało mu rację. Francji bowiem nikt nie próbował narzucać jak ma gospodarować swymi ziemiami. Pomińmy tu rozważania dotyczące ekologii i klimatu, bo nie to jest przedmiotem mej wypowiedzi pisemnej. Chodzi o to, jaki stosunek przywódca jednego kraju ma do innego państwa, które sobie akurat uznaje za własne płuca. Nie wiem za jaką cześć ciała Brazylijczycy uznają Francję, ale nie przypominam sobie, by mówili Francuzom jak mają uprawiać rolnictwo, kształtować swą energetykę, regulować rzeki etc. Nawet jeśli mamy do czynienia z jakimś problemem o skali globalnej, to sposobem na jego rozwiązanie nie jest obrażanie władz i obywateli suwerennego państwa. Zaoferowanie pomocy w wysokości 20 milionów euro odebrano jako zniewagę, bo i samo spotkanie G7 w Biarritz kosztowało 2 razy więcej. Jakiż to więc wielki problem dla świata, skoro chce się go załatwiać za mniej, niż kosztuje kilkudniowa impreza.

Przy okazji kłótni Macrona z Bolsonaro światowa publiczność dowiedziała się również, że takie pożary to nic nadzwyczajnego, że być może Amazonia to nie są żadne płuca świata i jakoś nikt nie zwraca uwagi na ogień choćby w krajach Afryki, czy Boliwii, bo tam rządzi kochany socjalista, a nie jakiś czarnopodniebienny prawicowiec.

Chamstwo władców pozwala więc ludowi świata w jakiś sposób zapoznawać się z jego problemami. O ileż bardziej przyciągają uwagę takie awantury, niż mdłe pozbawione treści, gładkie komunikaty o zatroskaniu i wspólnej woli znalezienia rozwiązania. Jeśli Trump mówi o relacjach pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, a Unią, czy umowie Światowej Organizacji Handlu, to Amerykanie być może dowiadują się o pewnych rzeczach po raz pierwszy i to tylko dlatego, że chcieli sobie posłuchać kogo on tam teraz obraża. Polityka, w tym międzynarodowa, stała się widowiskiem dla mas. Owszem, często żenującym, ale takim, które wciąga i wymaga zaangażowania. To z mandatu ludu pochodzi władców władza. Świadoma decyzja jego udzielenia wymaga obserwowania, uczenia się, wiedzy. Być może w czasach powszechnej trywializacji i zaniku norm, tylko oglądanie takich politycznych reality show pozwala na świadome uczestnictwo w demokracji. Tego nie wiem, ale zdecydowanie odrzucam ów paradygmat mówiący: my tu jesteśmy mili, kulturalni i postępowi i was poprowadzimy, a wy tępe kmioty tam na dole nie wtrącajcie się i nie interesujcie, bo i tak niczego nie rozumiecie. Dziś wszyscy w Europie wiedzą kto to Orban, czy Salvini. Czy wyobrażacie sobie Państwo, iż powiedzmy dekadę temu ktokolwiek wiedział jak nazywa się premier Węgier, czy wicepremier Włoch. Albo by Amerykanie wiedzieli kto jest przywódcą Korei Północnej, Wenezueli, czy zastanawiali się nad bilansem handlowym z Chinami.

To samo zjawisko obserwujemy w Polsce, gdzie wzajemna naparzanka powoduje nie tylko większe podziały, ale też wzrost aktywności i co za tym idzie udziału w życiu politycznym i większą świadomość obywatelską. Niezależnie od negatywnych i gwałtownych emocji jest w tym coś zdrowego, oczyszczającego i uczciwego. Władcy świata chcieliby, by poddani tkwili w bezwiednym letargu, bo wtedy mogliby w spokoju urządzać swą domenę.

Jasne, że często to wszystko ociera się o patologię, z drugiej jednak strony takie buzujące namiętności znajdują gdzieś ujście i pozwalają się wybić talentom, które w czasach letniej pogody nigdy by nie rozbłysły. Kiedy Fukujama ogłaszał koniec historii, to obwieszczał też śmierć homo politicus, kres sporów, idei, poszukiwań. Obwieszczał nudę. Akurat gdy kończę już tą pisaninę dociera wiadomość, że Trump do Polski nie przyleci. Mniejsza o to z jakich powodów – rzeczywistych, czy wydumanych. Są zwroty akcji i zaskakujące pointy. Dużo lepiej się to wszystko ogląda niż lecącą z kranu ciepłą wodę.