Scenariusz „szoku surowcowego”
Marek Budzisz 13.09.2019

W trakcie odbywającego się właśnie w Moskwie kongresu finansowego German Gref, prezes największego rosyjskiego banku Sbierbank, porównał politykę gospodarczą rządu do francuskiej Linii Maginota.

Jego zdaniem „blok ekonomiczny” rządu przygotowuje się do walki nie z tym kryzysem, który nastąpi, ale z tym, który miał miejsce w roku 2008. A ten, który czeka rosyjską gospodarkę, w jego opinii, będzie zasadniczo odmienny. Skrótowo rzecz ujmując, Gref, nazwał go „szokiem surowcowym”, co w praktyce sprowadza się do drastycznego spadku światowych cen węglowodorów w wyniku niekontrolowanego wzrostu ich wydobycia. Jak w takiej sytuacji reagował będzie rosyjski budżet? Nieco światła rzuca na to ujawnienie właśnie przez Bank Centralny utajnionego do tej pory „czarnego” scenariusza, który przewiduje taki właśnie rozwój wydarzeń. Zakłada on szokowe obniżenie cen ropy naftowej do poziomu 25 dolarów za baryłkę, a nawet w pewnym momencie do 20 dolarów. W efekcie uruchomienia takiego scenariusza, którego początek analitycy rosyjskiego Banku Centralnego sytuują już w I kwartale przyszłego roku, rosyjska gospodarka pogrąży się w recesji – PKB kraju spadnie o 1,5 – 2%, co oznacza „stratę” przyrostu ostatnich lat, inflacja znów się rozpędzi do poziomu 7 – 8%, inwestycje znacząco się zmniejszą (5,5 do 6%) a Rosjanie przez kolejne lata będą borykać się ze zmniejszającymi się dochodami (spadek o 1,5 – 2%). Spadek cen eksportowanych surowców oznacza też znaczne zmniejszenie dochodów walutowych państwa (z poziomu 415 mld dolarów w tym roku do 240), import zmniejszy się o 28% oraz będzie miał miejsce skokowy spadek wartości rubla – do pułapu 96 za dolara (obecnie 64,2). Nietrudno obliczyć, że w takiej sytuacji rosyjski PKB wyrażony w dolarach zmniejszy się o 1/3. Bank Centralny przewiduje też zmniejszenie się poziomu rezerw, którymi dysponuje, ale w bardzo umiarkowanym stopniu – o 38 mld dolarów, co zdaniem ekspertów stanowi jasny komunikat wysyłany na rynek, że władze nie zamierzają bronić kursu rubla.

Z wypowiedzi, na tym samym kongresie, Ministra Finansów Antona Siulianowa, jego zastępcy a przy tym głównego ekonomisty resortu Władimira Kołyczewa, a także prezes Banku Centralnego, obserwatorzy wyciągnęli wniosek, że odpowiadający za rosyjskie finanse politycy nie pójdą na „zmiękczenie ilościowe”, tj. wykorzystanie w większej skali niż do tej pory środków rezerwowych celem pobudzenia inwestycji, a przez to wzrostu PKB. Jeszcze kilka tygodni temu w moskiewskich gabinetach i mediach ekonomicznych dyskutowano na temat tego co zrobić z „nadwyżkowymi” pieniędzmi w Funduszu Dobrobytu Narodowego, do którego trafiają środki ze sprzedaży węglowodorów powyżej ceny 41,5 dolara za baryłkę. Dotychczas obowiązujące zasady nakazywały utrzymywanie poziomu rezerw do wysokości 7% rosyjskiego PKB. W latach po 2014 fundusz ten został niemal w całości skonsumowany przez budżet i obecnie jest on odbudowywany. W tym roku wartość zgromadzonych w nim środków przekroczy 8% rosyjskiego PKB i w związku z tym w Rosji trwała dyskusja czy aby nie wykorzystać tych „nadwyżek” na pobudzenie wzrostu gospodarczego przez finansowanie inwestycji. Teraz wyraźnie widać, że stanowisko sceptyków, czy „jastrzębi”, przeważa. Pojawiły się propozycje podniesienia poziomu rezerw do 10% PKB i opinie na temat ryzyka jakie pociąga za sobą inwestowanie w Rosji co w konsekwencji doprowadziło do pewnego usztywnienia stanowiska rządu. Pierwotnie planowano wykorzystanie tych środków celem pobudzenia wzrostu na duża skalę, teraz mówi się o współkredytowaniu na rynkowych warunkach przedsięwzięć zdrowych ekonomicznie. Oczywiście wszystkie decyzje są w ręku Putina i może on jednym rozkazem nakazać odważniejsze wydawanie pieniędzy, ale na razie nie ma powodów aby myśleć, że tak się stanie. W planie społecznym oznacza to, że dochody statystycznych Rosjan w najbliższych latach znacząco nie wzrosną, utrzyma się wysoki poziom skłonności do protestów i jeśli władze nie będą mogły, czy chciały, „sypnąć groszem”, to trzeba się liczyć ze wzrostem znaczenia rozwiązań siłowych.

Niewykluczone, że na zmianę tego stanowiska, oczywiście prócz przygotowań na wypadek ziszczenia się czarnego scenariusza, pewien wpływ mieć mogły informacja na temat efektywności wykorzystania środków publicznych w ramach zatwierdzonych już kilka lat temu przez prezydenta Putina, tzw. projektów narodowych. I tak, niedawno w rozmowie z Agencją TASS, jeden z audytorów rosyjskiego odpowiednika NIK-u ujawnił kilka ciekawych informacji na temat programu wspierania małych i średnich przedsiębiorców. Otóż jego zdaniem firmy dla których stworzono ten program, polegający na możliwości uzyskania kredytów na rozwój, których oprocentowanie w rosyjskich warunkach można uznać za atrakcyjne, bo wynoszące 8,5% w skali roku, wykorzystały jedynie 0,1% całości przeznaczonych na ten cel środków. Zresztą wykorzystanie pieniędzy idzie, oględnie mówiąc, dość opieszale. Według stanu na dzień 1 czerwca z 1 biliona rubli przewidzianych na wspieranie małych i średnich firm w Rosji, wykorzystano jedynie 68,8 mld rubli. Pytany przez dziennikarzy kto w takim razie konsumuje przeznaczone dla MSP środki, audytor nie był w stanie odpowiedzieć, bo tego rodzaju dane po prostu nie spływają. Ten program, formalnie realizowany w latach 2019 – 2024, nie jest w Rosji nowością. W czasie poprzedniej kadencji Putina miał on swego poprzednika – inaczej nazywający się fundusz publiczny, którego zadaniem było wspieranie małego biznesu przez dofinansowanie kredytów. I wówczas rezultaty tego działania okazały się nieco słabsze niż to urzędnicy zaplanowali. Wydano 120,5 mld rubli, i ten wskaźnik udało się zrealizować, z pozostałymi poszło nieco gorzej. W skali całej gospodarki wielkość kredytów dla małych i średnich firm nie wzrosła, a wręcz przeciwnie spadła. I w tej zmniejszonej puli udział subsydiowanych przez rząd wynosił najpierw 1,5% w 2016 roku, by w 2017 dynamicznie wzrosnąć do 4,8%. Nie wszystko poszło tak jak planowano, więc urzędnicy zmuszeni zostali do poprawienia oceny skutków programu narodowego. Pierwotnie chciano, aby w wyniku wydania przez budżet 2 mld dolarów liczba miejsc pracy w małych i średnich firmach wzrosła o 108 tysięcy, w 2017 roku „po cichu” zmniejszono ten wskaźnik do 25 tysięcy. Teraz cele są jeszcze ambitniejsze, bo choć wielkość przeznaczonych na „pomoc” środków budżetowych wzrosła czterokrotnie, a wielkość całego funduszu 8-krotnie, to rosyjscy urzędnicy oczekują, że w wyniku wydania tych pieniędzy liczba pracujących w MSP wzrośnie o 5,8 mln.

Oczywiście rodzi się pytanie gdzie podziewają się te pieniądze? Nie do końca to wiadomo, ale z drugiej strony, z ekonomicznego punktu widzenia, to, że „ktoś je przechwycił” nie ma większego znaczenia. Z pewnością nie pobudzają one rosyjskiej gospodarki, nie zwiększają dochodów ludności, a w związku z tym celowość ich wydawania jest dość wątpliwa. Gdybym dokonał przeglądu wszystkich kilkunastu realizowanych w ubiegłych latach „inwestycji narodowych” to okazałoby się, że albo z braku projektów nie wydano wszystkich pieniędzy, albo jeśli wydano, to nie trafiły one tam gdzie należy, albo wreszcie makroekonomiczne efekty okazały się znakomicie mniejsze niż to pierwotnie planowano. Aleksiej Kudrin, w przeszłości minister finansów Federacji Rosyjskiej, a obecnie prezes rosyjskiego NIK-u, szczerze wątpi w to, czy wydawanie w taki sposób publicznych pieniędzy może pobudzić rosyjską gospodarkę. Na tym samym Kongresie w Moskwie powiedział on, że doświadczenia lat ubiegłych skłaniają go ku poglądowi, że nawet planowe wydanie wszystkich pieniędzy na „projekty narodowe” nie zwiększy znacząco tempa wzrostu rosyjskiego PKB. W jego opinii ich efekt waha się w przedziale między 0,1% – maksymalnie 0,5% PKB w skali roku, co oznacza, że deklaracje rządu o osiągnięciu w 2021 roku wzrostu na poziomie 3% są znacząco zawyżone. Kudrin jest zdania, że wzrost w Rosji w tym roku nie będzie wyższy niż 1%, a w przyszłym maksymalnie 1,3%. To wszystko, oczywiście jeżeli nie ziszczą się najgorsze scenariusze. Jego zdaniem rząd, w gruncie rzeczy, myśli podobnie, ale ze względów politycznych nie chce się do tego przyznać, a jedyne co robi, to stopniowe korygowanie prognoz.

Ostatnie zmiany, wskazują, że Bank Centralny i gabinet Miedwiediewa nie tylko pomału rezygnują z planów rozpędzania gospodarki przy użyciu „projektów narodowych” ale wręcz przygotowują się na scenariusz „szoku surowcowego”.