Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego 
Dariusz Matuszak 17.10.2020

Właśnie sobie ów dzień obeszliśmy, więc przede wszystkim należą się Państwu gratulacje. Od ponad 30 lat nikomu z Was nie udało się przeżyć nawet jednego dnia w normalnym świecie. Owszem, on gdzieś istnieje w domach np. przy kolacji, w izolatkach szpitali dla obłąkanych, na stole u masażysty, albo w knajpie nad kieliszkiem, a nawet w pracy gdzieś w kwiaciarni, salonie fryzjerskim, na budowie etc. Czasami można odnieść wrażenie, że nie otaczają nas tylko wariaci. Gdyby można było od sfery prywatnej, czy zawodowej całkowicie odłączyć tę publiczną, to dałoby się nawet normalnie żyć. Jednak to oznaczałoby, że nie czytamy, nie słuchamy, nie oglądamy, czyli w zasadzie nie wiemy. Jeśli tylko jednak wystawimy łeb na ową sferę publiczną, to dosięgną nas sieknięci na umyśle i emocjach aktywiści. 

 

No bo Szanowni Państwo zwróćcie swa szanowną uwagę na następujący bieg spraw. Otóż ledwo skończyła się komuna, z którą walczyliśmy, rozpoczęła się walka z faszyzmem i antysemityzmem, który z mlekiem matki wyssaliśmy. Z ruchu oporu, który polegał choćby na przemycaniu flaków do kiełbasy z Węgier, płynnie przeszliśmy do kolejnych bitew z naszym zacofaniem, wiarą w zabobony i cywilizacyjnym zaległościami. Natychmiast dowiedzieliśmy się też, że należy odbrązowić całą naszą historię. Inaczej mówiąc, nasza przeszłość była do de i to z niej zrodzeni sami do de jesteśmy. Dni chwały, zawsze pozornej, obowiązkowo musiały być skażone jakąś głupotą, podłością, czy nędzą charakteru. I dlatego musimy wstydzić się i za wszelką cenę pracować nad tym, by dorównać innym, owym oświeconym narodom Zachodu. Oprócz zmian w organizacji naszego państwa, czyli całej wspólnoty, każdy nagle stanął przed obowiązkiem przepracowania wszystkiego w sobie, by móc stać się prawdziwym Europejczykiem. Nikt nie mógł być sobie ot takim zwykłym Kowalskim co to rury układa albo wypełnia rubryki jako księgowy, tylko musiał stać się jeszcze tym, który goni jasno oświetloną część ludzkości, czyli Szweda albo Niemca. Pogoń nie mogła odbywać się tylko za zasobnością portfela, ale też koniecznie za wyższą świadomością, której celem nie było np. dostatniejsze, spokojniejsze życie, ale osiągnięcie owych europejskich wartości, o których zaludniający ekrany telewizorów wciąż nas informują. 

Tak więc od 30 lat walczymy już z faszyzmem i im od niego dalej, tym walka staje się coraz bardziej zaciekła. Podobnie z antysemityzmem, choć żyjemy w kraju, w którym w ostatnich latach największą zbrodnią na tym tle, było przeciągnięcie w jakimś obrzędzie ludowym kukły Żyda po ulicy. Bo nie o fakty chodzi, tylko tak naprawdę o ducha ociosanie. Dlatego w krajach, gdzie obiektów żydowskich strzeże wojsko i policja z długą bronią, antysemityzmu nie ma, a u nas jest i objawia się w sposób przemożny za każdym razem, gdy na stadionie jakaś debilna przyśpiewka się poniesie, albo ktoś w Krakowie małą figurkę Żyda z grosikiem w ręce sprzeda.

Mniej więcej wtedy, gdy Hanna Suchocka została premierem Polski, a Hanna Gronkiewicz Waltz prezes Narodowego Banku Polskiego do naszej ojczyzny ze stypendium w Ameryce, wróciła filozof Agata Bielik Robson, a z Francji domniemana pisarka Manuela Gretkowska. Wtedy dowiedzieliśmy się o szalejącym u nas patriarchacie. Odkryły go w Polsce amerykańskie uczone i paryskie intelektualistki. Przyznaję, że sam nie wiedziałem, że żyję w patriarchacie.

Bój z dyskryminacją kobiet i dominacją mężczyzn trwa już co najmniej 25 lat i jego końca nie widać. Jednym z jego efektów jest to, że przemówienia są dłuższe. Nie można bowiem już używać pojemnych kategorii płci nierozróżniających, tylko trzeba mówić: łodzianki i łodzianie, polityczki i politycy, pracownicy i pracownice etc. Mówienie złodziejki i złodzieje, morderczynie i mordercy, czy pedofilki i pedofile jakoś się na razie nie przyjęło. Mamy tylko złodziei, morderców, pedofilów, łapowników i ksenofobów, a ani jednej ksenofobki. Po ćwierćwieczu doszliśmy też do tego, by wszędzie gdzie się da używać tzw. feminatywów, czyli „ukobieconych” nazw. Jak to jest potrzebne, boleśnie przekonał się nawet sam Vincent Rostowski, który myślał, że na posła startuje w tym Bydgoszczy. Tak więc teraz pani musi być chirurżką pediatrką, albo jak służy w marynarce i dorobi się stopnia starszy mat, to nawet starszą matką. Zgodnie z tą regułą Ewa Kopacz nie była już premier, tylko tak naprawdę premierką Kopaczką. O wiele lepiej poszło z Beatą Szydło. Jak bowiem wiadomo szydło jest ni takie, ni siakie, czyli nijakie, a więc niebinarne.

Tak więc obywatelki i obywatele Polski po obaleniu komuny walczyli już na trzech frontach: z faszyzmem, antysemityzmem i patriarchatem. Ale, ale, powoli otwierał się i czwarty front –- walki z globalnym ociepleniem. Z początku były to tylko pomruki, jakieś odległe ognia nawałnice, ale z czasem wojna rozgorzała na całego. Teraz to już bój na śmierć i życie, bo tak gdzieś około 2030 roku cała planeta ma sczeznąć. Sytuacja jest dramatyczna, jak na przedpolach Berlina w 1945 roku, więc w bój trzeba wysyłać dzieci. Na czele tych nowych formacji Hitlerjugend stoi niedouczona i psychicznie niestabilna nastolatka ze Szwecji. Jeśli ktoś uważa, że wedle jej wskazówek należy świat urządzać, to jest cynicznym podlecem, cyniczną podlecą, albo zwykłym wariatem, zwykłą wariatką W najlepszym zaś razie głuptaskiem/głuptaską. Jak to wygląda, pewnego dnia przekonała się bardzo postępowa amerykańska senator Feinstein z Partii Demokratycznej. Na spotkanie z nią jeszcze bardziej postępowe i uświadomione nauczycielki przyprowadziły gromadę rozhisteryzowanych uczniów/uczennic w wieku 8-10 lat, którzy/które z płaczem krzyczeli/krzyczały, że za dziesięć lat poumierają, więc trzeba zaraz teraz, natychmiast coś zrobić. W Kanadzie zaś trwa właśnie kampania dotycząca tego, by już się nie rozmnażać, bo każde nowe dziecię na świat powołane ślad węglowy zostawia i apokalipsę na Ziemię ściąga. Dokładnie w tym kontekście, w tej publicznej kampanii dzieci są pokazywane. To nie nadzieja i radość dla świata, ale jego zagłada. W takim Montrealu dowiadują się też tego dzieci, bo miasto obklejone jest plakatami obwieszczającymi im, że z ich winy zginie planeta i ludzkość cała, łącznie z mamą i tatą. 

W Polsce tylko czekać tego poziomu obłędu. Na razie mamy tylko odczuwać nieustanne wyrzuty sumienia za to, że zjedliśmy kotleta, albo założyliśmy jakąś tam koszulkę, na produkcję, której zużyto cysternę wody, a tymczasem w Sudanie jest susza (akurat jest powódź, ale nie szkodzi). Podobnie mamy czuć się źle, gdy 7 tysięcy kilometrów od nas spali się jakiś las, albo miś w śmietniku będzie grzebał, bo to oznacza, że zbiorowym wysiłkiem wygoniliśmy go z jego naturalnego środowiska. Głupi niedźwiedź, zamiast w mateczniku siedzieć, wlazł pod kamerę na parkingu jakiegoś sklepu w Ekwok na Alasce i świat zamarł ogromem swej zbrodni porażony.  Każdy tajfun, który się teraz przez Karaiby przewali, to człowieku/osobo twoja wina, bo diesla na elektryka nie wymieniłeś/wymieniłaś. W międzyczasie by ratować tę planetę, to w kuchni o rozmiarach 3 na 2 metry w bloku w Radomiu mamy trzymać kilka kubłów na śmieci – oddzielne na ości z ryby i ogryzki, oddzielny na flaszki etc. 

Mniej więcej od 2015 roku dowiadujemy się, że jesteśmy ksenofobami/ksenofobkami i nie chcemy się ubogacać oraz solidaryzować. Chodzi o to, że ponieważ w 1942 roku przez Iran ewakuowano ze Związku Sowieckiego polskie dzieci sieroty, to teraz Merkel z von der Leyen i kto tam jeszcze mogą nam przysłać transport młodzieńców z Tunezji, czy Maroka. W jakiś też magiczny sposób powinniśmy sprawić, żeby nie czmychnęli nam do Niemiec, albo Szwecji. To są jednak technikalia. Najistotniejsze jest to, że nie dorośliśmy nie tylko do demokracji, jak wtedy, gdy Wałęsa został prezydentem, ale do europejskich wartości i owej solidarności. Nic tylko z tej Unii byśmy pieniądze brali, ale już słuchać się nie chcemy. 

Na to oczywiście nakładają się nasze spory wewnętrzne, co istoty sprawy nie zmienia. Mniej więcej połowa naszej ludności nie chce Unii słuchać, więc musi być napiętnowana, natomiast druga połowa musi się za tą pierwszą wstydzić, że taka nieeuropejska jest. Ten wstyd ma bardzo konkretny i praktyczny wymiar. Skoro mamy już u nas reżim i standardy Białorusi, to redaktor Morozowski z TVN obwieścił, że wstydzi się za granicę wyjeżdżać. No więc siedzi biedak w tej Polsce, a wokół Białoruś ma. Idzie bowiem Morozowski ulicą Londynu albo Paryża, a tam go palcami wytykają, że on z niepraworządnej, nieprawidłowej Polski jest. To uczucie pewnie jest tożsame z tym, że jak człowiek co nabroił, to wstyd mu na mieście się pokazywać. Dyskusja dotycząca tego, że Morozowski wstydzi się wyjechać za granicę (może mógłby udawać jakiegoś cudzoziemca, czyli nie-Polaka) odbyła się przy okazji tego, że Norwegia przyznała azyl przestępcy Gawłowi, założycielowi ośrodka od monitorowania faszyzmu oraz srego i owego. Norweski sąd orzekł, że rząd w Polsce nie dość się przykłada do walki z faszyzmem i skrajnie prawicowymi organizacjami. Podobną opinię ma też jedna Czeszka, jedna Maltanka, i jakaś Bośniaczka z jakiejś tam ważnej europejskiej Rady. Oczywiście tych osób jest z różnych krajów znacznie więcej, ale niech Szanowni Państwo nie wymagają, bym je wszystkie wymieniał. Istotne jest to, że połowa polskiej ludności żyje pod butem reżimu, a druga połowa z reżimem kolaboruje, ewentualnie broni ojczyzny przed zdrajcami narodu polskiego. No normalne to nie jest. 

Tak więc oprócz tych wielkich konfliktów cywilizacyjnych w rodzaju walki z faszyzmem, patriarchatem, zabobonami, czy globalnym ociepleniem, mamy do czynienia z dziesiątkami pomniejszych lokalnych wojen o Konstytucję, praworządność, sądy, prawa reprodukcyjne, szkoły, wolność sztuki i co tam jeszcze akurat w telewizorze pokazują. Do tego ostatnio doszły sprawy związane z tożsamością płciową, czyli sytuacje, gdy Bogdan twierdzi, że jest Grażyną i orientacje seksualne.  

Wyobraźmy sobie, że nasze życie prywatne urządzone jest wedle tego schematu co publiczne. Wraca człowiek/osoba do domu a tam nieustanny jazgot, a to tego nie zrobiłeś/zrobiłaś, albo zrobiłeś/zrobiłaś ale źle, albo niepotrzebnie, rura nieprzetkana, deska od sedesu nieopuszczona, dywan się w rogu podwinął, krzesło skrzypi, światło w łazience nie wyłączone, żarówka niezmieniona, mleko się zepsuło, zupa wykipiała, radio cały dzień gra, woda miała być z gazem a jest bez, kret ogródek zrył, pieniędzy nie ma, kariery nie robisz, nie awansujesz, lodówka pusta, a teściowa na weekend przyjeżdża. I tak dzień w dzień przez 30 lat. Tak mniej więcej wygląda nasze życie publiczne. 

Teoretycznie można się odizolować. Zostać bukinistą/bukinistką, grzybiarzem/grzybiarką, wędkarzem/wędkarką, pijakiem/pijaczką, garnki lepić, chleb wypiekać, nie oglądać, nie słuchać. Problem jednak polega na tym, że ci/te, którzy/które tym szaleństwem zawiadują, urządzą nam nawet dom. To one/oni nam te 5 kubłów na śmieci do kuchni wstawią, dorwą, gdy ogień w kominku rozpalimy, samochodu zmienić nie pozwolą i jazgocząc publicznie, napiętnują jak będziesz się wydzierał/a „Polska biało-czerwoni!”. Tak cię podatkiem i regulacjami zajadą, że nawet flaszki sobie nie kupisz i kotleta nie zjesz, bo wiadomo, że jedna krowa to 15 tysięcy litrów wody zużywa i jeszcze gazy cieplarniane wypuszcza.  

Nad stanem naszego ducha i zdrowiem psychicznym czuwają najwięksi/największe wariaci/wariatki. To ci/te, co obrali/obrały profesję dziennikarską albo polityczkami/politykami zostały/zostali i własnymi obsesjami nas obdarowują. Jak to kto w browarze pracuje, albo most pontonowy układa i rozbiera, czy mitochondria w komórce skrzeli sardynopsów bada, to może od szaleństw świata na 8 godzin się oderwać. Co innego dziennikarki/dziennikarze. Oni to wariactwo w robocie mają, a na dodatek ich zadaniem jest rozsiewać je. Ot, umysłów rzeźnicy, którzy/które świat objaśniać mają. Wspominałem w jednym z tekstów o wielkich badaniach jakie, wśród dziennikarek/dziennikarzy, Duńczycy/Dunki i Szwajcarzy/Szwajcarki przeprowadzili/przeprowadziły. Wynikało z nich, że w redakcjach jest statystycznie 6 razy więcej feministek/feministów niż w całej populacji. Podobnie jest ekolożkami/ekologami. To oznacza, że choć sami żadnych doświadczeń z jakimś problemem nie mamy, czy też nas nie dotyczy, to i tak dowiemy się o jego przerażających rozmiarach, całe życie społeczne determinujących. 

Wyobraźmy sobie, że redakcje zamiast feministek/feministów, maskulinistki/maskulinistści zaludniają i ze stereotypami walczą, I tak oto opisują one/ni nam świat, w którym wiecznie pijana żona, zaraz po powrocie z kościoła pasem dzieciaki okłada, terror psychiczny i ekonomiczny stosuje, a w robocie to każdy mężczyzna jest molestowany, prześladowany i szklany sufit nad głową ma, który choć niewidoczny przebić się do góry, czyli awansować nie pozwala. Na dodatek przeciętnie żyje 7 lat krócej niż kobieta, ale za to 5 lat dłużej pracuje. I tak oto maskuliniści/maskulinistki non stop opisują nam relacje rodzinne, zawodowe i społeczne przez pryzmat takich patologicznych obrazków życia domowego i prawdziwych danych o nadumieralności mężczyzn. Oczywiście czaszki by się nam od tego zakopciły. One i tak nam dymią.

Ja znam tylko jedną metodę ustrzeżenia się przez szaleństwem, które nam jest sprzedawane. Trzeba samemu zostać wariatem/wariatką czego i Państwu z okazji Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego życzę. Ale wariatem/wariatką sceptykiem/sceptyczką, takim/taką / co to w nic, co mu/jej opowiadają, nie wierzy i wszędzie podstęp węszy. Wtedy prawdopodobieństwo dotarcia do prawdy znacznie się zwiększa.