Kalosz pełen dolarów
Jerzy Marek Nowakowski 07.05.2018

Nie jestem kibicem. Na ogromnej większości dyscyplin sportowych znam się jak kura na pieprzu. W telewizji oglądam w zasadzie tylko Golf Channel. Obejrzałem jednak niedawno mecz Roma – Liverpool. Świetne widowisko, którego wynik w oczywisty sposób wypaczyły błędy sędziowania. Podobnie o wypaczenie wyniku oskarża się sędziego w hiszpańskim El Clasico, meczu Realu i Barcelony.

Szlachetna rywalizacja i błędy. Czyżby? A może jednak przede wszystkim biznes. Przecież wygrana w takim meczu jest warta dziesiątki jeśli nie setki milionów euro. Z premii, reklam, transmisji telewizyjnych, wzrostu wartości transferowej zawodników. W tle jest jeszcze polityka, bo zwycięstwo „swojej” drużyny to skokowy wzrost nastrojów społecznych. No i oczywiście szansa, żeby poparadować w szaliku lokalnej drużyny grzejąc się w słońcu powszechnie aprobowanego sukcesu.

W ramach ćwiczenia intelektualnego wyobraźmy sobie teraz, że komisja rozstrzygająca przetarg pomija informacje, że jedna z firm zatrudnia do pracy dzieci (jeden karny) i nie ma doświadczenia w dziedzinie, którą przetarg na kilkaset milionów euro obejmuje (drugi karny). Prawdopodobnie członkowie komisji by nie wyszli z sadów i arbitraży przed dobre parę lat. Tymczasem w wypadku sportu wzruszamy ramionami – ot błąd sędziego. Błąd wart tyle co spora, latami negocjowana, inwestycja.

Powiedziałem na początku, ze nie jestem kibicem. Bo współczesny sport kojarzy mi się z jednej strony z walkami gladiatorów w starożytnym Rzymie, czy może bardziej wyścigami rydwanów na hipodromie w Bizancjum, gdzie główne stronnictwa polityczne były kibicami poszczególnych drużyn. Przede wszystkim jednak dlatego, że sport stal się gigantycznym biznesem.

Po obejrzeniu ostatnich półfinałów Ligi Mistrzów (a oba były co najmniej lekko wypaczone przez sędziów) warto może zapytać, czy wobec sportu nie należałoby stosować podobnych zasad oceniania, jak wobec biznesu i polityki? Na pewno takie zasady należałoby stosować wobec futbolu budzącego emocje o skali światowej.

No dobrze ale porozmawiajmy w takim razie o sportach zdecydowanie mniej popularnych. Niemal wszyscy słyszeli o aferze dopingowej Lance’a Armstronga. Był legendą, wygrywał wszystko, zarabiał miliony mimo, że zarobki w kolarstwie nie są porównywalne z tymi piłkarskimi, golfowymi czy tenisowymi. Został zdyskwalifikowany. Tak jak był ikoną sportu tak jest ikona wstydu. Ale nikt nie zadaje pytania – co z milionami, które nieuczciwie zarobił? To samo dotyczy premii wypłacanych dziesiątkom zdyskwalifikowanych medalistów olimpijskich. Czy to tylko doping czy już zwyczajne oszustwo? A moja ulubiona tenisistka: Maria Szarapowa. Po złapaniu na dopingu wróciła na kort, ale gra co najwyżej średnio. A epidemia astmy wśród biegaczek narciarskich?

Kibice oglądając zawody sportowe powtarzają często, że politycy kłamią, komentatorzy wygadują głupoty, decyzje gospodarcze zapadają pod wpływem niejasnego lobbingu, no ale na boisku, stadionie czy szosie mamy grę wedle jasnych reguł. I mieliśmy wtedy gdy sport był amatorski. Tyle, że to już nie wróci, współczesny sport jest wielkim biznesem, pieniądze płacone za gwiazdy sportu są niewyobrażalne – za odstępne płacone za Neymara czy Lewandowskiego można zbudować całkiem solidny zakład przemysłowy. Skoro zaś mówimy o biznesie powinniśmy stosować reguły ze świata biznesu. Sędzia, który „drukuje” mecz podejmuje decyzję wartą dziesiątki milionów. Oszust giełdowy za użycie insiderskiej wiedzy przy transakcji na taką skalę ląduje w więzieniu. Sędzia piłkarski zwykle nawet nie traci licencji. Jedynym ryzykiem jest dla niego trafienie zgniłym pomidorem.

Sportowiec – dopingowicz nie idzie do więzienia za oszustwo, najwyżej traci kontrakty reklamowe. Ale co zarobił na oszustwie to jego. Nie mówiąc o tym, że obraził miliony kibiców.

Sytuacja we współczesnym sporcie opiera się na regułach z epoki szlachetnej rywalizacji zamożnych gentlemanów. To mniej więcej tak, jak gdyby współczesne kodeksy handlowe zastąpić prawem średniowiecznych gildii kupieckich. Wprowadzenie weryfikacji decyzji sędziowskich w piłce nożnej czy innych sportach zespołowych wydaje się jedynym rozwiązaniem. Sprawdza się zresztą w zawodowym tenisie, gdzie prawo do sprawdzenia decyzji sędziego istotnie wypada skończyć z pływa na wyniki meczów.

Pozostaje jeszcze kwestia dopingu. Nie jestem zwolennikiem wsadzania sportowców do więzienia. Ale wypada skończyć z fikcją dyskwalifikacji, ich odwoływania i z państwowym przemysłem dopingowym. Albo uznajemy, że współczesny sport jest przemysłem, że zawodnicy ryzykują własnym zdrowiem a wygrywają ci, którzy dysponują najlepszą technologią czy największymi pieniędzmi (co i tak w wielu sportach się dzieje) i dopuszczamy doping zgadzając się na pełną „gladiatoryzację” sportu, albo zaczniemy traktować ludzi stosujących doping tak samo jak oszustów, sprzedających podrabiany towar łącznie z konsekwencjami finansowymi.

W moim ulubionym golfie zasady są jasne. Grając amatorsko można bardzo łatwo oszukać. Tyle, że amator nie może nigdzie na świecie dostać za zwycięstwo nagrody większej niż równowartość 500 funtów. Z kolei zawodowcy – a tu nagrody idą w miliony – są obserwowani przez tłum sędziów i kamer, a próba oszustwa kończy się natychmiastową dyskwalifikacją, a często i karami finansowymi.

Przyznam, że bliższa jest mi idea wolnoamerykanki, bez hipokryzji kontroli antydopingowych. Zawodowy sportowiec i tak szarga swoje zdrowie, ryzykuje kalectwem a bywa, że i śmiercią. A dla kibiców jest po prostu gladiatorem na arenie. Tolerowanie „sędziów kaloszy” (a są to zwykle złote kalosze) i dopingowa zabawa w kotka i myszkę doprowadzi w szybkim tempie do upadku wielkiego biznesu jakim jest współczesny sport wyczynowy.