Polska piłka a polski charakter
Łukasz Warzecha 24.06.2018

Spytałem niedawno znajomego, którego nie podejrzewałbym o wielkie zainteresowanie piłką nożną, czy angażuje się w kibicowanie podczas obecnych mistrzostw. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, odparł, że nie, ale dodał, że przede wszystkim dlatego, iż w polskiej postawie wobec piłki nożnej przejawiają się wszystkie nasze wady i kibicowanie byłoby dla niego zbyt męczące.

 

Sam nie jestem kibicem. Więcej: jestem kimś w rodzaju antykibica. Piłkę nożną uważam za wybitnie nudną, nigdy nie wciągnął mnie żaden mecz, a fanatyczne wręcz zaangażowanie niektórych w tę dziedzinę sportu wydaje mi się, najdelikatniej mówiąc, dziwaczne, zaś w natężeniu, jakie objawia się podczas wielkich imprez piłkarskich, jak teraz, staje się irytujące.

Zastanowiłem się jednak nad słowami znajomego. Istotnie, jest w tym wiele prawdy. Postawa wobec startów polskiej reprezentacji w kolejnych mistrzostwach, czy to Europy czy świata, bardziej niż w przypadku jakiegokolwiek innego sportu odbija nasze narodowe cechy. Bo w istnienie takich cech nie tylko wierzę – to więcej niż wiara, one są po prostu faktem. Oczywiście ludzie są różni, ale w makroskali istnieją pewne prawidłowości, dotyczące ludzkich postaw, jakie pojawiają się szczególnie często lub szczególnie rzadko. I te prawidłowości określają coś, co bywa czasem nazywane charakterem narodowym. Ten charakter może się oczywiście zmieniać w czasie. Uważam na przykład, że w przypadku Polaków bardzo osłabiło się w ciągu ostatnich kilkuset lat upodobanie osobistej wolności, które stanowiło konstytucyjną wręcz cechę polskiej republiki od momentu jej powstania (czyli od początku wolnej elekcji), a nawet wcześniej (czego przejawem były przywileje w typie Przywileju Mielnickiego z 1501 roku).

Co zatem, jako nie-kibic, a nawet antykibic, widzę w polskim stosunku do turniejów piłki nożnej, w których bierze udział polska reprezentacja, a co można odnieść do naszego, polskiego postępowania również w innych dziedzinach, w tym w polityce, także międzynarodowej?

Po pierwsze – całkowity brak realizmu, sztukowany absurdalnymi nadziejami. Przedturniejowa tromtadracja bywa wprost nieznośna, a jest całkowicie niezależna od tego, jakie wcześniej wyniki miała polska drużyna, jakie zajmuje miejsce w rankingu, jakich ma przeciwników i tak dalej. Oczywiście na poziomie ekspertów jakieś delikatne uwagi, dotyczące prawdopodobieństwa wygranej, się pojawiają, ale ogólna tonacja jest taka, jak przypadku niektórych zagadnień politycznych: wygramy, a kto mówi inaczej, ten zdrajca i defetysta. Całkiem jak w 1939 roku, kiedy realiści byli zakrzykiwani frazesami o tym, że Niemców to my czapkami nakryjemy.

Po drugie – zderzenie tych emocjonalnych oczekiwań z rzeczywistością, wywołujące równie emocjonalną reakcję. To zderzenie po pierwszym meczu (z ciekawości obejrzałem skrót – sytuacja z Murzynem, pędzącym z piłką do pustej bramki, bardzo mnie rozśmieszyła) idealnie ujął rysownik, który stworzył podawany wielokrotnie dalej w mediach społecznościowych rysunek: po jednej stronie pogrążona w kompletnym chaosie polska husaria, na kupie zbroje, konie, lance, proporce – po drugiej jeden Murzyn, wynurzający się zza krzaka i mówiący „ Buuu!”.

Przywiodło mi to na myśl bitwę – a właściwie nawet nie bitwę, bo bitwą trudno to nazwać – pod Piławcami we wrześniu 1648 roku. Piławce to klęska dla Polski tak wstydliwa, że Sienkiewicz nie opisał jej w „Ogniem i mieczem” bezpośrednio, a jedynie w formie chaotycznej relacji Krzysztofa Wierszułła, dowódcy Tatarów walczących po stronie Najjaśniejszej, któremu udało się spod Piławców umknąć, a który po drodze spotyka Skrzetuskiego na czele jego żołnierzy i rzuca mu jedynie: „Już… po… Rzeczypospolitej!…”. Spod Piławców spanikowane pospolite ruszenie, wraz zresztą z wojskiem zawodowym, po prostu uciekło w środku nocy w kompletnym chaosie, przekonane, że Chmielnicki i Islam Girej atakują.

Po 1939 roku z kolei, gdy tylko polskie struktury okrzepły choć trochę na emigracji we Francji, natychmiast rozpoczęło się dochodzenie przyczyn klęski, będące w istocie polowaniem na politycznych przeciwników.

Na tej zasadzie, gdy oto polska drużyna dostaje w skórę, nastroje odwracają się u wielu o 180 stopni i tak, jak wcześniej były hurraoptymistyczne, tak robią się grobowe. Jak diagnoza Wierszułła, że „już po Rzeczypospolitej”. Ci sami piłkarze, których kilka dni wcześniej otaczano absurdalnym, niemal bałwochwalczym kultem, nagle stają się prawie wrogami publicznymi. To bardzo charakterystyczne: brak umiaru w każdą stronę, ze skrajności w skrajność.

Po trzecie – na koniec pocieszanie się dobrym wynikiem, od którego nic już nie zależy, bo Polska i tak już z turnieju odpadła. „Powstanie co prawda przegraliśmy, ludziom zabrano majątki, tysiące powędrowały na Syberię, a królestwu odebrano resztki autonomii – ale za to aleśmy im jednak pokazali!”. W turnieju osiągnęliśmy co prawda marny wynik, ale za to w „meczu o honor” się obroniliśmy. Chyba że też nie – ale wtedy prawie zawsze można wdrożyć narrację, że mimo wszystko walczyliśmy jak lwy. Nic już wprawdzie od tego nie zależało, nic to nie mogło dać i na nic się nie przydało, ale satysfakcja jest. Przychodzi na myśl decyzja Andersa w dość już przejrzystej sytuacji politycznej, wybitnie dla Polski niekorzystnej, po konferencji w Teheranie, żeby rzucić polskie siły na Monte Cassino, choć w tamtym momencie była to już wyłącznie strata polskiej krwi.

Po czwarte – gdy już wszystko się zawali, zadziwiająca zdolność do regeneracji, ale nie po to, aby następnym razem bardziej realistycznie oceniać własne szanse, ale żeby od nowa zacząć cały cykl, ze złudzeniami, fantazjami, meczami o honor włącznie.

Tu zastrzegam, że tekst piszę przed meczem Polska-Kolumbia, mając ten komfort, że nie budzi on we mnie żadnych emocji.