Sędzia Hermeliński nad Jeziorem Bodeńskim
Łukasz Warzecha 13.05.2018

Główny bohater „Jeziora Bodeńskiego” Stanisława Dygata, Polak z francuskim obywatelstwem, pod koniec powieści wygłasza odczyt dla francuskich i angielskich towarzyszy internowania w niemieckiej Konstancji, bardzo pięknie położonej nad tytułowym jeziorem, tuż przy granicy ze Szwajcarią. Osadzeni nie do końca rozumieją, o co właściwie chodzi z tymi Polakami, Polską i polskością, zatem ma im to zostać wyjaśnione podczas wykładu.

Prelegent wplata w swoją wypowiedź i taki wątek, tłumacząc, jak to w Polsce jest:

A policjant błaga przy narożnikach: „Nie na ukos przechodzić, państwo moi mili”, a wszyscy na ukos przechodzą. I policjant krzyczy: „Nie na ukos, do cholery jasnej. Co to? Jak z bydłem trzeba?”. A wszyscy na ukos. Więc policjant każe złotówki płacić. A wszyscy na ukos. Nie przez złość, tylko przyzwyczaili się i jakoś zapominają.

Stanęła mi ta scena z powieści Dygata przed oczami, gdy do dziennikarzy wyszedł sędzia Hermeliński, szef Państwowej Komisji Wyborczej, i narzekał, że kandydaci PiS i PO na prezydenta Warszawy prowadzą już kampanię, choć im formalnie nie wolno. Wolno by im było dopiero od momentu ogłoszenia daty wyborów (swoboda organu, ogłaszającego datę wyborów, w tym wypadku premiera, jest dość ograniczona, ponieważ datę wyborów wyznacza się na dzień wolny od pracy, przypadający nie wcześniej niż na 30 dni i nie później niż na 7 dni przed upływem kadencji rad). Bohater „Jeziora Bodeńskiego” i o tym mógłby mówić w swoim wykładzie:

A przewodniczący PKW błaga: „Nie prowadźcie wy jeszcze kampanii!”, a oni – prowadzą. Więc przewodniczący PKW krzyczy: „Nie prowadźcie kampanii, do jasnej cholery!”. A oni – prowadzą. Nie przez złość, tylko jakoś tak inaczej nie umieją.

(Złotówek szef PKW kazać płacić nie może – jest tu bezsilny. Może jedynie apelować.)

Byłby to jednak opis nieco niesprawiedliwy. Ani bowiem sędzia Hermeliński nie jest w tej historii postacią jednoznacznie negatywną, ani kandydaci. Pan sędzia robi to, co musi i co wynika z ustawy. Kandydaci robią to, co jest z ich punktu widzenia logiczne, pożyteczne i właściwe. Kto tu jest zatem negatywnym bohaterem? Jak to zwykle bywa – ustawodawca.

Polskie przepisy, dotyczące momentu rozpoczęcia kampanii wyborczej, podobnie zresztą jak te o ciszy wyborczej (do czego na pewno będę wracał, bo walczę z tym kuriozum od dawna) – to kategoria szczególna. Są to przepisy zarazem głupie, bezzasadne, niemożliwe do wyegzekwowania, narażające państwo i jego organy na kpiny, zbędne – i trwające mocą jakiegoś absurdalnego uporu prawodawcy.

Ograniczenie czasu trwania kampanii wyborczej do okresu po ogłoszeniu terminu wyborów miało służyć lepszej kontroli wydawanych na kampanię środków. Prowadzi jednak do sytuacji całkowicie absurdalnych – nie tylko, gdy idzie o wybory. Od miesięcy zastanawiałem się na przykład, dlaczego Kancelaria Prezydenta nie uruchomiła do tej pory specjalnego portalu, poświęconego inicjatywie referendalnej Andrzeja Dudy. Skoro prezydent chce zainteresować jak największą liczbę obywateli swoim projektem, powinien już dawno stworzyć w internecie miejsce, gdzie można by o zmianach w ustawie zasadniczej dyskutować, umieszczać swoje uwagi, spierać się. Gdzie pojawiałyby się komentarze konstytucjonalistów, analityków, publicystów, zwykłych ludzi. Tę dziwną sytuację wyjaśnił mi dopiero niedawno jeden z prezydenckich ministrów, tłumacząc, że dopóki Senat nie zatwierdzi wniosku prezydenta o przeprowadzenie referendum, nie da się wydać na nie legalnie żadnych pieniędzy, a żeby stworzyć specjalny portal z prawdziwego zdarzenia, trzeba by na to przeznaczyć konkretne fundusze. Tymczasem jakikolwiek wydatek z przeznaczeniem na kampanię referendalną można będzie zaksięgować dopiero po zatwierdzeniu daty głosowania. Można oczywiście uznać, że dla chcącego nie ma nic trudnego i dałoby się ten wymóg jakoś ominąć, ale zapewne z powodu pewnej ostrożności politycznej Kancelaria Prezydenta nie chce tego robić.

Jeszcze głupiej wygląda to w przypadku kampanii wyborczej – czy to samorządowej, czy jakiejkolwiek innej. W nowoczesnej demokracji, w epoce mediów społecznościowych, kampania – której definicji kodeks wyborczy zresztą nie zawiera – toczy się w praktyce cały czas. Wybrany dopiero co prezydent rozpoczyna ją właściwie następnego dnia po rozpoczęciu urzędowania i prowadzi przez cały jego okres. Patryk Jaki działał na rzecz swojej kandydatury, zasiadając na czele komisji reprywatyzacyjnej. Rafał Trzaskowski działał na rzecz swojej, krytykując PiS od przegranej PO w wyborach w 2015 roku. Andrzej Duda pracuje na swoją reelekcję od chwili, gdy usłyszał o wynikach wyborów w maju 2015 roku. To samo dotyczy rządu PiS oraz jego przeciwników.

Powie ktoś – i powie słusznie – że chodzi między innymi o to, by rządzący nie finansowali partyjnej agitacji publicznymi pieniędzmi oraz nie korzystali ze swojej uprzywilejowanej pozycji dla jej prowadzenia. Tak, to jest problem, ale nie jest to problem nie do rozwiązania. Istnieją kraje, gdzie te dwie sfery podlegają ścisłemu, wręcz ortodoksyjnemu rozgraniczeniu. Tak jest na przykład w Wielkiej Brytanii, gdzie wydatki związane z działalnością rządu nie mogą być w żaden sposób mieszane w wydatkami, związanymi z działalnością partyjną. Oczywiście – jak często przypominam – z faktu, że gdzieś istnieje jakieś rozwiązanie, nie wynika automatycznie, że jest ono dobre lub że da się i należy je wprowadzić w Polsce. W tym wypadku trzeba by dokładnie przeanalizować, czy to jest możliwe i na jakich zasadach. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że finansowa nieprzejrzystość polskiej polityki nie wynika z niemożności zmiany stanu rzeczy, ale z faktu, że jest dla wszystkich interesariuszy – poza podatnikami, rzecz jasna – niezwykle wygodna. Wielokrotnie wskazywałem, że nie ma żadnego racjonalnego ani technicznego powodu, dla którego partie polityczne nie mogłyby przedstawiać obywatelom swoich szczegółowych wydatków niemal na bieżąco. Jeśli się tak nie dzieje, to nie dlatego, że się nie da, ale dlatego, że to nikomu nie pasuje.

Jeśli w Polsce obowiązuje system subwencji dla partii politycznych (pomińmy tu pytanie, czy ma on sens czy nie; ja uważam, że subwencje mogłyby zostać, ale w zmienionej postaci), a faktyczna agitacja wyborcza trwa od momentu wyborów aż do kolejnej elekcji, czyli przez cały czas, to logiczne jest, że należy się pogodzić z tym, że będzie ona finansowana nie z jakiejś specjalnie rozliczanej puli pieniędzy, wydawanych jedynie przez limitowany czas, ale po prostu z funduszy poszczególnych partii w dowolnym okresie, przez całą kadencję. Oczywiście, to daje ogromne fory partiom istniejącym w systemie od dawna, ale to jedyne logiczne rozwiązanie. Jeśli uznajemy, że stawia ono w gorszej sytuacji ugrupowania mniejsze, nowe, niedysponujące subwencjami, to jest to argument za zmianą całego systemu. Ale póki on wygląda jak wygląda, oddzielanie puli wydatków kampanijnych wydaje się nie mieć sensu.

Odrębną natomiast kwestią jest odseparowanie – na ile się da, bo nigdy nie da się całkowicie – tego, co rząd robi jako rząd, a co robią jego członkowie jako członkowie tej czy innej partii. Być może należałoby wprowadzić zasadę, że w okresie kampanii wszelkie spotkania członków rządu z obywatelami – takie na przykład, jakie teraz odbywają politycy PiS – muszą być opłacane z funduszy partyjnych, chyba że dotyczą sytuacji kryzysowych (na przykład w przypadku protestów czy strajków).

W każdym razie, przy braku definicji kampanii wyborczej, jej ograniczanie do paru miesięcy między datą ogłoszenia terminu wyborów a ich przeprowadzeniem, jest absurdalne, z czego najpewniej zdaje sobie świetnie sprawę również sam sędzia Hermeliński.