Erotyczne pragnienie normalności

Doceniasz tę treść?

Polemika Anny Czepiel z tekstem Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin pt. „O pandemii wszyscy mówimy językiem Konfederacji”.

Jestem zwolenniczką szczepień, a nawet sprawdzania certyfikatów covidowych, jeżeli taka zdecydowana polityka miałaby nas rychło doprowadzić do normalności.

Dlaczego zatem postanowiłam polemizować z oskarżycielskim tonem tezy Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin, iż „o pandemii wszyscy mówimy językiem Konfederacji”? Dlatego, że marzenia o owej „normalności” w jej tekście – i w wielu podobnych – nie ma. Tekst Skrzydłowskiej-Kalukin wpisuje się w szerszą, obecną w mediach lewicowo-liberalnych tendencję, zgodnie z którą nie mówi się już o gratyfikacji w postaci namacalnego świata, stacjonarnego życia uniwersyteckiego i kulturalnego czy pokazywania całej twarzy zamiast ukrywania jej za maseczką. W nasilonej od jesieni publicystyce, którą mam na myśli, zamiast roztaczania wizji stopniowego przywracania normalności (m.in. wskutek pojawienia się łagodniejszego wariantu omikron) dominuje radość z piętnowania „egoizmu” innych oraz dzielenia na „ich” i „nas”, a także magiczne myślenie. Przykładem tego ostatniego jest obwinianie przez Skrzydłowską-Kalukin osób, które nie miały masek na noworocznym koncercie na świeżym powietrzu, o śmierć bliźnich, czy utożsamianie przez „Tygodnik Powszechny” osób nienoszących masek z ludźmi niezaszczepionymi. Z zanikiem mówienia o normalności skorelowany jest wprowadzony w Holandii w listopadzie, a zaostrzony w grudniu lockdown mimo 87 proc. wyszczepienia –  czy też wprowadzenie w Paryżu obowiązku noszenia masek również na świeżym powietrzu, również przez osoby zaszczepione. À propos stolicy Francji, jednym z wielkich zarzutów recenzentów wobec popularnego serialu „Emily w Paryżu” okazało się umiejscowienie akcji w warunkach niepandemicznych, tak jakby czymś nieodpowiedzialnym było już samo przedstawianie ludziom filmów przypominających czasy bez maseczek, pracy zdalnej i dystansu społecznego.

Tymczasem gros tego, co Skrzydłowska-Kalukin rozumie pod pojęciem „mówienia językiem Konfederacji”, to wcale nie sceptycyzm wobec szczepień, ale przede wszystkim zbiór intuicji i argumentów wiedzionych przez silne pragnienie powrotu do normalności, wręcz erotyczne pożądanie normalności, wciąż żywą pamięć o czasach sprzed marca 2020 roku. Sądzę, że to chronienie normalności przed zapomnieniem jest cenną wartością wnoszoną przez środowiska libertariańskie czy „bardziej prawicowe od PiS” grona narodowo-katolickie – a także przez „zwykłych” obywateli, którzy dziwnym trafem masowo lajkują newsy o poluzowaniu obostrzeń (np. w Irlandii), podczas gdy pod informacjami o obostrzeniach dominują „ikonki gniewu”. W przeciwieństwie do Skrzydłowskiej-Kalukin sądzę, że nie należy tego pragnienia normalności postrzegać w kategoriach „prymatu osobistych przekonań nad solidarnością społeczną”, ale potraktować jako przejaw filozoficznie doniosłego erosa naszej polis.

Pojmowanie przez autorkę „języka Konfederacji” jako czegoś szerszego i znacznie bardziej pozytywnego niż niechęć do szczepień widać choćby po fragmencie: „Narracja Konfederacji i tych, którzy podzielają jej poglądy w sprawie covidu, szczepień i maseczek, wygrywa. To oni nadają ton dyskusji i pośrednio wpływają na decyzje rządu. (…) [Facebook] usunął profil tej partii między innymi za to, że szerzy nieprawdziwe i szkodliwe treści na temat covidu i rozmiarów pandemii”. Widzimy, że nie chodzi tu o promowanie wyboru w sprawie szczepień, ale o nieokreślone „poglądy na temat rozmiarów pandemii” czy też kwestię masek. Widać to również w zdaniu Skrzydłowskiej-Kalukin na temat deportacji tenisisty Djokovicia: jego winą jest nie „sceptycyzm wobec szczepień”, ale „wobec covidu” (o ile upór Djokovicia w nieszczepieniu się jest dla mnie niezrozumiały, bo jako sportowiec przyjmuje pewnie wiele równie „ryzykownych” dla zdrowia suplementów diety, o tyle przypomina mi się jego całkiem słuszny upór i odwaga w organizowaniu turniejów wbrew lockdownowi – podczas których żaden sportowiec przecież na wirusa nie zginął).

Na podstawie tego, co publicystka rozumie przez „język Konfederacji”, można zatem podejrzewać, że grzechem jest podawanie w wątpliwość benefitów z noszenia masek czy też wskazywanie na humanistyczne pragnienie pokazywania twarzy. Grzechem jest apelowanie o przeniesienie ciężaru odpowiedzialności z osób chcących normalnego życia na osoby obawiające się wirusa (jeżeli ktoś się zaszczepił, dlaczego ma nie uczestniczyć w życiu społecznym? Jeżeli ktoś się boi wirusa, to czemu sam nie izoluje się w domu, tylko zmusza do tego wszystkich?). Grzeszy ten, kto głosi „szkodliwy pogląd na temat rozmiarów pandemii”, czyli zgodnie z prawdą podkreśla, że 98 proc. zakażonych nie umrze na covid (a wśród zaszczepionych ryzyko śmierci jest jeszcze mniejsze). Grzeszy ten, kto mówi zgodnie z prawdą, że wariant omikron (zgodnie z prawem biologii, według którego kolejne mutacje wirusów są mniej groźne, ale bardziej zakaźne) stanowi okazję do nabycia odporności zbiorowej i powrotu do normalności, jeżeli tylko nie dopadnie nas szalony pomysł, że nieważne jak łagodna jest choroba, musimy się zamknąć, aby uchronić siebie i innych przed jakimkolwiek dyskomfortem. Jeden z postów Konfederacji, które mogły spowodować usunięcie profilu przez Facebook, to wpis z 29 grudnia:  „Objawy Omikronu są takie, jak widzicie na obrazku [zmęczenie, ból ciała, bóle głowy, drapanie w gardle, lekkie przeziębienie], a według badań, które spływają z różnych stron świata (ostatnio RPA czy Szkocja) ryzyko hospitalizacji z powodu tego wariantu jest znacznie mniejsze. A teraz zestawcie to z ostatnimi komunikatami resortu zdrowia. (…) Prof. Horban, główny doradca premiera ds. COVID-19, ogłasza, że „nadchodzi tsunami”, a w ciągu kilku tygodni hospitalizacji będzie milion. (…) Dość już grania na emocjach, nakręcania histerii i paniki w społeczeństwie!”. Trudno się z tym „zasługującym na cenzurę” wpisem nie zgodzić.

* * *

Rozwińmy nieco zasygnalizowane powyżej wątki. Znamienne, że zamiast „mówić językiem Konfederacji”, czyli mówić z wnętrza pragnienia normalności, wielu publicystów – w tym Skrzydłowska-Kalukin – pisze wyłącznie o przetrwaniu czy o uniknięciu dyskomfortu z powodu nawet łagodnego przebiegu choroby. Wyjątkowe sytuacje śmierci na koronawirusa wielu komentatorów traktuje, jakby były opisem przeciętnego przebiegu covidu, naigrawając się – w sumie dlaczego? – z tych, którzy obstają przy prawdzie. Przykładem takiej dziwnej narracji jest niedawny tekst Marcina Kędzierskiego dla „Więzi”: „Warto mieć świadomość, że jednocześnie [omikron] wzmocni społeczne przekonanie, iż COVID-19 nie jest taki groźny. Własny katarek nie robi bowiem takiego wrażenia jak zgony nieznajomych, którzy zawsze umierali. A to, czy umrze 8, czy 12 tys. osób tygodniowo – dla większości z nas jest przecież kompletnie niezauważalne” – pisze Kędzierski. Chciałoby się, niczym Kallikles z Platońskiego „Gorgiasza”, odpowiedzieć na te słowa: „no żesz kurczę, bo tak jest!”. Omikron przebiega łagodniej niż poprzednie warianty, to jest fakt. Niektórzy umrą, to jest fakt. Ale jednak większość osób we własnym doświadczeniu poczuje omikrona jako katarek, co jest zgodne z obiektywnym prawdopodobieństwem, by tak rzec: z obiektywną prawdą na temat omikrona. Ale autor i tak próbuje straszyć i podsycać poczucie winy, że jesteśmy zbyt egoistyczni i indywidualistyczni, że za mało jest w Polsce zamykania szkół i uczelni.

Zamiast szanowania swojego i cudzego pragnienia powrotu do normalności podawane są wymarzone przykłady „ładu”. Michał Mańkowski z NaTemat.pl pisze, że wstydzi się Polski, bo niemożliwa jest tam następująca sytuacja: „Gdy w Luwrze przypadkiem z nosa zsunęła mi się maseczka, chwilę później stała przy mnie już pani z obsługi, która bardzo silvuple, żeby założyć ją poprawnie” (mowa tu o osobach zaszczepionych). Tego rodzaju przekazy są oczywiście wymieszane z krytyką „antyszczepionkowców”, aby tworzyć wrażenie, że krytykujemy wyłącznie tych, którzy nie chcą zdecydować się na preparat, a nie na przykład studentów, którzy chcą przychodzić na zajęcia i imprezy. Dziennikarz „Tygodnika Powszechnego” Michał Kuźmiński mówi: „W tramwaju czy pociągu widzę zadowolonych z siebie ludzi bez maseczek, w statystykach zaś rzesze niezaszczepionych. Nikt od nich niczego nie wymaga”. Jednak napisanie obok siebie wyrażeń „zadowolony człowiek bez maski w tramwaju” oraz „rzesze niezaszczepionych” (a dokładniej: 35 proc. Polaków) nie sprawi, że będzie mowa o tych samych osobach. Szkoda, że dziennikarzowi zabrakło wyobraźni, aby pomyśleć, że osoba, która ściągnęła maskę w tramwaju lub pociągu, mogła być osobą zaszczepioną, która uważa, że należy jej się logiczna i psychologiczna gratyfikacja za szczepienie – możliwość chodzenia bez maski, przywrócenie odczuć z czasów „normalnych”. „Zimna” dominacja paradygmatu medycznego pomieszana z kulturą ochrony każdego przed choćby małym dyskomfortem zdrowotnym – zamiast równoważenia jej innymi czynnikami, jak psychologia, podmiotowość i demokratyczność – każe tej grupie publicystów zrezygnować z mówienia o znaczeniu, jakie ma dla samopoczucia obywateli „Hobbesowska” psychologiczna gratyfikacja za realizowanie preferowanej przez rząd polityki. Stąd zaszczepieni nadal muszą nosić maseczki w tramwajach i sklepach, a szacowny uniwersytet organizuje zajęcia zdalne mimo deklarowanej wiary w naukę, czyli mimo pochwalenia się, że wyszczepione jest ok. 90 proc. jego studentów i pracowników. Do tak nielogicznych decyzji dochodzi dlatego, że przecież istnieje jakieś (choćby małe) ryzyko zarażenia kogoś (mimo iż prawdopodobieństwa śmierci na wirusa jest bardzo, bardzo niskie). „Fake Hunter” Polskiej Agencji Prasowej dwoił się i troił, aby postępowanie prof. Horbana, który zdjął maseczkę podczas konferencji w czerwcu, „bo jesteśmy zaszczepieni”, ukazać jako coś, z czego nie powinniśmy brać przykładu.

Zamiast piętnować „egoizm” i „samozadowolenie”, należy zastanowić się, czy samowolne luzowanie obostrzeń przez obywateli w Polsce (słynna „maska pod nosem” czy otwieranie szkół na Podhalu mimo rządowego zakazu nauki stacjonarnej) oraz masowe protesty antycovidowe na Zachodzie nie wynikają z faktu, że ludzie czują się oszukani przez rząd i media zniknięciem normalności z horyzontu. Może gdyby zaszczepiony nie musiał nosić maski, program szczepień byłby bardziej wiarygodny? Może gdyby więcej uczelni – tak jak ostatnio Uniwersytet Rzeszowski – „decyzjonistycznie” postanowiło o przywróceniu zajęć stacjonarnych, inne instytucje poszłyby za nimi?

Kolejną niekonsekwencją, która może utwierdzać ludzi w przekonaniu, że przeciwnicy „języka Konfederacji”, rzekomo promujący szczepienia, są tak naprawdę tylko „zwolennikami obostrzeń i piętnowania indywidualizmu”, jest ich nadmierne zatroskanie zgonami w sytuacji, gdy umierają głównie niezaszczepieni. Jak podaje TVN-owski Konkret24, odkąd zaistniała możliwość przyjęcia preparatu, ponad 70 proc. wszystkich zgonów na COVID dotyczy osób, które nie przyjęły szczepionki. Skrzydłowska-Kalukin uszczegóławia te dane: „90 procent 44-letnich i młodszych ofiar to osoby niezaszczepione. Gdyby szczepienia były powszechne, czwarta fala mogłaby mieć inne statystyki”. Pokutuje w tym komentarzu mało elastyczny sposób myślenia: obostrzenia dla wszystkich muszą istnieć z troski o życie niezaszczepionych albo z troski o „statystyki”. Niechęć do normalności jest tak wielka, że w takiej sytuacji nie uruchamiamy jej (przez co rozumiem brak masek, szkołę i studia w trybie stacjonarnym itd.) nawet dla zaszczepionych. Czy jednak zamiast tego w świetle powyższych statystyk nie można uznać, że pacjenci niezaszczepieni – ci zewsząd krytykowani w mediach liberalnych „foliarze” i „ignoranci” – sami są winni swojej śmierci, bo nie słuchali rozstrzygnięć nauki? Sądzę, że przesadzanie z empatią wobec niezaszczepionych jest przyczyną oddalania wizji normalności i skupiania się na wytykaniu egoizmu tym, którzy chcą żyć normalnie, bo nie daj Boże mogą po drodze zarazić niezaszczepionego. Taką nadmiernie empatyczną tendencję – która być może jest jakąś osobliwą formą syndromu sztokholmskiego – doskonale pokazuje zdanie Pauli Skalnickiej z newslettera „Gazety Wyborczej” (26 listopada): „Co z tymi, którzy nie przyjęli pierwszej dawki? Najpewniej zachorują albo już zachorowali. Część próbuje leczyć się na własną rękę, np. amantadyną”. Widać tu jakąś tajemniczą troskę o to, aby niezaszczepiony uniknął choroby i leczył się właściwie – zamiast mówienia, że ewentualny ciężki przebieg covidu jest własną sprawą niezaszczepionego, podczas gdy zaszczepionym warto pozwolić na skok w normalność. Ta troska sprawia, że autorka mimo wściekłości, iż jej córka „od ponad tygodnia uczy się zdalnie, bo u jednego z pracowników jej szkoły test potwierdził zakażenie koronawirusem. Dzieci miały wrócić do ławek dzisiaj – ale okazało się, że kolejna osoba jest chora. I jeszcze jeden tydzień siedzenia w domu. A potem pewnie następny i następny” – nie kwestionuje irracjonalności przepisów, według których wykrycie jednej osoby z wirusem o niskiej śmiertelności skutkuje unieruchomieniem w domu wszystkich uczniów i pracowników szkoły (większość dzieci z natury przechodzi covid łagodnie, a jeżeli dorośli członkowie rodziny dziecka się zaszczepili, statystycznie również nie mają się czego obawiać; nawet większość niezaszczepionych przejdzie wirusa łagodnie lub bezobjawowo).

* * *

W kwestii docenienia „erotycznego pragnienia normalności” – i braku tego wątku w tekście autorki „Kultury (nomen omen) Liberalnej” – można wygłosić następujący, bardziej ogólny sąd. Otóż liberalizm, który nie gwarantuje takiego stylu życia, jaki ludzie znali od urodzenia, choćby w postaci ukazywania twarzy w miejscach publicznych – i liberalizm, który w ramach wołania do „wprowadzania obostrzeń mimo kosztów politycznych” lekceważy drożyznę, do której przyczyniły się lockdowny – to liberalizm nieumiarkowania i nierównych relacji: liberalizm, w którym Inny nie jest już osobą, z którą mogę się w jakiejś mierze porozumieć, zharmonizować swoje interesy, ale bożkiem, świętą krową, przed którą mam się ukorzyć, wysilać się, aby ogołocić ją z najmniejszego ryzyka i dyskomfortu. A raczej: świętą krową jest odległe ryzyko zakażenia owego Innego. Przez krytyków „mówienia językiem Konfederacji” odbierana jest także doniosłość indywidualnej decyzji: założenie maseczki czy unikanie tłocznych miejsc na uprzejmą prośbą kogoś (np. domownika) bojącego się zakażenia jest gestem przyjaźni, czynem jakościowo innym niż nakaz obowiązkowego paradowania w masce przez wszystkich obecnych w danym miejscu, nawet zaszczepionych czy ozdrowieńców. Tak samo jak prawne zmuszenie kobiety do urodzenia dziecka z wadą letalną jest żądaniem heroizmu, podczas gdy suwerenna decyzja rodziców o opiece nad takim noworodkiem jest godna podziwu.

Urzekł mnie fakt, że w jednym z niedawnych newsletterów wspomnianego już „Tygodnika Powszechnego” tekst Macieja Müllera, w którym autor utożsamia z „agresywną skrajną prawicą” i „antyszczepionkowcami” w większości pokojowe (według zagranicznych mediów) protesty w Belgii, Holandii i Chorwacji przeciwko restrykcjom, figuruje tuż obok wywrotowo-emancypacyjnego artykułu Zuzanny Radzik o – stanowiącej według niej naukę na dziś – sprawczości starożytnych chrześcijańskich kobiet; o tym, że były one kapłankami. Obecność linków do tych tekstów obok siebie jest doskonałym symbolem konfliktu dwóch światów wartości – konfliktu, przed którym staje dziś każde liberalne medium. Po jednej stronie widzimy patriarchalne utożsamienie „zadowolonego z siebie bezmaseczkowca” z „egoistą, antyszczepionkowcem i neofaszystą”, a po drugiej stronie o dochowanie wierności błaga umiłowanie wolności, odwagi, bystrości, spontanicznego uczestnictwa i indywidualnego odczuwania wartości.

* * *

„Kultura Liberalna” bez uzasadnienia odmówiła publikacji powyższej polemiki, która – warto dodać – stanowiła również reprezentację tej części demosu, która krytykowała tekst Skrzydłowskiej-Kalukin w mediach społecznościowych „KL”. Decyzją o odmowie publikacji redakcja pogłębiła, jak sądzę, stan „braku dyskusji między światami”, tzn. utrudnionej możliwości wzajemnego wysłuchania się i odniesienia się do siebie stron, bo każda ma swoje własne media. „Kultura Liberalna”, nie chcąc dopuścić do głosu innych poglądów znajdujących się w obrębie liberalizmu, pogłębiła w ten sposób polaryzację społeczną, przeciwko której deklaratywnie walczy w wielu publikacjach.

 

Anna Czepiel – filozofka i politolożka. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Warszawskiego, studiowała także na UKSW, w Genewie i Leuven. W latach 2007–2019 współpracowała z Forum Obywatelskiego Rozwoju. Autorka książek „Szczęśliwy człowiek kontra dobry obywatel?” (2018) oraz „Ontologia symetryzmu” (2021).

Inne wpisy tego autora