Odyseja pocztowa z listem poleconym w tle

Doceniasz tę treść?

W PRL-u normą było, że kupowało się buty, które psuły się w pierwszej godzinie użytkowania, pomarańcze przyjeżdżały tylko na święta zza wielkiej wody, a mieszkańców socjalistycznych rajów poznawano w krajach kapitalistycznych po szaroburych walizkach i takichże ubraniach. Wspomnień czar!

Lata minęły, mury runęły, a polska gospodarka stała się czempionem wzrostu, odnotowując drugi po Korei Południowej najwyższy wzrost PKB w historii świata. Jednakże nostalgiczną podróż można wciąż odbyć, korzystając z usług niektórych spółek Skarbu Państwa. W ostatnim czasie głośno zrobiło się o kłopotach finansowych monopolisty na rynku pocztowym – Poczty Polskiej.

Przemysław Sypniewski, były prezes spółki, który odszedł z niej na znak protestu przeciwko wyborom kopertowym, szacuje, że straty firmy za rok 2023 mogą sięgnąć 700 mln zł, natomiast Rzeczpospolita wycenia je nawet na 800 mln zł. Co więcej, wraz ze wzrostem pensji minimalnej od stycznia 2024 r., PP musi znaleźć kolejne 700 mln na podwyżki dla pracowników, których oczywiście w budżecie brakuje. Dlatego związkowcy z Solidarności alarmują, że 80 proc. zatrudnionych w Poczcie Polskiej może zarabiać poniżej minimum krajowego oraz że „traci [ona] możliwość sprawnego działania”, a „pracownicy pozbawieni są motywacji do pracy”. Biuro prasowe Poczty Polskiej zapewnia, że spółka nie złamie przepisów o płacy minimalnej. Jednak także od związkowców wiemy, iż praktyką jest mniejsza kwota na umowie, którą dopełnia się dodatkiem lub premią. Czy jednak premia nie powinna być motywowana wynikami?

To tyle z punktu widzenia pracownika, a teraz zastanówmy się nad perspektywą klienta PP. Załóżmy, że moje doświadczenie z tą firmą jest tożsame z doświadczeniami innych petentów. Ma się ono mniej więcej tak: mimo że w domu ZAWSZE ktoś jest, to listonosz jeszcze nigdy nie zadał sobie trudu, żeby zadzwonić domofonem, by poinformować o przesyłce, a zamiast tego zostawił awizo. W związku z tym nadkładam drogi po pracy i śpieszę się, żeby zdążyć na pocztę przed zamknięciem. W środku na półkach pełno wszystkiego, co nie jest związane z przesyłkami: lizaków, leksykonów grzybów, tanich thrillerów i portretów Jana Pawła II. Gdy próbuję coś tutaj załatwić, to, parafrazując Tuwima, zaczynam rozumieć na nowo pojęcia takie jak: nieskończoność i bezgraniczność. Choć jestem trzecią osobą w kolejce, idzie ona tak wolno, że marsz ten nazwałabym „Stąd do wieczności”.

Gdy w końcu udaje mi się pokonać ten metafizyczny dystans, sprawy nie mają się lepiej. Pani w okienku kręci nosem, nie bardzo może/chce znaleźć moją przesyłkę poleconą. Zachęcam ją zarówno uśmiechem, jak i werbalnie. Jest, udało się ją znaleźć! Jednak pani coś jeszcze wpisuje w systemie i dalej nie wydaje listu, a ja zauważam, że nie bardzo umie posługiwać się komputerem. Dopinguję ją znowu uśmiechem i podpowiadam, że zatwierdza się enterem. No tak, łatwizna! Oddycham z ulgą, ale czeka mnie jeszcze złożenie kilku podpisów. Podpisuję „optaszkowane” miejsca na papierze, a pani podsuwa mi jeszcze tablet. Po co podpisywać na papierze i elektronicznie odbiór tego samego dokumentu? Nie wiem. Wolę nie pytać, żeby nie przedłużać. W końcu nie bez pewnego poczucia zwycięstwa odbieram list i otwieram go. To powiadomienie o kwocie podatku od nieruchomości do zapłacenia. Czy naprawdę musiałam stracić godzinę życia na coś, co można by po prostu odebrać za pośrednictwem Profilu Zaufanego?

Przedstawionej tu historii, choć nie pozbawionej dramatyzmu, trudno nie zestawić z usługą prywatnych doręczeń przesyłek. Zarówno poprzez kuriera, jak i maszynę czynność ta trwa dosłownie kilka sekund. Do tego nie trzeba ścinać lasów ani specjalnie gdzieś chodzić – wszystko załatwia za nas kilka kliknięć w aplikacji. Cały proces jest łatwy, tani i wydajny. Dlaczego więc nie mogłoby to tak wyglądać w przypadku wszystkich przesyłek i listów?

Kilka lat temu znany był przypadek jednej z firm, która postanowiła rzucić wyzwanie państwowemu molochowi. Poczta Polska miała monopol na przesyłki poniżej 50 g, dlatego prywatne przedsiębiorstwo dołączało do każdego listu blaszkę o dokładnie takiej wadze. Choć po pewnym czasie spółka zrezygnowała ze świadczenia usług, to anegdota ta stała się symbolem tego, jak przedsiębiorczy Polacy wykiwali łupieżcze państwo.

Polskie firmy często biorą szturmem zagraniczne rynki. Są lepsze, tańsze i bardziej elastyczne w stosunku do potrzeb klientów niż niejedna spółka z dużo bogatszych i bardziej rozwiniętych krajów. Dlatego sobie i innym rodakom życzę, żebyśmy mogli w końcu przestać utrzymywać ten relikt komunizmu z naszych podatków i dali działać prywatnym podmiotom, które potrafią dopasować usługi do klientów i XXI wieku.

Inne wpisy tego autora

A ja waszej wysokości odbiorę Niderlandy

W Holandii upadł wieloletni rząd premiera Ruttego głównie przez problem z imigracją, forsowanie polityki klimatycznej oraz podwyższone koszty życia. Wygrała partia konserwatywna o dość enigmatycznym