Celebroza
Łukasz Warzecha 26.06.2019

Podróże kształcą. Niekoniecznie te dalekie, mogą też być całkiem bliskie, tak jak moja niedawna podróż do Dębicy, jednego z dynamicznych miast na Podkarpaciu. Pojechałem tam na zaproszenie Dębickiego Klubu Biznesu, wziąć udział w dorocznej (organizowanej już od dekady) Gali „Działaj lokalnie”. Takie lokalne inicjatywy trzeba szanować, cenić i hołubić, bo mają znacznie większą wartość niż oficjalne, centralnie sterowane przedsięwzięcia.

 

Podczas gali poznałem starostę dębickiego, Piotra Chęćka. Pan starosta zwrócił mi uwagę na interesujący paradoks, związany z piastowaniem lokalnych stanowisk samorządowych. Przepraszam, jeśli to, co opiszę, jest dla niektórych P.T. Czytelników oczywiste, ale nie musi takie być dla tych, którzy patrzą na samorząd z zewnątrz albo widzą go jedynie na poziomie większego miasta, gdzie struktury są bardziej rozbudowane, a rządzi wielka polityka.

Rzecz jest pozornie banalna, a jednak istotna. Starosta powiedział mianowicie, że ogromną część urzędowego czasu zabierają mu obowiązki reprezentacyjne: otwarcia, odsłonięcia, uroczystości pamiątkowe, rocznice, poświęcenia, dożynki, uruchomienia i tak dalej. W dużym powiecie jest tego tak wiele, że zaczyna to poważnie utrudniać skuteczne zarządzanie, nawet bowiem jeśli urzędnik pozostawi w biurze swoich podwładnych, to ci będą musieli się z nim kontaktować, a to też jest utrudnione. Odbieranie telefonu czy odpisywanie na wiadomości w czasie różnego rodzaju uroczystości bywa niemożliwe, zdarza się zaś, że urzędnik spędza na takich okazjach cały dzień.

Nie jest to też kwestia dobrej organizacji pracy, bo natłok okazji oficjalnych jest tak duży, że nawet mistrz porządkowania własnych obowiązków nie dałby rady ich upchnąć w czasie wolnym od uroczystości.

Wydawałoby się – nic prostszego niż oddelegować do udziału w uroczystościach zastępcę albo nawet specjalnie mianowanego urzędnika, zajmującego się tylko takimi sprawami. Ale to nie jest rozwiązanie, bo oczekiwanie uczestników i organizatorów różnego rodzaju uroczystości jest takie, że przybędzie na nie sam główny urzędnik, w tym wypadku starosta, a nie jakiś jego zastępca. Ba, oddelegowanie zastępcy może być wręcz odczytane jako zniewaga albo lekceważenie. A przecież o wsparcie lokalnej społeczności trzeba zabiegać.

Tu przypomina mi się, co usłyszałem niedawno od Rogera Scrutona – brytyjskiego konserwatywnego filozofa, publicysty, pisarza podczas jego wizyty w Polsce. Sir Roger został przy tej okazji odznaczony przez prezydenta RP Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi RP. Brytyjczyk, postponowany we własnym kraju (o tym piszę w najnowszym wydaniu „Do Rzeczy”), znakomicie czuje się w Europie Środkowej, a zwłaszcza w Polsce. Narzekał tylko na jedną rzecz: długaśne przemówienia przy każdej okazji, poprzedzone równie długim wymienianiem tytułów wszystkich możliwych obecnych oficjeli.

Wyjaśniłem, że tytułoza i celebroza nie jest w Polsce niczym nowym. Wszak już w XVIII wieku, po I rozbiorze Polski, odpadły od naszego państwa liczne województwa, ale urzędy z nimi związane nadal istniały – ba, przyznawano nawet przynależne im tytuły kolejnym osobom, które obnosiły je z dumą, jakkolwiek tytuły te nie miały już najmniejszego praktycznego znaczenia. Takie historie znajdziemy między innymi w „Pamiątkach Soplicy” Henryka Rzewuskiego. Mania tytułów, godności, zaszczytów nie zaczęła się zresztą w Polsce w XVIII wieku, datować ją można znacznie wcześniej, przynajmniej od wieku XVII.

Opowieść dębickiego starosty uświadomiła mi, że nic się nie zmieniło. Polska cierpi na celebrozę, która jest niestety przejawem przewagi pustej formy nad treścią (tu znów, po Rzewuskim, kłania się Gombrowicz, który przecież na „Pamiątkach Soplicy” wzorował styl swojego „Trans-Atlantyku”). Można sobie wyobrazić otwarcie kładki nad jezdnią czy odsłonięcie stojaka rowerowego przy udziale wszystkich możliwych lokalnych dostojników, gdy ich przedstawianie i przemówienia, opisujące historię lokalnej społeczności od czasów Piasta Kołodzieja, będą trwać prawie tak samo długo jak budowa odsłanianej instalacji.

Zerknijmy do „Pamiątek Soplicy”. W opowiadaniu „Król Stanisław” dostajemy opis wizyty króla Stanisława Augusta w Nowogródku w roku 1784.

W dniu tym był wielki obiad dany królowi przez szlachtę w kościele ojców dominikanów. Więcej nas tysiąca siedziało za stołem. Przykro nam było, że król rad nierad wielkie grzeczności wyświadczać musiał jednemu z obcych książąt, kazał jego na obiad zaprosić i posadził go tuż przy sobie. Bo kiedy dzieci ojca przyjmują, nieradzi wtedy, by cudzy do nich się przymięszał. Tam wedle starego obyczaju urzędnicy województwa wzięli się do służby, a na czele ich W. Chryzostom Rdułtowski, nasz chorąży. Pan Benedykt Imieniński, mieczny nowogródzki, stał przy królu z pałaszem dobytym. Pan Hipolit Korsak i pan Michał Ginter, jeden stolnik, drugi podstoli, zajęci kuchnią, zastawiali półmiski przed królem, podawali je i chleb mu krajali. Pan Jan Kiersnowski, cześnik, przynosił butelki i korki dobywał, a pan Antoni Zwierowicz, podczaszy, nalewał wino królowi, którego butelka więcej sta złotych kosztowała, a nalewał go w malutki kieliszek, gdyż król nie był wezwyczajony do trunku, owszem, brzydził się w nim zbytkować. Pan Wojciech Płaskowicki, krajczy, rozbierał pieczenie i krajał mięsiwa królowi przeznaczone. A inni urzędnicy między sobą podzielili dozór nad hajdukami pańskimi i inną liberią, z rozmaitych dworów obywatelskich zebraną dla publicznej usługi. Podzielili ich na oddziały tak, że każdy oddział miał nad sobą urzędnika. Srebra były zbierane z całego województwa, ze wszystkich jego posesjonatów, co z herbów można było poznać, a nad tym kosztownym kredensem miał dozór pan Ignacy Rewieński, prezes sądu ziemskiego.

Piękne to bardzo i wzruszające, tylko całkowicie niepraktyczne. A zwróćmy uwagę, że każdy obecny tam obywatel miał swój urząd i godność.

Czy nam to czegoś nie przypomina? Celebroza ma w Polakach mocne, wielowiekowe umocowanie. A przecież scena z „Pamiątek Soplicy” rozgrywa się 12 lat po pierwszym rozbiorze i ledwo nieco ponad dekadę przed całkowitym upadkiem Rzeczypospolitej. Czy zatem to nie jest trwająca w nas od wieków metoda kompensacji realnych deficytów? Czy nie ma czegoś chorobliwego w tym, że od włodarzy – niekoniecznie tych na szczeblu lokalnym, ale i wyżej – oczekujemy bardziej celebry niż realnego działania? Czy wreszcie nie jest to opis całej naszej współczesnej polskiej polityki, która skupia się głównie na symbolice zamiast na realnych, konkretnych działaniach? Przecież – wracając do opowieści starosty dębickiego – mieszkańców tegoż powinno dużo bardziej interesować, czy powiat jest dobrze zarządzany, nawet gdyby starosta miał się pojawić na dwóch uroczystościach w roku, poza tym nie wytykając nosa ze swojego biura.

Do słynnej i celnej frazy Bartłomieja Sienkiewicza (był to rzadki przykład jak najostrzejszej samokrytyki), że państwo polskie jest teoretyczne, można by dodać, że istnieje również symbolicznie w sferze celebrozy. Z istnieniem praktycznym niestety wciąż mamy problem.

 

P.S. Gdyby ktoś był w Dębicy, zachęcam do odwiedzenia lokalnego Muzeum Regionalnego, stworzonego po latach starań, mieszczącego się w budynkach dawnej jednostki wojskowej. Muzeum jest nieduże, ale ciekawe i znać w nim duże zaangażowanie. Robi wrażenia plenerowa kolekcja postkomunistycznego sprzętu wojskowego, a wystawa pokazująca historię miasta pokazuje głęboko w przeszłość sięgającą tożsamość.