Ch…, d… i kamieni kupa, wersja 2.0
Łukasz Warzecha 05.01.2020

„Państwo z dykty”, „państwo teoretyczne”, wreszcie „ch…, d… i kamieni kupa” – to określenia, którymi włodarze Polski czasów PO opisywali poniekąd własne osiągnięcia, rozmawiając szczerze w zaciszu tej czy innej restauracji, co zostało utrwalone na nagraniach ujawnionych potem przez „Wprost”. PiS wygrało wybory między innymi dlatego, że obiecywało z teoretycznym państwem skończyć. Państwo rządzone przez ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego miało być silne, sprawne, dopięte na ostatni guzik. PiS miało na to już ponad jedną kadencję. To naprawdę wystarczająco długo, żeby naprawić państwo przynajmniej w podstawowych kwestiach. Jedną z takich podstawowych spraw jest działanie centralnej administracji, od którego wielokrotnie zależy stabilność otoczenia biznesowego, ale także życie obywateli, którzy żadnych interesów nie prowadzą, ale chcieliby na przykład mieć pewność, że prawo nie zmieni się w najbliższym czasie sto razy w ważnych dla nich sprawach.

 

A jak jest?

Przykład pierwszy: ustawa o zmianie ustawy o transporcie drogowym oraz niektórych innych ustaw, zwana potocznie „lex Uber”. Sama ustawa jest względnie liberalna, czego najlepszym dowodem może być, że nie byli nią zachwyceni taksówkarze, naciskający na władzę, żeby zagwarantowała im faktyczny monopol, oczywiście kosztem klientów. Jak do większości ustaw, tak i do tej konieczne są rozporządzenia, w tym wypadku szczegółowo definiujące między innymi warunki, jakie mają spełniać aplikacje, które ustawa dopuszcza w miejsce tradycyjnych kas fiskalnych. Stworzenie takiej aplikacji to nie jest miesiąc pracy ani nawet nie dwa. Aplikacja musi nie tylko spełniać warunki stawiane przez państwo, ale musi być też łatwa w obsłudze, kompatybilna z urządzeniami, na których ma działać i pozwalać na bezproblemową obsługę klienta. Wszystko to wymaga kilku miesięcy testów. To z kolei oznacza, że ustawodawca, a następnie władza wykonawcza powinni pozostawić przedsiębiorcom odpowiednio długi czas od momentu pojawienia się rozporządzeń do chwili, gdy prawo zacznie obowiązywać.

Tymczasem ustawa weszła już w życie, rozpoczął się trzymiesięczny zaledwie okres przejściowy, a rozporządzeń ministrów cyfryzacji i finansów jak nie było, tak nie ma. Przedsiębiorcy przewozowi nadal nie wiedzą, jakie kryteria mają spełniać aplikacje.

Przykład drugi: System Rejestracji Broni. O powstaniu SRB, zgodnie z unijną dyrektywą (zwaną „dyrektywą Bieńkowskiej”) zdecydowała nowelizacja „Ustawy o wykonywaniu działalności gospodarczej w zakresie wytwarzania i obrotu materiałami wybuchowymi, bronią, amunicją oraz wyrobami i technologią o przeznaczeniu wojskowym lub policyjnym”, przeprowadzona w drugiej połowie ubiegłego roku. To jedna z dwóch ustaw o zasadniczym znaczeniu dla cywilnego środowiska strzeleckiego, przy czym ta w mniejszym stopniu dotyka samych strzelców, natomiast w znacznie większym przedsiębiorców, zajmujących się sprzedażą broni lub rusznikarstwem. SRB poświęcony jest cały Dział IV ustawy w jej obecnej postaci. Art. 103. ustawy mówi, że „SRB jest rejestrem centralnym, prowadzonym w systemie teleinformatycznym”. W praktyce oznacza to, że od 14 grudnia (taki termin wejścia w życie niektórych artykułów ustawy, odrębny od całości aktu, ustalono, w tym tych o SRB) cały obieg dokumentów, dotyczących rejestracji i sprzedaży broni powinien się odbywać w ramach SRB. Nie powinno już być papierowych tzw. promes na kupno broni dla użytkowników cywilnych, a w każdym sklepie z bronią komputer powinien mieć końcówkę SRB.

Tyle że SRB nie ma. Nie to, że nie działa albo się zepsuł – akurat taką sytuację ustawodawca przewidział. Nie przewidział natomiast, że po dacie wejścia w życie przepisów systemu po prostu nie ma. Nie istnieje. Nie ma go w tym sensie, że nie zostało nawet stworzone oprogramowanie. Policjanci w Wydziałach Postępowań Administracyjnych po staremu wypisują papierki. Mało tego – rejestrowanej broni nie oznaczają zgodnie z wymogami ustawy (i dyrektywy), czyli zgodnie z jej cechami (kaliber, sposób działania), lecz po staremu – zgodnie z przeznaczeniem („broń do celu”). Także dlatego, że równolegle obowiązuje Ustawa o broni i amunicji w starej postaci, która jest w tej chwili kompletnie niekompatybilna z nową Ustawą o wykonywaniu działalności… i z dyrektywą UE.

Przedsiębiorców obracających bronią pozostawiono w zasadzie samym sobie, nie uprzedzając ich nawet, że system nie będzie gotowy. Według posiadanych przeze mnie informacji opóźnienie jego wdrożenia może być gigantyczne, bo dopiero w ciągu najbliższych miesiącach rozpoczną się prace nad teoretycznymi podstawami jego działania i zostanie rozstrzygnięty przetarg na firmę, która będzie go miała zbudować. Gdy SRB w końcu wejdzie w życie, nie wiadomo, jak z „zaległymi” transakcjami – czyli tymi, które teoretycznie od 14 grudnia 2019 powinny już być wprowadzane do systemu – będą sobie mieli poradzić przedsiębiorcy. Zdaje się, że w MSWiA nikt się nad tym nie zastanawia.

Przykład trzeci: system rejestracji odpadów, czyli BDO. To już prawdziwy tryumf bzdurnej biurokracji nad zdrowym rozsądkiem i jawna kpina socjalistycznego rządu z własnych słów o ułatwianiu życia przedsiębiorcom. Ministerstwo Środowiska, które wcześniej odpowiadało za prace nad BDO (teraz zajmować się nim będzie moje ulubione Ministerstwo Klimatu) wyjaśniało, że system ma zapobiegać nieprawidłowościom w przetwarzaniu odpadów. Proszę to właściwie odczytać: żeby uszczelnić fatalny system, którego skutkiem są horrendalne podwyżki kosztów wywozu odpadów, a który PiS przejęło po Platformie, po czym jeszcze doprawiło kolejnymi bzdurnymi regulacjami (od stycznia mamy kolejną obowiązkową frakcję) – na przedsiębiorców narzucono kolejny obowiązek sprawozdawczy, grożąc im karami nawet do miliona złotych, zarazem nie informując wyraźnie i w prosty sposób, kto w BDO rejestrować się musi, a kto nie.

Ewidencja odpadów istniała już oczywiście wcześniej, przed uruchomieniem elektronicznego BDO z indywidualnymi kontami dla przedsiębiorców, i była także wykwitem chorej biurokracji. Na specjalnych kartach przedsiębiorcy musieli oddzielnie ewidencjonować każdy rodzaj odpadów. Nie miejsce tu, żeby wdawać się w drobiazgowe rozważania. Istotne jest, że ewidencjonowanie odpadów w taki sposób, w jaki wymyślił to sobie obecny rząd, to trudny wręcz do uwierzenia rak biurokracji, obciążający ludzi, którzy zamiast tego powinni mieć po prostu czas na zajmowanie się swoją firmą zamiast spisywania, ile wytwarzają odpadów z kartonu, ile z plastiku, a ile w postaci płynów.

Oto państwo teoretyczne w całej krasie. Siła państwa nie bierze się z buńczucznych deklaracji polityków czy płomiennych przemówień prezesa. Nie bierze się też z wojenek, toczonych za pomocą ustaw o to, kto ma obsadzać najważniejsze urzędy w sądownictwie. Nie jest silne to państwo, które najwięcej krzyczy, jakie jest silne. Prawdziwą siłę i jakość państwa buduje między innymi poważne traktowanie ludzi, pracujących na jego pomyślność. Oczekiwanie, że ministerstwa będą na czas wydawać niezbędne rozporządzenia, że system zapisany w ustawie będzie gotowy na czas oraz że przedsiębiorcy nie będą obciążani rozdętą do montypythonowskiego absurdu biurokracją naprawdę nie jest nadmierne. Właściwie to oczekiwania minimum. Tych minimalnych oczekiwań państwo nie jest w stanie spełnić po ponad czterech latach rządów partii, która chełpiła się, że fraza „ch…, d… i kamieni kupa” nigdy nie będzie opisywać ich własnych działań.