Cisza wyborcza – absurdalna i groźna
Łukasz Warzecha 26.06.2020

W maju ubiegłego roku portal TVP Info pisał: „O północy rozpoczęła się cisza wyborcza przed wyborami do Parlamentu Europejskiego; potrwa do końca niedzielnego głosowania. Za jej złamanie grozi nawet 1 mln zł grzywny. Zabronione jest publikowanie sondaży, agitowanie na rzecz konkretnych kandydatów i list. Zakaz obowiązuje też w internecie”.

 

Jeden nagłówek, a tyle przeinaczeń i nieprawd. W tym roku będziemy zapewne widzieć podobnie naciągane informacje. Po pierwsze – milion złotych grozi wyłącznie za publikację sondaży. Za agitację grozi najwyżej grzywna do 5 tys. złotych na podstawie kodeksu wykroczeń. Zaś słowa „zakaz obowiązuje też w internecie” nijak nie opisują prawnej czarnej dziury, która tu zieje.

Z wyborów na wybory cisza wyborcza jawi się jako coraz większy idiotyzm. Widzą to wszyscy – nikt nic z tym nie robi. Argumenty przeciwko są konkretne – zebrałem w tym tekście te, które pokazuję od lat. Argumenty za są mgliste i obłe, sprowadzają się do stwierdzenia, że ludziom się cisza podoba, bo sobie mogą odpocząć.

Co gorsza, cisza wyborcza opiera się – znowu – na założeniu, że obywatele są idiotami. Idiotami, którzy mają zarazem czynne prawo wyborcze.

Przepisy o ciszy wyborczej zawarte są w rozdziale 12. Kodeksu wyborczego, w artykułach 107 i 115. Ten pierwszy powiada:

W dniu głosowania oraz na 24 godziny przed tym dniem prowadzenie agitacji wyborczej, w tym zwoływanie zgromadzeń, organizowanie pochodów i manifestacji, wygłaszanie przemówień oraz rozpowszechnianie materiałów wyborczych jest zabronione.

Ten drugi mówi:

Na 24 godziny przed dniem głosowania aż do zakończenia głosowania zabrania się podawania do publicznej wiadomości wyników przedwyborczych badań (sondaży) opinii publicznej dotyczących przewidywanych zachowań wyborczych i wyników wyborów oraz wyników sondaży wyborczych przeprowadzanych w dniu głosowania.

Do tego dochodzi definicja agitacji wyborczej, którą zawiera art. 105. i która brzmi:

Agitacją wyborczą jest publiczne nakłanianie lub zachęcanie do głosowania w określony sposób, w tym w szczególności do głosowania na kandydata określonego komitetu wyborczego.

Zabronione jest zatem podawanie sondaży oraz agitacja – publiczne nakłanianie do głosowania w określony sposób. Jako żywo, nie jest zatem agitacją analiza sytuacji kandydatów. Ba, nie byłaby nią nawet krytyczna analiza. Na przykład stwierdzenie, że Rafał Trzaskowski jest fatalnym prezydentem Warszawy, więc i Polską będzie słabo rządził, albo oznajmienie, że Andrzej Duda jest zależny od Naczelnika, więc będzie skrajnie partyjną głową państwa nie jest przecież „namawianiem do głosowania w określony sposób”. Nie jest nim też zachęcanie do niegłosowania, bo niegłosowania kodeksowa definicja agitacji wyborczej nie obejmuje. Wszak niegłosowanie nie jest „głosowaniem w określony sposób”. Mimo to wszystkie duże media w czasie ciszy wyborczej kasują wszelkie polityczne rozmowy, choć mogłyby się one spokojnie odbywać przy założeniu, że nie będzie w nich agitacji.

Wbrew temu, co się sądzi, mediom wcale nie grożą gigantyczne kary za złamanie ciszy wyborczej. Sąd zgodnie z kodeksem wykroczeń może tu orzec grzywnę do 5 tys. złotych. Trudno mi zatem pojąć, dlaczego żadne duże medium nie decyduje się na zerwanie z absurdalną zapobiegliwością i zorganizowanie normalnych politycznych komentarzy w czasie ciszy.

Przepisy o ciszy od lat nie radzą sobie z istnieniem sfery wirtualnej. Czy będzie agitacją dyskusja o tym, który kandydat lub partia jest lepsza, prowadzona na prywatnym profilu na portalu społecznościowym? A jeśli jest to profil prywatny, ale z tysiącem znajomych? Albo jeśli wypowiedzi będą oznaczone jako publiczne i możliwe będzie ich podawanie dalej? Czy będzie agitacją taka sama rozmowa na zamkniętej liście dyskusyjnej lub forum internetowym? Czy różnicę stanowiłoby, czy forum jest otwarte dla wszystkich czy tylko dla zarejestrowanych i zalogowanych? Czym co do istoty różni się rozmowa dwudziestu osób w czasie ciszy wyborczej na spotkaniu towarzyskim twarzą w twarz od takiej samej rozmowy na portalu internetowym? A jeżeli rozmowę toczą ze sobą Polacy, należący do rywalizujących komitetów wyborczych, ale odbywa się ona na obcojęzycznym portalu (może nawet w obcym języku), którego serwery mieszczą się na Hawajach? A jeśli w niepolskim serwisie społecznościowym (takim jak Twitter) w czasie ciszy wyborczej agitacyjny wpis umieści Polak, znajdujący się w tym momencie poza Polską – to co? A jeśli poda go dalej Polak, będący w tym momencie w kraju? Czy samo podawanie dalej agitacyjnych wpisów też jest traktowane jako agitacja?

Swego czasu niesławnej pamięci Państwowa Komisja Wyborcza z czasów wyborów samorządowych w 2014 r. twierdziła, że agitacją jest nawet polubienie zdjęcia kandydata w medium społecznościowym – co jest piramidalnym wprost absurdem. Zwłaszcza wobec faktu, że połowa użytkowników mediów społecznościowych w Polsce ma już jako tło hasła i wizerunki swoich kandydatów, że o dołączonych do nazwiska hasztagach nie wspomnę. Czy te osoby mają w trakcie trwania ciszy zakaz publikacji wpisów? „Halo, policja? Proszę przyjechać na Twittera!”.

Można się naśmiewać, że to szukanie dziury w całym. Znam to dobrze – tak samo część zwolenników władzy komentowała moje uwagi do reżimu wprowadzonego w marcu i kwietniu w związku z epidemią. Takie gładkie przechodzenie do porządku dziennego nad ewidentnymi wadami obowiązującego prawa jest fatalne. Prawo ma być logiczne i racjonalnie regulować sfery, do których się odnosi (oczywiście nie oznacza to reguł dla każdego możliwego przypadku – nie tak pisze się przepisy). W tym wypadku jasne jest, że przepisy o ciszy wyborczej trudno zastosować do sfery wirtualnej. One do niej po prostu kompletnie nie przystają. Logiczne wydawałoby się zatem przynajmniej wyłączenie spod zakazu tej właśnie dziedziny. Ale polskich polityków nie stać nawet na to.

A co z agitacją poza granicami Polski? Tam przecież ciszy wyborczej nie ma, a przebywający na obczyźnie polscy obywatele mają prawo głosu. Tu, zdaje się, nastąpiła już w zeszłym roku praktyczna interpretacja sytuacji, gdy politycy PiS – Michał Dworczyk i Olga Semeniuk – prowadzili agitację w przedwyborczą sobotę przed wyborami parlamentarnymi, rozdając ulotki niedaleko konsulatu w Chicago. Oboje tłumaczyli, że zakaz agitacji obowiązuje tylko na terytorium Polski. Czyli na przykład tuż za granicą w Cieszynie, po czeskiej stronie, można by wywiesić wielki transparent przeciwko Andrzejowi Dudzie? A co – to mój ulubiony przykład – jeśli usiądę w kawiarni sto metrów od polskiej granicy i siedząc tam, będę umieszczał w amerykańskim serwisie społecznościowym nieposiadającym nawet w Polsce przedstawicielstwa wpisy agitujące za którymś z kandydatów?

Nikt na te i inne pytania nie odpowiedział i zapewne nie odpowie, dopóki nie pojawi się konkretna sprawa, przypominająca któryś z opisanych przypadków. Nie są to jednak pytania wydumane – takie sytuacje nie tylko mogą się zdarzyć, ale już się zdarzają, pokazując, że polskie przepisy są kompletnie oderwane od rzeczywistości XXI wieku.

Absurdów jest więcej. Mogą wisieć już założone reklamy wyborcze, ale nie wolno umieszczać nowych. To jeszcze wydaje się logiczne. Jednak dlaczego nie mogą jeździć prywatne samochody, reklamujące kandydatów, ale mogą pojazdy komunikacji publicznej z takimi reklamami? A jeśli we własnym aucie, w środku, umieszczę sobie dwa dni wcześniej za szybą plakat kandydata, to w czasie ciszy nie mogę tym autem jeździć? Nonsens goni nonsens.

Podobnie rzecz ma się z podawaniem wyników sondaży. Od dobrych paru lat media społecznościowe pełne są w dniu wyborów przecieków z exit polls, ledwo maskowanych mało wyszukanymi kryptonimami, nadawanymi kandydatom (w wyborach prezydenckich) lub partiom (w wyborach parlamentarnych). W najbliższą niedzielę będziemy mieli oczywiście to samo. Tymczasem Kodeks Wyborczy za podawanie w trakcie ciszy wyborczej wyników sondaży jakiegokolwiek typu przewiduje kary od 500 tys. złotych do miliona (art. 500 kodeksu wyborczego).

Absurd ciszy wyborczej objawia się szczególnie ostro w przypadku wyborów samorządowych, zwłaszcza ich drugiej tury, oraz uzupełniających (na przykład do Senatu). Kampania dotyczy przecież, teoretycznie, spraw lokalnych, zatem cisza wyborcza nie powinna obejmować dyskusji o polityce krajowej. Jak to jednak rozdzielić? W praktyce zatem wszystkie instytucje medialne oraz osoby publiczne paraliżuje strach i zawieszają polityczne dyskusje w ogóle. Ale czy na przykład rozmowa w radiu o polskiej polityce zagranicznej w dniu wyborów samorządowych – polityce, realizowanej przecież przez konkretny rząd i konkretne osoby – może zostać uznana za agitację? Teoretycznie nie powinna, ale w praktyce – nie wiadomo.

W drugiej turze wyborów samorządowych, która polega na dogrywkach w niektórych tylko gminach i miastach w wyborach prezydenta, burmistrza lub wójta, absurd jest jeszcze wyraźniejszy. Dogrywki mają bowiem charakter już ściśle lokalny, tymczasem ograniczenia dotyczą całego kraju.

Mało tego: w ciągu roku w różnych miejscach w kraju odbywają się różne wybory uzupełniające, o których nikt poza lokalnymi społecznościami nie wie. Ciszy wyborczej oczywiście w praktyce nie ma – choć być powinna.

Szczytem nonsensu jest cisza w przypadku referendum lokalnego. Gdy w 2013 roku w Warszawie mieszkańcy decydowali o ewentualnym odwołaniu Hanny Gronkiewicz-Waltz ze stanowiska prezydenta, okazało się, że Państwowa Komisja Wyborcza nie wie, jak zinterpretować przepisy o ciszy wyborczej. Skoro referendum jest lokalne, to i cisza wyborcza powinna obowiązywać tylko w granicach obszaru, którego dotyczy. Ale jak odnieść to do internetu czy mediów ogólnopolskich? Dlaczego telewizja, odbierana w całej Polsce, nie miałaby pokazywać debat na temat referendum, dotyczącego tylko jednego miasta? Dlaczego nie miano by rozdawać ulotek tuż przed tablicą, wyznaczającą granicę miasta?

Argumenty za utrzymaniem ciszy wyborczej są od lat te same. Na przykład ten, że wyborca potrzebuje czasu do namysłu i wyciszenia. Tak jakby ktoś sądził, że w piątek wieczorem wyborcy zasiadają w fotelach i dzięki ciszy wyborczej dogłębnie rozważają przez kolejne kilkadziesiąt godzin, na kogo by oddać głos. Zwolennicy ciszy powiadają, że nie można pozwolić wyborcom głosować pod wpływem impulsu. Nie wyjaśniają jednak, czym różni się impuls w postaci reklamy wyborczej otrzymany w piątkowy wieczór od identycznego impulsu, otrzymanego w niedzielę w drodze do lokalu wyborczego.

Zwolennicy ciszy wyborczej nie traktują obywateli poważnie. Albo uznajemy, że czynne prawo wyborcze należy się każdemu i nie wnikamy w to, na jakiej podstawie podejmuje decyzję – czy to głęboka analiza programu, czy też głosowanie na ostatnią osobę, ujrzaną na plakacie albo rzut kostką w kabinie do głosowania – albo wprowadźmy obowiązkowe uzasadnienia dokonywanego wyboru i za nieważne uznajmy wszystkie głosy oddane bez niego.

Jeśli zaś ktoś chwali ciszę wyborczą za to, że daje mu kilkadziesiąt godzin spokoju, to znaczy, że nie panuje nad własnym życiem. Nikt przecież nie zabrania mu na co dzień wyłączyć internetu, nie słuchać radia, nie oglądać telewizji i nie czytać gazet. Nie są do tego potrzebne absurdalne przepisy, obejmujące cały kraj.

Jedyny pozornie sensowny argument za ciszą wyborczą to ten, że jeśli ktoś w dniu wyborów odpaliłby porażającą, być może całkowicie fałszywą wiadomość, to nie byłoby już czasu na reakcję. To jednak argument obosieczny. Co bowiem stałoby się, jeśli taka wiadomość zostałaby odpalona w piątkowy wieczór tuż przed początkiem ciszy, gdy nie byłoby już możliwości uruchomienia sprawy w trybie wyborczym? Gdyby ciszy nie było, szanse na sprostowanie jeszcze przed końcem dnia głosowania są. Jeśli cisza jest – takich szans nie ma. Cisza jest zatem wręcz groźna, gdy przypomnieć sobie o fałszywkach informacyjnych, wypuszczanych przez służby obcych państw, nierzadko właśnie przy okazji wyborów. Wyobraźmy sobie zatem, że w trakcie nieszczęsnej ciszy służby wrogiego wobec nas kraju wpuszczają do sieci informacje, rzekomo kompromitujące dla któregoś z kandydatów. Ten nie ma sposobu, aby się bronić.

Owszem, teoretycznie można założyć, że w takiej sytuacji wybory za nieważne mogłaby uznać Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, który – zgodnie z art. 129. Konstytucji – stwierdza ważność wyboru prezydenta. Nietrudno sobie jednak wyobrazić, jaki chaos wywołałaby taka decyzja, szczególnie w sytuacji, gdy sądownictwo, w tym zwłaszcza SN, jest obiektem ostrej politycznej gry. Nie bardzo zresztą wiadomo, na jakiej podstawie SN miałby taką decyzję podjąć. Nie byłoby tu przecież formalnych przesłanek, a zmierzenie, jaki wpływ na wyborców miała informacyjna fałszywka, byłoby niemożliwe. W takich okolicznościach cisza wyborcza okazałaby się nie błogosławieństwem, ale przekleństwem.

Upór, z jakim polscy politycy trwają przy ciszy wyborczej – instytucji, jak widać, nie tylko absurdalnej, ale też potencjalnie zwyczajnie groźnej – jest fenomenem. Polska jest zresztą jednym z niewielu krajów o tak restrykcyjnych w tej sprawie przepisach, w teorii obejmujących również internet. Jak długo jeszcze nonsens będzie trwał? Jak to z nonsensami w Polsce bywa – zapewne bardzo długo.