Kierowca jako śmiertelny wróg, czyli emocje zamiast rozumu
Łukasz Warzecha 04.11.2019

Nie chodzi o to, żeby osiągnąć cel możliwie niskim kosztem, ale o to, żeby dokopać drugiej stronie. Względnie – upozorować działanie tak, żeby zaspokoić emocjonalne potrzeby publiczności.

 

Taka nauka płynie z dyskusji (lub, częściej, połajanek), jakie wywołał mój tekst na Onecie, zatytułowany „Nie rzeź pieszych, ale nagonka na kierowców”. Pomijam głosy zwolenników tolerancji i otwartości z lewicy, którzy na Twitterze postulowali, żeby Onet przestał publikować moje teksty. Oni się mieszczą w tej samej kategorii co cenzorzy, którzy nie życzą sobie, żeby zapraszać do jakiejkolwiek debaty osoby sceptyczne wobec katastroficznej wersji opowieści o zmianach klimatu. Zresztą debata, a częściej „debata” klimatyczna podlega dokładnie tym samym prawom, o których będzie poniżej mowa w kwestii kierowców: jest histeria, jest niebotyczna demagogia, jest pobudzanie emocji – najmniej jest zdrowego rozsądku i prób znalezienia rozwiązań konserwatywnych, czyli jak najmniej ingerujących w istniejące prawodawstwo czy prawa poszczególnych grup.

Sformułowania „rzeź pieszych” użył podczas zorganizowanej przez siebie demonstracji Robert Buciak, nieposiadający prawa jazdy fanatyczny (to nie obelga, to wyłącznie opis nastawienia) wróg samochodów, działający w Warszawie. Buciak to wręcz archetyp oszalałego aktywisty miejskiego: autor tak genialnych propozycji do budżetu obywatelskiego jak zastąpienie zielenią miejsc parkingowych w sąsiedztwie Teatru Wielkiego ( jedyne 550 tys. zł) – w okolicy, gdzie już teraz zaparkowanie graniczy z cudem – czy „wycieczka rowerowa szklakiem poległych projektów budżetu partycypacyjnego” za marne 3 tysiące zł.

Jeśli ktoś mówi o „rzezi pieszych”, to właściwie można skończyć rozmowę. To jest sformułowanie, które wyklucza od razu pragmatyczną dyskusję, w której wspólnym celem miałoby być zwiększenie bezpieczeństwa pieszych, ale w rozsądny sposób, wiążący się z możliwie małymi kosztami dla wszystkich stron. Bo przecież jasne jest, że skoro mowa o „rzezi”, to kierowcy są w tej narracji „rzeźnikami”, a jako tacy nie mogą mieć żadnych praw. Są po prostu mordercami, którzy mogą się wciąż swobodnie poruszać po ulicach tylko przez jakieś niedopatrzenie. Są od razu ustawiani jako gorsi. Mają się tłumaczyć z tego, że w ogóle śmią chcieć jeszcze używać samochodu na co dzień. Przystępowanie do debaty z takiej pozycji mija się z celem.

No, ale przecież nikt nie musi rozmawiać z Buciakiem. Gorzej, że jego podejście przejmuje nie tylko część organizacji pozarządowych, nie tylko spora część publiczności, ale też niektóre osoby publiczne. Oto niezłomny Janusz Wojciechowski – który ma wciąż najwyraźniej dużo wolnego czasu, mimo rychłego objęcia stanowiska komisarza do spraw rolnictwa – pisze: „Odmiennie niż pan Warzecha uważam, że rzeź na przejściach jest faktem, nie mitem”. Żeby spróbować w takiej sytuacji podjąć jakąkolwiek dyskusję, należałoby ustalić definicję słowa „rzeź”, ale przecież wiadomo, że nie o to chodzi i że byłoby to bezcelowe. Zasada powinna być prosta: kto używa tego typu języka, nie może być z racjonalnego punktu widzenia uznany za partnera do rozmowy – może być tylko wrogiem, który w kształtowaniu publicznych polityk i przestrzeni będzie się starał pognębić przeciwnika. Przeciwnikiem są kierowcy.

Ale Janusz Wojciechowski – z całym szacunkiem – to amator bez wpływu na rzeczywistość, mały pikuś w porównaniu z zastępcą dyrektora Miejskiego Zarządu Dróg i Mostów w Jaworznie, Tomaszem Toszą, którego felieton od paru dni robi wielką karierę w sieci. Ten tekst jest wart lektury, bo daje wgląd w stan umysłu ludzi, którzy chcą uchodzić za ekspertów, na chłodno szukających dobrych rozwiązań.

Jaworzno (niespełna 100 tys. mieszkańców, 152 km kw. powierzchni, czas przejścia piechotą z jednego końca miasta na drugi, wolnym tempem, to godzina) przez długi czas tak przeorganizowywało ruch na swoim obszarze, że osiągnęło w końcu – przynajmniej na razie – „wizję zero”, czyli zero ofiar (o tym kilka słów dalej). Wszyscy się tym faktem niezmiernie ekscytują, zapominając o dwóch kwestiach. Po pierwsze – że Jaworzno jest żywym dowodem na to, że właśnie można działać w ramach obecnie obowiązującego prawa, bez potrzeby wprowadzania nowych, ostrzejszych przepisów. Po drugie – że Warszawa, Łódź, Poznań czy Gdańsk to nie stutysięczne Jaworzno. Rozwiązania spowalniające znacząco ruch mogą być akceptowalne w mieście, gdzie przejechanie z jednego końca na drugi zajmuje 15 minut, ale nie w mieście, gdzie dystanse mierzy się w dziesiątkach kilometrów.

Ktoś zarekomendował mi tekst pana Toszy, zacząłem więc czytać. I poza opisem wielkiego, wiekopomnego sukcesu, jakim jest, zdaniem autora, urządzenie miasta wrogiego kierowcom (taki jest ton wywodu), przeczytałem następujące fragmenty (proszę wybaczyć obszerniejsze cytaty):

Gdy pojawia się w Jaworznie nowy projektant drogowy, to praktycznie bez wyjątku pierwsza rozmowa na temat tego jak ma wyglądać przebudowana ulica wygląda tak: – Naprawdę? Chcecie, żeby wam to narysować tak naprawdę? I mówią to z uśmiechem na twarzy i z ogniem w oczach. Zdziwieni, że rozmawiają z ludźmi, którzy nie są strażnikami Świętej Przepustowości i wyznawcami Błogosławionych Miejsc Parkingowych. […]

Nie rozumiem dlaczego nie wprowadzono dotąd zasady jaka obowiązuje we Francji, że winnym potrącenia pieszego na przejściu dla pieszych jest zawsze kierujący pojazdem. Zawsze. […]

Takim punktem zwrotnym, że coś się w głowach ludzi przestawiło była sytuacja z „karnym kutasem” jaki dostał pewien prawnik gdy zaparkował na trawniku przed kancelarią. Poszedł z żalami do lokalnej telewizji i gazety potępiając nieznanych sprawców i domagając się ich ścigania. Kilkanaście godzin później błagał o usunięcie tego filmu z YouTube, bo jego historia rozniosła się po całym internecie i eufemistycznie to opiszę – wszędzie dostawał wyrazy słusznego społecznego oburzenia za parkowanie w miejscu niedozwolonym. To było masowe. Z ludzi wyszło wkurzenie na samochody bezwładnie zastawiające przestrzeń. […]

Nie ma społecznie akceptowalnej liczby wypadków śmiertelnych na drogach. Tylko wariat zgodziłby się z tezą, że w imię wygody podróżowania samochodem może ginąć w kraju wielkości Polski trzy tysiące osób rocznie. A w mieście wielkości Jaworzna 8 osób rocznie. Na zachodzie uznali, że celem jest zero trupów. Nazwali to Vision ZERO.

Ale najcenniejsze jest to, że tym wielkim ZEREM można zamknąć wydarte gęby tych co chcą sobie po publicznych ulicach „pozapier….ać”. Nie macie racji. Nigdy nie mieliście. A teraz milczeć durnie, bo wasze pomysły zabijają ludzi.

Mogą was zabić również.

Pierwsza konkluzja jest taka, że pan Tosza powinien czym prędzej wylecieć ze swojego stołka, ponieważ nie jest urzędnikiem, dbającym o wszystkich mieszkańców miasta, w tym zmotoryzowanych, ale rozemocjonowanym ideologiem, który część jaworznian – kierowców – ma za podludzi, których trzeba stłamsić, zdusić i zdeptać. Na miejscu mieszkańców miasta, którzy mają samochody, rozważyłbym protest przeciwko dalszemu zatrudnianiu tego pana przez Urząd Miasta, w końcu z pieniędzy wszystkich, także kierowców.

A teraz spójrzmy na przytoczone fragmenty.

Po pierwsze – pan Tosza stosuje język ideologa, który wyklucza jakiekolwiek zrozumienie racji drugiej strony, skoro używa kpiarskich określeń typu „błogosławiona przepustowość” czy „błogosławione miejsca parkingowe”.

Po drugie – absolutnym skandalem jest oczekiwanie, że w jakiejkolwiek sytuacji z automatu winna zdarzeniu będzie jedna strona, niezależnie od okoliczności. To jakiś ponury, komunistyczny absurd – niezależnie od tego, w jakich krajach podobne rozwiązanie przyjęto. Jeśli pan Tosza szuka przyczyn, dla których w Polsce go nie ma i – miejmy nadzieję – nie będzie, to prawdopodobnie tkwią one w naszej kulawej, ale jednak podpierającej podstawowy ład prawny konstytucji. Wątpię, żeby Trybunał Konstytucyjny w jakimkolwiek składzie uznał tego typu absurd za zgodny z ustawą zasadniczą, już choćby dlatego, że jest on rażąco sprzeczny z podstawami zachodniego systemu prawnego w ogóle, sięgającymi starożytnego Rzymu. Co zresztą ciekawe, w komentarzach pod felietonem pana Toszy na ten właśnie fragment zaczęto zwracać uwagę, sygnalizując, że może jednak autor posunął się zbyt daleko.

Po trzecie – historia z „karnym kutasem”. Niewtajemniczonym wyjaśniam: to taka zabawa aktywistów antysamochodowych, polegająca na naklejaniu najczęściej na lusterku wstecznym źle zaparkowanego auta bardzo trudnej do usunięcia naklejki z męskimi genitaliami „za karę”. Akcja ma dwa aspekty: raz, że jest wulgarna; dwa, że narusza czyjąś własność. Jest zresztą również kontrproduktywna: kierowca nie może (a przynajmniej nie powinien) jechać z zaklejonym lusterkiem wstecznym, więc póki naklejki nie usunie, stoi nadal w niedozwolonym miejscu. Zachwyty pana Toszy nad internetowym linczem – jak można rozumieć z opisu – który spotkał kierowcę słusznie żalącego się na niedopuszczalną metodę zwracania uwagi, również wiele mówią o tym, z kim mamy do czynienia. Nawiasem mówiąc – tak, bawiący się w ten sposób aktywiści powinni być ścigani.

Ostatni akapit nie wymaga komentarza. Nazywanie „durniami” tych, którzy mają odmienne zdanie niż autor tekstu, i przemawianie do nich w tonie żulerskim ostatecznie zamyka wszelką dyskusję. Żeby było zabawniej, rzut oka na profil Tomasza Toszy na FB potwierdza wszystkie stereotypowe przypuszczenia, które moglibyśmy sobie stworzyć, czytając jego tekst. Mamy tam więc zdjęcia profilowe z nakładkami „brońmy sądów”, „zostajemy” (w UE), „bronię puszczy przed wycinką”, jest nawet zdjęcie z wklejonym dzikiem. Krótko mówiąc – zamiast urzędnika, który powinien dbać o wszystkich mieszkańców, widzimy jednoznacznie politycznie określonego aktywistę. I tak jest w przypadku większości ludzi, którzy włączają się w ataki na kierowców, w którymkolwiek z ich wątków.

Na koniec sprawa „wizji zero”, którą przywołuje wicedyrektor Tosza. Ten fetysz na pozór wygląda atrakcyjnie – to przecież wspaniała sprawa, żeby na drogach nikt nie ginął. Jest to też bardzo dobry sposób, żeby wzbudzić pozytywne emocje – właśnie: emocje – elektoratu. Mało tego – jeżeli ktoś zacznie wykładać swoje wątpliwości wobec „wizji zero”, można mu wymierzyć standardowy erystyczny cios i spytać: „Jesteś przeciwko życiu? Chcesz mieć krew na rękach?”.

Nikt jednak nie pyta – bo przecież nie wypada – jaki ma być koszt osiągnięcia owej „wizji zero”. Bo przecież jakiś musi być. Życie w naturalny sposób niesie ze sobą ryzyko i zagrożenia. Ich ograniczanie jest do pewnego stopnia możliwe, ale zawsze oznacza jakiś koszt, najczęściej po stronie swobody działania i osobistej wolności. To normalne i przy rozsądnym podejściu akceptowalne, wręcz konieczne. Na tym w dużej mierze polega organizacja życia ludzi przez państwo.

Problem zaczyna się, gdy ktoś nas przekonuje, że ryzyko da się wyeliminować całkowicie. To musi oznaczać radykalnie daleko idące ograniczenie naszej wolności, ale również – gdyby zamiar udawało się zrealizować – pozbawienie ludzi naturalnej umiejętności wkalkulowywania ryzyka w swoje działania, a więc również gotowości do ponoszenia go. To temat na inny i znacznie dłuższy tekst, ale istnieje iunctim pomiędzy postulatem, aby całkowicie wyeliminować wypadki ze skutkiem śmiertelnym czy, generalnie, w ogóle jakiekolwiek poważniejsze zdarzenia drogowe – a gotowością ludzi żyjących w takim hipotetycznym na razie świecie na przykład do pojęcia walki z bronią w ręku w jakichkolwiek okolicznościach.

Na razie oczywiste, będące wręcz truizmem stwierdzenie, że jest jakaś liczba ofiar codziennego życia, w tym ruchu drogowego, z którą po prostu trzeba się pogodzić, łamie kanon nowoczesnej poprawności politycznej i jest nie do zaakceptowania przez wielu ludzi, przywykłych do uspokajających bajek o tym, że dobre państwo jest w stanie całkowicie uwolnić nas od ryzyka.