Państwo i Prawo
Gra w ciuciubabkę
Łukasz Warzecha 23.12.2020

Studia nad dziejami systemów politycznych bywają ogromnie pouczające, pozwalają bowiem wyłowić niewidoczne na pierwszy rzut oka czynniki, które zdecydowały o ich sukcesie bądź porażce. W wielu przypadkach w świecie zachodnim mamy dzisiaj do czynienia z systemami, które – gdyby nie niektóre ich cechy, trwające i konstytuujące je od dawna – pod wpływem różnych wydarzeń i napięć prawdopodobnie już dawno by się rozpadły. Tak jest zapewne z systemem brytyjskim czy niemieckim. Choćby ten ostatni poddany był bezprecedensowym napięciom przy okazji masowego napływu imigrantów kilka lat temu, a jednak przetrwał, i to bez większego wstrząsu.

 

Jednym z kluczowych spoiw tych najtrwalszych systemów jest zaufanie pomiędzy władzą a obywatelami. Władza może ufać obywatelom, że nie będą za wszelką cenę starali się wywieść jej w pole, obywatele zaś mają pełne prawo uznać, że władza dobrze przemyślała to, co robi, a jeśli wydaje im jakieś polecenia albo w czymś ich ogranicza, to nie dlatego, że ma takie widzimisię lub idzie po linii najmniejszego oporu, ale dlatego, że to naprawdę konieczne i przyniesie pożytek wszystkim. Tu pojawia się kategoria wspólnego dobra, która w tym konkretnym aspekcie wciąż działa nawet w bardzo indywidualistycznych, zatomizowanych społeczeństwach właśnie. Choć na poziomie fundamentalnych wartości poczucie wspólnoty niemal już nie istnieje, trwa jednakże wciąż jako przekonanie, że decyzje rządzących są w ostatecznym rozrachunku korzystne dla wszystkich, więc warto się im podporządkować, bo wszyscy skorzystają. Jedni mniej, inni bardziej, ale ostatecznie wszyscy. Czy tak jest w istocie i czy władza we wszystkich tych państwach na zaufanie zasługuje naprawdę – to jest już całkiem inna sprawa. Piszę tutaj o tym, jaka jest percepcja ogromnej części ich obywateli. 

Tu ważna uwaga metodologiczna: zaufania do państwa i do władzy nie należy mylić z zaufaniem do aktualnie rządzącego ugrupowania, a niestety tak to jest zwykle mierzone w dostępnych sondażach. Gdyby podchodzić do tego w ten sposób, dane z OECD pokazywałyby, że zaufanie do władzy było w Polsce większe w ostatnich przywoływanych badaniach za 2018 r. (przekraczające 43 proc.) niż w Wielkiej Brytanii czy Japonii. Tymczasem te dane odzwierciedlają jedynie zaufanie do konkretnej władzy w danym momencie, a więc w gruncie rzeczy poziom poparcia dla niej. Zaufanie do instytucji w ogóle i do państwa ujawniają dopiero pogłębione socjologiczne analizy. Wśród szybkich testów bardziej miarodajne są natomiast badania zaufania do instytucji publicznych, na przykład takie, jakie regularnie przeprowadza CBOS. Choć i w nich odbijać się mogą czysto polityczne sympatie i antypatie respondentów. 

Problem w tym, że obecna władza w trakcie epidemii, a już zwłaszcza od jesieni, zaufanie obywateli do państwa nie tylko jeszcze bardziej zniszczyła, ale wręcz w oczach wielu sprowadziła sytuację do powtórki z Peerelu (o czym wspominałem już w poprzednim wpisie na blogu). Ten rozdział z polskiej i w ogóle środkowoeuropejskiej historii jest szczególny i nie mają go za sobą zachodnie społeczeństwa. Unikatowy całkowicie zaś jest rozdział rozbiorowy, gdy opór przeciwko zaborczemu państwu i brak zaufania do niego (też stopniowany, bo jednak Austria, a potem Austro-Węgry oraz Prusy działały w ścisłych ramach ustanawianego przez siebie prawa, jakkolwiek to prawo bywało wrogie Polakom; Rosja zaś to całkiem odmienna kultura instytucjonalna) były czymś dla Polaków naturalnym. Można zatem powiedzieć, że niejako w genach mamy ucieczkę przed państwem, bo to wpoiło w nas ostatnie przynajmniej 225 lat, a i wcześniej bywało z tym różnie. Przerwa 20-lecia międzywojennego to o wiele za mało, aby ten deficyt naprawić; a i sanacyjne państwo pozostawiało wiele do życzenia. 

W III RP zaufanie do państwa też nie miało łatwego życia, mówiąc najdelikatniej. Śmiem jednak twierdzić, że o ile we wcześniejszych czasach wybrane państwowe instytucje – sądownictwo, prokuratura, niektóre obszary administracji, nierzadko władza centralna również – robiły wiele, aby przekonać nas, że zaufania do państwa mieć nie wolno, to jednak wciąż było to oddziaływanie na wybrane grupy obywateli, nie na wszystkich. Na przykład o systemie sądownictwa jak najgorsze zdanie mogło mieć wielu spośród tych, którzy się z nim zetknęli, tyle że był to niewielki procent obywateli. 

Pod tym względem działania obecnej władzy, a już zwłaszcza w okresie epidemii, wprowadziły nas na nowy poziom. Trudno nawet zliczyć jawnie absurdalne, bezzasadne, chaotyczne decyzje, z których się wycofywano, potem je zmieniano, potem zmieniano ponownie, by na koniec i tak pozostawić znaczną część obywateli nimi dotkniętych samym sobie. 

Z najnowszego rozdziału epidemicznych zabaw podam tylko jeden przykład: uwalenie w najnowszym rozporządzeniu wszelkiej działalności związanej ze sportem, z wyłączeniem sportu zawodowego w rozumieniu rozporządzenia Komisji Europejskiej 651/2014. Tam pojawia się następująca definicja tegoż: 

 

„Sport zawodowy” oznacza uprawianie sportu w taki sposób, w jaki świadczy się pracę lub usługi za wynagrodzeniem, bez względu na to, czy pomiędzy sportowcem zawodowym a odpowiednią organizacją sportową istnieje formalna umowa o pracę czy też nie, w przypadku gdy wynagrodzenie przekracza koszty uczestnictwa i stanowi znaczącą część dochodów dla sportowca. Koszty podróży i zakwaterowania związane z uczestnictwem w zawodach sportowych nie są uważane za wynagrodzenie dla celów niniejszego rozporządzenia.

 

W ten sposób rząd wykluczył z możliwości treningów nie tylko wszystkich zwykłych amatorów (a przypominam, że sport jest w Polsce w przytłaczającej większości amatorski), ale też wszystkich tych sportowców, którzy na sporcie nie zarabiają lub zarabiają niewiele, a starają się na przykład o przyjęcie do kadry. Pomijając absurd ograniczania ludziom możliwości uprawiania sportu w ogóle pod pretekstem utrzymania publicznego zdrowia, na szczególną już złośliwość zakrawa skasowanie możliwości trenowania wszystkim, którzy nie są w stanie na sporcie nie zarobić. W mniej popularnych dyscyplinach jest to standard. Nietrudno zresztą przewidzieć, że i tutaj wiele będzie kombinowania oraz omijania prawa. Wszak przedsiębiorcy, którzy są właścicielami sportowej infrastruktury, także stoją pod ścianą. 

Ten przykład jest ciekawy, bo pokazuje, że władza zaczęła szukać coraz lepszych narzędzi prawnych dla przymykania ludziom furtek, jakie jeszcze pozostały – tak jak było choćby z siłowniami. To jednak paradoksalnie pokazuje jej narastający problem: po tego typu środki sięga się, jeśli trzeba coraz bardziej przykręcać obywatelom śrubę; a przykręcać śrubę trzeba coraz bardziej, jeśli obywatele na potęgę kombinują i wymykają się rządowym ograniczeniom, co do których mają przekonanie, że są kompletnie absurdalne, a poza tym w większości martwe. Wiedzą, że władza nie ma instrumentów, żeby je egzekwować, a gdyby spróbowała, wywoła to powszechną wściekłość, więc raczej nie spróbuje. W dodatku, w odróżnieniu od sytuacji z czasów minionych, tym razem dotyczy to nie wybranych grup ludzi, ale praktycznie wszystkich. 

Rządzący tego zapewne nie dostrzegają albo się nad tym nie zastanawiają, ale wstąpili na bardzo dla siebie niebezpieczną drogę: zaczęli grać z Polakami w ciuciubabkę. A to się dobrze nie skończyło jeszcze dla żadnej władzy. To mechanizm, który ostatecznie rozłożył komunę, obywatele wyczuwają bowiem – nawet jeżeli nie są w stanie tego ubrać w konkretne słowa – że im bardziej władza staje się formalnie opresyjna, tym bardziej jest to świadectwo nie jej siły, lecz jej bezradności. Przy czym w warunkach państwa autorytarnego władza zawsze może się ostatecznie odwołać do niedemokratycznego argumentu fizycznego przymusu, choćby zamykając po prostu swoich przeciwników w więzieniach. W demokracji tak się nie da. 

Pal licho, że rząd Zjednoczonej Prawicy podkopuje w ten sposób własne fundamenty i akumuluje skierowaną przeciwko sobie złość obywateli, których pozbawia – lub raczej próbuje pozbawić – w coraz większym stopniu możliwości normalnego funkcjonowania. Może zresztą jest to część strategii wytwarzania emocjonalnego zapotrzebowania na szczepionkę, o czym mówił swego czasu Jarosław Pinkas. To trzymałoby się kupy: zabierzemy wam wszystko i nie oddamy, dopóki się nie zaszczepicie – a my będziemy udawać, że to jest nadal decyzja dobrowolna. Jednak przeciwko takiej interpretacji przemawia, że wymagałoby to ułożenia i realizacji spójnej strategii przynajmniej w tym aspekcie – a o takie zdolności tej władzy nie podejrzewam. 

Gorzej, że rządzący wyrządzają w ten sposób krzywdę państwu polskiemu w ogóle. Jak jednak mogliśmy się już wielokrotnie przekonać, wszelkie konsekwencje działań tej władzy, które wykraczają poza najbardziej bezpośredni horyzont, pozostają poza jej obszarem zainteresowania. A może i poza zakresem możliwości intelektualnych.