Kaczyński o broni, czyli pogarda socjalisty
Łukasz Warzecha 14.06.2020

Naczelnika zapytano o dostęp do broni. Nie wiemy dokładnie, co powiedział, ale jego odpowiedź została zrelacjonowana lakonicznie: „Pan Prezes zwrócił uwagę na czynniki kulturowe i na to, że nie jesteśmy gotowi”. Można powiedzieć, że Jarosław Kaczyński jest konsekwentny, ponieważ to wydarzenie miało miejsce w 2017 r., podczas spotkania prezesa PiS z działaczami jego partii w Gdańsku. Żeby było ciekawiej, pytanie zadała Natalia Nitek, wówczas jeszcze nie Nitek-Płażyńska. Obecnie małżonka Kacpra Płażyńskiego jest bardziej znana z powodu swojego procesu z niemieckim pracodawcą, ale tak się składa, że przez długi czas w mediach społecznościowych występowała jako strzelec, pozując najczęściej z długą bronią.

 

Dziś, będąc na pierwszej linii frontu wizerunkowego obozu władzy pani Nitek-Płażyńska już się z bronią nie pokazuje i jako strzelec nie reklamuje, mogłoby to bowiem być kłopotliwe dla PiS. Naczelnik natomiast w sprawie broni głosi wciąż te same, lewicowe poglądy. Podczas zdalnego spotkania z Klubami „Gazety Polskiej” oznajmił, że to sprawa marginalna i dodał: „Obawiam się, że w Polsce w broń zaopatrzyłyby się przede wszystkim te środowiska, które bardzo, ale to bardzo zaszkodziłyby tej pozostałej części społeczeństwa. […] Obawiam się, że tych krzywd byłoby więcej niż korzyści”.

Dlaczego w ogóle o tym pisać? Może Jarosław Kaczyński ma rację, że to „sprawa marginalna”? Otóż – nie. I to z paru powodów.

Cywilnych posiadaczy broni jest w Polsce dzisiaj około 224 tys. (dane na koniec 2019 r.), czy zatem problem jest faktycznie tak marginalny, wziąwszy pod uwagę, że w drugiej turze zdecydować może nawet tak niewielka liczba głosów? Oczywiście w sytuacji, gdy obaj kandydaci mają do sprawy podobny stosunek (a tak jest w tym przypadku), można uznać, że zagadnienie staje się nieistotne, jednak może to też oznaczać, że jakaś część spośród zainteresowanych po prostu nie pójdzie głosować – właśnie z tego powodu. Pytanie brzmi, komu to bardziej zaszkodzi.

Przy nieco ponad 200 tys. cywilnych posiadaczy broni do różnych celów (największy odsetek stanowią kolejno cel łowiecki – ok. 130 tys., sportowy – ok. 35 tys., ochrona osobista – ok. 33 tys., kolekcjonerski – ok. 24 tys., pozostałe to znacznie mniejsze liczby), samych sztuk broni w prywatnych rękach jest ok. 547 tys. Do tego trzeba doliczyć mniej więcej drugie tyle sztuk broni czarnoprochowej, która na razie dostępna jest bez pozwolenia i rejestracji (obowiązującej np. przy broni pneumatycznej). Jednocześnie liczba przestępstw popełnianych przy użyciu broni przez jej legalnych posiadaczy (to bardzo ważne: przez legalnych, zweryfikowanych posiadaczy) jest absolutnie marginalna.

Według najbardziej wiarygodnego światowego badania, dotyczącego broni, czyli Small Arms Survey, Polska w liczbie sztuk broni na 100 mieszkańców wypada żałośnie na tle innych państw europejskich. U nas współczynnik to 2,51. W Czechach, o których będzie jeszcze mowa, to 12,53, w Słowacji – 6,53, na Litwie – 13,59, w Estonii – 4,96, w Niemczech – 19,62, we Francji – 19,61, na Węgrzech – 10,45, w Hiszpanii – 7,62, w Norwegii – 28,82, w Szwecji – 23,14, nawet w skrajnie rozbrojonych Anglii i Walii to 4,64.

Dopiero na tym tle powinniśmy umieszczać słowa Kaczyńskiego i dopiero na tym tle widać ich faktyczne znaczenie. To nie jest tekst o dostępie do broni, więc nie będzie tu rozbudowanej argumentacji na ten temat. Pisałem o tym wielokrotnie w innych miejscach, łatwo te teksty znaleźć. Jedynie w kilku punktach podsumuję dla klarowności wywodu najistotniejsze kwestie.

Po pierwsze – przywoływanie przykładu i porównywanie jakichkolwiek postulatów zgłaszanych w Polsce z USA jest mylące. Nikt nie chce systemu takiego jak w USA, zresztą różnego w różnych stanach.

Po drugie – statystykami dotyczącymi właśnie USA potężnie się manipuluje, epatując na potęgę łzawymi tekstami o „niezliczonych masakrach”. Faktyczny obraz sytuacji pojawia się dopiero po głębokim przeanalizowaniu wielu danych, uwzględniających demografię, regulacje dotyczące broni w danym miejscu, uczestników przestępstw po obu stronach (np. ogromną część stanowią strzelaniny pomiędzy gangsterami), a nie zawiera się w prostym stwierdzeniu „tam jest więcej broni, więc ludzie się ciągle zabijają” (po więcej informacji odsyłam na stronę hoplofobia.info).

Po trzecie – polskie propozycje racjonalizacji dostępu do broni zawierają wiele rozwiązań faktycznie obecny system uszczelniających przy jednoczesnym usunięciu uznaniowości. Mówienie o tym, że ktoś poważny w Polsce chce „powszechnego dostępu do broni”, jest zwyczajnym nadużyciem.

Po czwarte – policja, będąca od zawsze wrogiem jakiejkolwiek zmiany w systemie pozwoleń na broń, nigdy nie przedstawiła żadnych danych na poparcie twierdzeń, że polscy cywilni legalni użytkownicy broni są źródłem dopływu nielegalnej broni albo że popełniają za pomocą legalnie posiadanej broni przestępstwa. Jest wręcz odwrotnie – posiadacze broni to bardzo zdyscyplinowana grupa obywateli.

Po piąte – obecne polskie regulacje, wbrew temu, co sądzi wielu przeciwników dostępu do broni, wcale nie zapewniają bezpieczeństwa, a pod wieloma względami są wręcz nieszczelne. W dużej mierze dlatego, że są nielogiczne oraz posługują się nadal archaiczną, komunistyczną kategorią broni do celu, niezgodną już zresztą z ustawodawstwem unijnym.

Po szóste – jedyny jak dotąd kompletny projekt nowej Ustawy o broni i amunicji został przedstawiony w Sejmie w ubiegłej kadencji. Projekt nie znosił kontroli nad posiadaniem broni, nie był w swej istocie radykalny, likwidował natomiast uznaniowość policji, choć nie odbierał jej wydawania pozwoleń. Mimo że wielu zwolenników racjonalnego dostępu do broni uważa, że – podobnie jak w II RP – wydawanie pozwoleń powinno być w gestii władz cywilnych, czyli starostów. Podobnie jak wydawanie praw jazdy. Przed odrzuceniem jakiejkolwiek dyskusji o zmianach w prawie dostępu do broni, każdy powinien najpierw ten projekt przeczytać, bo on podsumowuje sposób myślenia ludzi, którzy chcą, żeby dostęp do broni był w Polsce oparty na racjonalnych podstawach.

Wróćmy do Jarosława Kaczyńskiego. Jego słowa to coś znacznie więcej niż tylko pokazanie, że Naczelnik nie ma pojęcia o problemie i nawet nie zamierza go zgłębiać. To fundamentalna deklaracja nieufności, ale też pogardy dla Polaków. Można by powiedzieć – dla wolnych Polaków lub tych, którzy chcą być wolni. To zresztą nie jest zaskoczenie – PiS jako ugrupowanie z gruntu socjalistyczne w wielu sprawach wykazuje się zamaskowaną pogardą dla ludzi. Jak już wiele razy pisałem również tutaj – pogarda dla ludzi jest immanentną cechą socjalistów, którzy uważają, że ludzie są zbyt głupi, aby można im pozwolić samemu wybierać i samemu za te wybory odpowiadać. Taki jest podtekst każdej socjalistycznej ideologii, taki jest też podtekst każdego paternalizmu państwowego.

Słowa Kaczyńskiego z 2017 r. pokazują, co naprawdę myśli o Polakach: „nie dojrzeli do broni”. Trudno powiedzieć, na czym ta niedojrzałość ma polegać i jak objawiłaby się dojrzałość. Trudno też powiedzieć, na jakiej podstawie Naczelnik o owej niedojrzałości orzeka – raczej nie na podstawie jakichkolwiek danych, bo trudno wątpić, że zapytany o liczbę sztuk broni w Polsce nie miałby pojęcia, co odpowiedzieć. Ważne jednak, że człowiek, który dzisiaj faktycznie rządzi Polską, uznaje swoich współobywateli za tak skrajnie nieodpowiedzialnych, że nawet przy zachowaniu procedur i rzetelnym sprawdzaniu nie chce im dać dostępu do broni. Wystarczająco odpowiedzialni są Węgrzy, Litwini, Francuzi, Niemcy, Szwedzi – ale już nie Polacy. Jeśli za coś socjalistów szczerze nie cierpię, to właśnie za ten pogardliwy stosunek do ludzi. Z wyłączeniem oczywiście uprzywilejowanych, bo oni zawsze na pozwolenie takie czy inne się załapią.

Najprzykrzejszy jest kontrast z Czechami, bo tam właśnie, po kilku latach zabiegów, senat zatwierdził poprawkę do konstytucji, umacniającą pozycję legalnych posiadaczy broni i sprawiającą, że mają oni prawo użyć jej zawsze przeciwko między innymi zagrożeniu terrorystycznemu. To sprawia, że na mocy czeskiej ustawy zasadniczej czescy posiadacze broni nie będą podlegać ewentualnym dalszym unijnym obostrzeniom. Polscy strzelcy nie tylko takiej gwarancji nie mają, ale wręcz przeciwnie – można założyć, że MSWiA pod obecnym kierownictwem wykorzysta unijny pretekst do maksymalnego przykręcenia śruby.

Jak na ironię, o swoich strzelców zadbali Czesi, wykpiwani przez Polaków jako naród fajtłapów i nieprzejednanych pacyfistów.

Wypowiedź Kaczyńskiego na spotkaniu Klubów GP pokazuje, że Naczelnik naprawdę nie ma pojęcia, jak działa system. Najwyraźniej nie wie, że od 2011 przy wydawaniu pozwoleń na broń do celów sportowych nie ma już uznaniowości, choć wciąż dotyczy ona liczby sztuk broni. Jakie to szkodliwe środowiska zaopatrzyły się od tego czasu w broń i zrobiły z niej użytek? Chciałbym usłyszeć odpowiedź Naczelnika na to pytanie.

Ważne, aby uświadomić sobie, że partia podająca się za „prawicową”, pokazuje w tej sprawie swoje prawdziwe oblicze. Polakom w sprawie broni wyprano mózgi i wytresowano w czasach Peerelu. Kaczyński, który na prawo i lewo mówi o konieczności zerwania z „postkomunizmem”, w tej sprawie twardo kontynuuje peerelowską tradycję. Nie tylko w tej zresztą – PiS w praktyce jest po prostu w dużej mierze partią nostalgii za Peerelem, ale tym bardziej gomułkowskim niż gierkowskim, czyli takim bardziej patriotycznym, narodowym. Wciąż jednak centralnie zarządzanym i socjalistycznym.

PiS w czasie swoich rządów nie dał strzelcom nic. Dzięki rządowi SLD mamy dostęp do broni czarnoprochowej bez zezwoleń. Rząd PO skasował uznaniowość w kwestii broni do celów sportowych. Rząd PiS nie tylko nie uczynił nic, ale co jakieś czas generuje pomysły na kolejne ograniczenia. Jednemu z takich pomysłów udało się rzutem na taśmę, dzięki ogromnej mobilizacji środowiska, zapobiec w wakacje 2018 r. Wtedy chciano nam wcisnąć fatalną, całkiem nową, stworzoną po kryjomu ustawę.

Środowiskiem strzeleckim i jego postulatami spośród wszystkich kandydatów zainteresował się jedynie Krzysztof Bosak. Jego jednak raczej w drugiej turze nie zobaczymy. Jeśli wówczas staną naprzeciwko siebie Rafał Trzaskowski i Andrzej Duda, pamiętajmy, że żaden z nich nie jest zainteresowany poparciem środowisk strzeleckich, zaś polityczny mocodawca jednego z nich wprost sygnalizuje, że postulaty tych kręgów uznaje za groźne. Wnioski z tego powinni wyciągnąć nie tylko ci, którzy mają broń, chcą mieć albo po prostu lubią strzelać, ale wszyscy ci, którzy uznają kwestię osobistej wolności i szacunku władzy dla obywatela za fundamentalną.