O niepodawaniu ręki
Łukasz Warzecha 03.06.2019

Afera z niepodaniem ręki przedstawicielom kilku najważniejszych organów państwa na uroczystości wręczenia zaświadczeń o wyborze na europosła jest bardzo symptomatyczna i warto się nad nią na moment zastanowić. Nawet jeśli nic nie zmieni w ogólnej sytuacji (a pewnie nie zmieni).

 

By jednak być rzetelnym, trzeba stwierdzić, że aferę zawdzięczamy skrajnie napiętej atmosferze, bo wiele wskazuje na to, że w gruncie rzeczy był to zbiór odrębnych i nieco przypadkowych zachowań. Do premiera, prof. Gersdorf, pani Przyłębskiej, marszałka Kuchcińskiego nie podszedł również Ryszard Czarnecki, poprzestając na potrząsaniu ręki przewodniczącego PKW. Można założyć, że uznał, iż jest to właściwa forma zachowania. Podobnie tłumaczył się już po wybuchu awantury Bartosz Arłukowicz, stwierdzając, że uznał, iż skłonienie się z daleka w kierunku przedstawicieli władzy wystarczy (a pamiętać trzeba, że w tym szeregu stała też wspomniana prof. Gersdorf, którą trudno uznać za związaną z tym samym środowiskiem co pozostali). Choć, świadom najwyraźniej politycznego kontekstu wydarzenia, nie eksponował tego tłumaczenia nadmiernie.

Tu zauważyć trzeba, że jednym ze źródeł problemu w ocenie takiej sytuacji jest fakt, iż państwo polskie nie skodyfikowało dotychczas sposobu zachowania poszczególnych osób podczas podobnych uroczystości, a zatem pozostaje liczyć na ogólne obycie, kulturę osobistą i kindersztubę. Jedynie konsultacyjną rolę może tu odgrywać protokół dyplomatyczny, bo obejmuje on jednak sytuacje związane z relacjami międzynarodowymi.

Nie ma natomiast wątpliwości co do intencji mojej ulubionej europosłanki Róży Thun. Ona całkiem jasno powiedziała, że celowo nie podała ręki przedstawicielom obecnej władzy. Do tego bohaterskiego gestu dołączyła zdalnie, za pomocą Twittera, Janina Ochojska, zapewniając gorliwie, że ona również ręki by nie podała, gdyby była na miejscu. To oświadczenie, nawiasem mówiąc, było ze strony pani Ochojskiej mocno nieroztropne politycznie, ponieważ w błyskawicznym tempie roztrwoniło jej ponadpartyjny autorytet u części obserwatorów. Jakie były podstawy tego autorytetu i czy na pewno solidne – to temat na inną rozmowę, ale z pewnością coś takiego istniało. Tymczasem pani Ochojska w ciągu jednego dnia z osoby mimo wszystko wciąż postrzeganej jako sytuująca się nieco poza obrębem plemiennego konfliktu – co w podzielonym politycznym świecie jest atutem, bo daje większe możliwości manewru – zmieniła się w dość prymitywnego bojowca jednej z armii.

To, co nastąpiło potem, łatwo było przewidzieć: komentarze były zgodne z linią plemiennego podziału. Część przekonywała, że podawanie ręki „łamiącym konstytucję” byłoby hipokryzją i że sytuacja jest nienormalna, więc obowiązują nienormalne reguły; część stwierdzała, że to zwykłe chamstwo, typowe dla opozycji. Niewiele osób wyłamało się z tego podziału, ale takie były. Na przykład europoseł PO Bogusław Sonik, zepchnięty w tych wyborach na 5. miejsce krakowskiej listy KE (prezentująca bez porównania niższe kwalifikacje intelektualne Róża Thun dostała jedynkę), napisał na Twitterze: „Niepodawanie ręki premierowi w czasie oficjalnej uroczystości uważam za zdziczenie obyczajów oraz wyraz arogancji, która skutecznie działa na rzecz przegranej naszej formacji”. Róża Thun odpowiedziała w charakterystyczny dla siebie sposób, sugerując Sonikowi, że powoduje nim frustracja z powodu niezdobycia mandatu. Odpowiedź bez klasy, na poziomie podstawówki.

Bogusław Sonik napisał tymczasem coś, co powinno być w zasadzie oczywiste, ale ewidentnie nie jest: że istnieją sytuacje, w których powinny być przestrzegane podstawowe obyczaje, wynikające w gruncie rzeczy ze zwykłej kultury, ale też z myślenia o państwie zgodnie ze starym przysłowiem „dłużej klasztora niż przeora”. To obyczaje tak rudymentarne jak właśnie podanie ręki oponentowi, zwracanie się do niego w parlamentarny sposób, pogratulowanie zwycięstwa czy dobrego wyniku (co zrobił po ostatnich wyborach choćby Joachim Brudziński, zwracając się z gratulacjami na Twitterze do swoich konkurentów z okręgu, Bartosza Arłukowicza i Bogusława Liberadzkiego).

Istota sporu dotyczy tego, jak rozumiemy i widzimy państwo. Państwowiec widzi je jako trwałą konstrukcję instytucji, ale też wspólnotę, w których ramach zmieniają się polityczne koniunktury i kombinacje. To powoduje, że choć funkcje pełnią ludzie, to jednak w pewnych okolicznościach państwowiec oddziela swoją ocenę osoby, jej dokonań i postępowania, od zachowania wobec urzędu. Dotyczy to na przykład takich sytuacji jak właśnie wręczenie posłom zaświadczeń o wyborze. W tym momencie Marek Kuchciński powinien przestać być dla odbierających zaświadczenie Markiem Kuchcińskim, faktycznie bardzo słabym marszałkiem Sejmu z PiS, a powinien być po prostu marszałkiem Sejmu Rzeczypospolitej, drugą osobą w państwie. Prof. Gersdorf nie powinna być Małgorzatą Gersdorf, przeciwniczką Ziobry i Kaczyńskiego, ale pierwszym prezesem Sądu Najwyższego, najważniejszego sądu w Polsce. I tak dalej, i tak dalej. Podając im rękę, okazuje się szacunek państwu polskiemu. Jeśli zaś ktoś nie jest w stanie się przełamać, zawsze ma wyjście w postaci nieprzychodzenia na uroczystość. To rozwiązanie, pozwalające zarazem nie gwałcić własnego przekonania, a jednocześnie nie okazywać otwarcie, że bojkotuje się osoby, sprawujące najważniejsze urzędy w państwie – a tym samym bojkotuje się same urzędy.

Antypaństwowcy – bo tak ich trzeba niestety nazwać, a jest to grupa obecna po obu stronach politycznego podziału – widzą sprawy odwrotnie. Mają tendencję do skrajnego personalizowania polityki. Ich zdaniem urząd jest tylko wówczas godzien szacunku, kiedy sprawuje go osoba, która im pasuje. Modelowym przykładem zachowań, mieszczących się w tym schemacie, jest odmawianie przyjmowania odznaczeń, nadawanych przez „niesłusznego” prezydenta. Sympatycy obecnej opozycji traktowali w ten sposób Lecha Kaczyńskiego, a sympatycy obecnej władzy – Bronisława Komorowskiego. Zawsze byłem przeciwnikiem takich bojkotów, bo choć to prezydent prowadzi politykę orderową i dlatego będzie ona wyrazem jego poglądów politycznych czy ocen historycznych, to jednak odznaczenia są nadawane w imieniu Rzeczypospolitej. Wśród antypaństwowców zdarzają się też zawodnicy ekstremalni, tacy jak pieśniarz Paweł Piekarczyk, który swoje odznaczenie, nadane przez Andrzeja Dudę, zwrócił do Kancelarii Prezydenta w ramach protestu przeciwko wetu głowy państwa w sprawie ustawy degradacyjnej. Choć prezydent pochodzi z tego samego obozu, z którym sympatyzuje pan Piekarczyk.

Kontestowanie prostych, oczywistych gestów szacunku wobec oponenta w najbardziej podstawowych sytuacjach lub „miękkie” delegitymizowanie rządzących w danym momencie (zwolennicy PiS za rządów PO śpiewając „Boże, coś Polskę”, używali słów intonowanych podczas zaborów i komunizmu: „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie” – co było, najdelikatniej mówiąc, nadużyciem, bo przecież mieliśmy do czynienia z demokratycznie wybraną władzą) to wygodna droga na skróty. Jeśli przedstawi się oponenta nie jako zwykłego politycznego przeciwnika, lecz jako wroga, nawet nie w politycznym starciu, ale wroga demokracji i wolności w ogóle, to nie trzeba się z nim mierzyć na argumenty ani też szczególnie starać się dowodzić słuszności własnych przekonań. Tyle że to bardzo niebezpieczny kurs. Jeśli nie uznajemy za obowiązujące najbardziej podstawowych norm, świadczących o szacunku do instytucji państwa niezależnie od tego, kto je obsadza, to zapraszamy obywateli do buntu przeciwko państwu jako takiemu. O ile oczywiście nie będzie akurat w rękach naszej ekipy. Przykre, że tak niewielu to rozumie.