O sztywnych wydatkach i ekonomicznych fantasmagoriach
Łukasz Warzecha 09.09.2019

Oto autentyczna historia. Kiedyś, jeszcze w latach 90., przelotnie znałem człowieka, któremu bardzo dobrze się wtedy – jak na tamte czasy – powodziło. Pracował w zagranicznej korporacji, zarabiał znakomicie i uwielbiał z tego korzystać. Niekoniecznie w sposób najrozsądniejszy. Nie był na przykład zapalonym melomanem, muzyki słuchał raczej popularnej, ale uznał, że skoro ma kasę, to kupi sobie najlepszy sprzęt muzyczny. I faktycznie, zaopatrzył się w ekskluzywny lampowy wzmacniacz, porównywalnej jakości odtwarzacz CD, świetne kolumny, wszystko połączone oczywiście złoconymi kablami.

 

Kupił też sportowy samochód, dostosowany do wyścigów, choć wcale się nie ścigał. Auto stało pod domem i tyle. Plazmowy telewizor (wtedy takie jeszcze były i były synonimem luksusu), wakacje w egzotycznych miejscach i wiele innych rzeczy – do takiego stylu życia przywykł. Nie oszczędzał specjalnie, nie inwestował, nie myślał o założeniu własnego biznesu i nie gromadził w tym celu zasobów.

Tak się jednak w końcu złożyło – o czym dowiedziałem się znacznie już później, gdy dawno straciłem tę osobę z oczu – że jego firma zaczęła redukować koszty i temu człowiekowi podziękowała. Pracę, owszem, znalazł nową, ale za ułamek tego, co zarabiał przez lata. A przecież przywykł do luksusów i nie umiał z nich po prostu zrezygnować. Dlatego zaczął brać kredyty, byle utrzymać dotychczasowe obyczaje, a potem, gdy kredyty go przydusiły, desperacko próbował sprzedać należący do niego stary dom w jednej z atrakcyjnych polskich miejscowości turystycznych. To jednak trudno mu szło, bo choć miejsce było wyjątkowe i dom ładny, to jednak on żądał ceny wziętej z sufitu. Co się z nim dalej stało, nie wiem. Mam nadzieję, że jakoś sobie poradził.

Państwo, które od czterech lat buduje PiS w sferze gospodarczo-socjalnej – a, jak wynika z zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, zamierza budować dalej, nawet w jeszcze wyższym tempie – jest jak człowiek z mojej opowieści. On również zapewne wyobrażał sobie, że miejsce we wspomnianej korporacji ma na wieczność i że nic się nigdy nie zmieni, a nawet jeśli przychodziło mu to do głowy, odganiał te myśli. Mechanizm wyparcia. Wydatki grubo powyżej przeciętnej stały się dla niego nieodzowne. Nie był w stanie przestawić się na skromniejszy styl życia.

To, co robi PiS, jest co do zasady podobne. Także tu mamy założenie, że Polska jest w jakiś sposób wyjęta spod reguł, kierujących światową koniunkturą. Że żaden kryzys nas nie dotknie, bo w jakiś tajemniczy sposób jesteśmy wyjątkowi. Że PKB będzie już zawsze tylko rósł, i to w tempie przynajmniej 4 procent rocznie.

Bohater mojej opowieści mógł zachować się inaczej. Mógł na przykład powiedzieć swojej rodzinie: „Słuchajcie, teraz zarabiam dobrze, więc pojedziemy na wakacje na trzy tygodnie na Malediwy. Ale jeśli sytuacja się pogorszy, bądźmy przygotowani, że po prostu wyskoczymy na dziesięć dni na Mazury i tyle”. Mógł też założyć konto oszczędnościowe i odkładać na nie połowę swojej wysokiej pensji z założeniem, że gdy nadejdzie zły moment, przestanie do niego dokładać, a zacznie z niego czerpać. Mógł wynająć wspomniany dom za przyzwoite pieniądze, a zarabiane pieniądze inwestować w papiery wartościowe. Nie mówiąc o tym, że zamiast kupować niepotrzebne luksusowe rzeczy, mógł kupować rzeczy po prostu przyzwoitej jakości, tak żeby służyły mu przez długie lata – również wówczas, gdy nie byłoby go stać na nowe podobnej jakości – do tego, co naprawdę lubił i umiał robić. Mógł zatem zachować się elastycznie. Mógł, ale nie chciał.

Gdy obrońcy socjalnego rozpasania PiS argumentują, że „nas stać”, zachowują się jak tamten człowiek. Nie rozumieją też, że nieszczęście, które szykuje nam obecna władza, polega nawet nie na tym, że robi prezenty okazjonalne. Nie, one stanowią niestety mniejszość. Najgorsze jest, że władza robi prezenty, które kosztują każdego roku krocie, a których nie da się już wycofać. 500 Plus dla wszystkich, dodatkowe emerytury, 300 złotych na wyprawkę szkolną czy nieustanne podwyższanie wynagrodzenia minimalnego, aż do absurdalnych pułapów, zapowiedzianych przez Kaczyńskiego w sobotę – wszystko to jest na stałe. Załóżmy nawet – jakkolwiek jest to bardzo śmiałe założenie – że póki sytuacja będzie mniej więcej podobna do obecnej, Polskę faktycznie na to stać. Ale przecież tylko kompletny idiota mógłby zakładać, że tak będzie zawsze. Co zatem, gdy polski PKB będzie rósł nie w tempie prawie 5 procent rocznie, ale o pół procenta? Albo się zatrzyma? I jeśli w związku z tym wpływy do budżetu drastycznie zmaleją? Kto będzie miał polityczną odwagę, żeby odebrać obywatelom, nastawianym przez ostatnie cztery lata coraz bardziej roszczeniowo wobec państwa, to, co dał im PiS? Może to i tamto świadczenie da się jakoś lekko ograniczyć, coś tam pomanipulować przy kryteriach, żeby jego roczne koszty zredukować o miliard czy półtora rocznie, ale przecież nie więcej.

Jeszcze gorzej sprawa wygląda z ustawowym podnoszeniem wynagrodzenia minimalnego. Tu ruchu już wcale nie ma. To po prostu sztywna, definiowana ustawą suma i koniec. Skoro raz zostanie ustalona na określonej wysokości, trudno ją obniżyć. Jak nagle powiedzieć ludziom, że pracodawcy – przyparci przecież do muru przez dekoniunkturę – będą mogli im zapłacić mniej niż dotąd?

Można by to oczywiście rozwiązać inaczej, tworząc elastyczny wskaźnik wynagrodzenia minimalnego, uzależniony od aktualnych wskaźników gospodarczych. Musiałby on z konieczności mieć sporą bezwładność, ale mimo to uwzględniałby sytuację. Tyle że nie miałby tak potężnego oddziaływania propagandowego. Nie mogłoby tam przecież być mowy o bezwzględnej sumie.

Słuchając zapowiedzi Kaczyńskiego, zastanawiałem się nad procesem decyzyjnym w kierownictwie PiS. Możliwych wyjaśnień tego, co usłyszeliśmy jest kilka. Przy czym przyjmuję tutaj założenie, że dla każdego, kto choć trochę rozumie ekonomię, musi być jasne, że zapowiedziane plany łączą się w najlepszym razie z gigantycznym ryzykiem dużego wzrostu inflacji, wzrostu bezrobocia, spowolnienia gospodarki. Oraz zakładam, że jednak wśród najważniejszych polityków PiS przynajmniej niektórzy o tym wiedzą.

Pierwsza możliwość jest taka, że nierozumiejącego, jak działa ekonomia, za to zaczytującego się Pikettym Kaczyńskiego do takich zapowiedzi przekonało z całkowitym cynizmem kilka osób z najbliższego otoczenia, dla których priorytetem jest po prostu utrzymanie władzy, nawet jeśli kosztem tego będzie krach gospodarczy. I że Kaczyński naprawdę uwierzył, że Polska została w jakiś nadprzyrodzony sposób wyłączona z normalnych reguł ekonomicznych. Albo też, że te reguły w ogóle przestały na świecie obowiązywać.

Druga możliwość to ta, że Kaczyński zdaje sobie sprawę z ryzyka i podejmuje je z pełnym cynizmem, bo i jego horyzont aspiracji skrócił się do utrzymania władzy, bez względu na koszty dla państwa.

Trzecia możliwość – że Kaczyński tym razem obiecuje coś, o czym wie, że nie da się tego zrealizować lub przynajmniej realizacja tego jest mocno wątpliwa, ale wierzy, że elektorat wybaczy mu wycofanie się z tego planu za rok, kiedy będzie już po wyborach parlamentarnych i prezydenckich.

W tym wszystkim dodatkowo przygnębiające jest, że fantasmagorie gospodarcze obozu władzy firmują różne osoby, które kiedyś przedstawiały się jako wolnorynkowcy lub twierdzą, że są nimi nadal. Firmuje je partia Jarosława Gowina, a już szczególnie gorliwie robi to Jadwiga Emilewicz; firmuje je Tomasz Rzymkowski (zakładam, że na konwencji PiS klaskał, ale się nie cieszył); firmuje je Bartosz Marczuk (dziś zarządzający w gruncie rzeczy przymusowymi Pracowniczymi Planami Kapitałowymi, niegdyś, jako dziennikarz, autor bardzo wolnorynkowych tekstów); firmuje je Marcin Horała, kiedyś w UPR.

Ten ostatni akapit dedykuję wszystkim tym, którzy sądzą, że na system władzy i kurs wielkiego aparatu partyjnego można wpływać od środka.