Państwo i Prawo
Pijany zając we mgle
Łukasz Warzecha 31.10.2020

Czy państwo wiedzą, jak zachowuje się pijany zając we mgle? Ja nie i sądzę, że tego nie wie tak naprawdę nikt. Mam jednak tezę, że można ten szczególny typ zachowania zdefiniować choć częściowo przez negatywną analogię, wskazując mianowicie, iż pijany zając we mgle zachowuje się jednak przytomniej niż polski rząd w ogóle, w szczególe zaś – w sprawie epidemii.

 

Tak, wiem, pisałem o tym już – również na blogu WEI – niezliczoną liczbę razy. A jednak muszę napisać jeszcze raz, ponieważ decyzja o zamknięciu cmentarzy od 31 października do 2 listopada jest tak piramidalnie nonsensowna i głupia, że wygląda, jakby był to element jakiegoś reality szoł w stylu „Jak ludzie reagują na najgłupsze decyzje władzy”. Chociaż w połączeniu z innymi genialnymi posunięciami Wielkiego Stratega z ostatnich tygodni może należałoby ten szoł raczej nazwać: „Jak zjechać z poparciem o 20 punktów w dwa miesiące”. Nie ma bowiem wątpliwości, że władza jest blisko tego celu, wydajnie na jego osiągnięcie pracuje, a w piątek wieczorem zapewniła sobie w tym zbożnym dziele współpracę kolejnych grup Polaków. 

Próbuję odtworzyć proces myślowy, który stoi za takimi decyzjami, ale nie potrafię. 

W normalnych warunkach wyglądałoby to jakoś tak:

 

Na naradzie zbiera się grupa doradców z ministrami i premierem. Premier pyta:

– Czy mamy od policji dane o tym, ile osób już odwiedziło cmentarze? Szacunkowo, w porównaniu z tymi, którzy rok temu byli w okolicach 1 listopada. 

– Tak, panie premierze – mówi komendant główny policji. – Dotychczas już ponad 60 procent. 

– Czyli – powiada premier – na te trzy dni od soboty do poniedziałku zostało około 40 procent. A pewnie część zrezygnuje w ogóle. Co się stanie, jeśli zamkniemy cmentarze i ogłosimy to teraz?

– Najprawdopodobniej od razu po ogłoszeniu tej decyzji wszyscy, którzy będą mogli, ruszą na cmentarze, żeby zdążyć – mówi jeden z ekspertów. – Ponieważ część ma bliskich gdzieś daleko i jechałaby dopiero jutro, można założyć, że stłoczymy w ten sposób wieczorem na cmentarzach jakieś, powiedzmy 20 procent z ogółu odwiedzających. A jeśli nie zamkniemy, to w sumie będzie około, dajmy na to, 30 procent, ale za to rozłożonych na ponad dwa dni. 

– Jakie jest prawdopodobieństwo znaczącego zwiększenia transmisji wirusa przy takim rozproszeniu ludzi? – pyta premier doradcę z Ministerstwa Zdrowia. 

– Musielibyśmy wprowadzić te dane do naszego modelu, żeby odpowiedzieć precyzyjnie – odpowiada doradca. – Mamy specjalny model, uwzględniający specyfikę tego okresu i sposobu przemieszczania się ludzi. Ale z grubsza mogę powiedzieć, że przy takiej liczbie ludzi i takim ich rozproszeniu nie byłoby to dużo więcej niż w dotychczasowych warunkach przy już częściowym lockdownie. Możliwe, że nawet mniej. 

– Jasne – mówi premier. – Jak wygląda sytuacja ze stratami handlowców?

– Znicze można oczywiście sprzedać później, choć straty też będą – mówi ekspert ze związku drobnych przedsiębiorców. – Większość małych przedsiębiorców działa w warunkach podtrzymywanej na bieżąco płynności. Jeśli nie sprzedadzą towaru teraz, to pewnie już nie sprzedadzą w takiej ilości po weekendzie i mogą wpaść w spiralę zadłużenia. Z kwiatami jest gorsza sprawa – one muszą być świeże. Nie przetrzymają. Straty przedsiębiorców szacuję z grubsza na kilkanaście milionów. 

– Jaką sumę możemy przeznaczyć na ewentualne rekompensaty? – pyta premier wiceministra finansów. 

– Szczerze, panie premierze? Najlepiej żadnej. Jesteśmy kompletnie pod kreską. 

– Rozumiem – konkluduje premier. – W takim razie nie ma mowy o zamknięciu cmentarzy. Robimy natomiast konferencję, na której zaapelujemy, żeby trzymać dystans, dbać o higienę, a zarządców cmentarzy poprosimy, żeby przedłużyli godziny otwarcia, jak się da, tak żeby można było pojechać na cmentarz również wieczorem. Aha, i wysyłamy na cmentarze płyn dezynfekcyjny z Orlenu oraz te dozowniki, które kupiliśmy od tej prywatnej firmy spod Poznania. Te do używania na dworze. 

 

Tak by mogło być, gdyby rząd miał grupę doradców nie tylko spośród lekarzy, ale też związków przedsiębiorców, psychologów, socjologów i innych dziedzin oraz opierał się na faktach, liczbach, badaniach, modelach, a nie na tym, co się komu w panice uroi, że należy zrobić. 

Jest też oczywiście inny wariant: odbywa się podobna narada, z której wniosek jest taki, że cmentarze należy jednak na te trzy dni zamknąć. Ewentualnie – że należy ogłosić poniedziałek dnie wolnym od pracy, a służby, np. żandarmerię, zaangażować do pomocy w kontrolowaniu napływu ludzi na cmentarze, tak aby uniknąć nadmiernego tłoku. Można by też przygotować system informowania w mediach społecznościowych o tym, gdzie w danym momencie tłok jest zbyt duży – jeśli w ogóle by był. Z tym że to wszystko odbywałoby się co najmniej tydzień przed 1 listopada i wtedy też ogłoszono by odpowiednie decyzje oraz opublikowano rozporządzenie, tak żeby każdy przedsiębiorca mógł się odpowiednio przygotować. Po czym raz ustalonego scenariusza by się trzymano. Stabilność i przewidywalność to coś bardzo w tych okolicznościach ważnego. 

Tak by to wyglądało, gdyby rząd podchodził poważnie do swojej pracy, do obywateli i walki z epidemią, a nie działał na poziomie analizy typu „w siłowniach są niskie sufity”. 

Trafił do mnie niedawno list, jaki Polskie Stowarzyszenie Przewoźników Autokarowych wysłało do pana wicepremiera Jarosława Gowina. Ta branża jest, jak wiadomo, jedną z najsilniej zgnębionych przez epidemię. Dlatego stowarzyszenie zaapelowało o poluzowanie wprowadzonych niedawno restrykcji dotyczących liczby miejsc, jakie można zająć w środkach transportu. W piśmie padają konkretne liczby. Przedstawiciele stowarzyszenia wskazują, że nie wykazano ani jednego zakażenia w środkach transportu, ale też są w stanie podać nawet, w jakim czasie następuje całkowita wymiana powietrza w autokarze. Przywołują również dane z kilku krajów, potwierdzające znikomy (poniżej procenta) odsetek zakażeń, do jakich dochodzi w komunikacji. 

Oto sytuacja, w której branża jest w stanie powołać się na wiele konkretnych czynników i liczb, aby dowieść, że może działać bezpieczniej przy mniejszych restrykcjach, podczas gdy rząd te restrykcje wprowadza, nie przywołując żadnych, ale to kompletnie żadnych konkretnych podstaw czy dowodów, że są faktycznie potrzebne. Jak powiedział na konferencji prasowej prof. Horban – gastronomię trzeba było zamknąć, bo do zakażeń dochodziło na weselach. Czego nie rozumiecie?

Nie będę się już po raz kolejny pastwił nad rządzącymi, wskazując, że swoją decyzję w sprawie cmentarzy ogłosili kilka godzin przed jej wejściem w życie, choć jeszcze poprzedniego dnia pan wicepremier Jacek Sasin twierdził, że planu zamknięcia nekropolii nie ma. Rząd się zreflektował na tyle, że premier bąknął w końcu coś o jakimś planie rekompensat dla tych przedsiębiorców, którzy wykażą straty z powodu zamknięcia cmentarzy. Ale, powiedzmy sobie szczerze, wiarygodność tej władzy w takich sprawach jest bliska zeru. Na swój plan ratunkowy czeka od ponad tygodnia gastronomia, nie może się doczekać branża fitness, a nad wieloma przedsiębiorcami zawisła groźba konieczności zwrotu pieniędzy z tarczy finansowej z wiosny, bo nie ze swojej winy muszą dzisiaj zamykać biznes i zwalniać ludzi. 

Jest jednak w tym wszystkim promyczek nadziei: oto za budowę i wyposażenie tymczasowych szpitali przez spółki skarbu państwa ma odpowiadać pan wicepremier Sasin. Czyż nie czują się państwo uspokojeni?