Państwo i Prawo
Prezydent Stanów Podzielonych Ameryki
Dariusz Matuszak 10.11.2020

Jakkolwiek się to nie skończy, to Ameryka wyjdzie z wyborów bardzo poobijana i na pewno osłabiona przynajmniej w oczach Chin, czy Rosji. Sama sobie to zrobiła i teraz połowa mieszkańców Stanów Zjednoczonych, a może i świata, będzie przekonana, że oto w tym supermocarstwie doszło do wielkiego oszustwa wyborczego, albo że przynajmniej próbowano go dokonać.  Niektórzy, tak jak ja, zwolennicy Trumpa będą twierdzić, że owszem do szwindlu mogło dojść, inni – jego zawzięci przeciwnicy krzyczeć zaś będą, że demokracja zwyciężyła, a głosy, iż wybory sfałszowano, pochodzą od wyznawców teorii spiskowych, płaskoziemców i na ogół głupich i niemytych.  

 

W mediach zaczyna oczywiście dominować przekaz, iż Trump powinien zachować się honorowo, jak człowiek z klasą, nie mazgaić się, tylko pogodzić z porażką. Za amerykańskimi powtarzają i te głupie polskie, bo niby co one same mogłyby oryginalnego wymyślić i powiedzieć. Potrafią tylko bezmyślnie małpować i powtarzać to, co z Zachodu zassają. Otóż opinię, iż Trump powinien ot tak uznać porażkę, uważam za bardzo głupią, bałamutną i arogancką.

Jeśli proces wyborczy ma dla połowy Amerykanów być wiarygodny, to wszystkie zastrzeżenia Trumpa i jego ludzi powinny być poważnie wzięte pod uwagę i rozpatrzone. Rozumiem, że łatwo rechotać i z pogardą odnosić się do wyborców Trumpa, czy też tych, którym bliski jest jego ogląd świata. Niemniej jednak ci ludzie i w Ameryce i na świecie będą nadal żyli. Jeśli obywatele mają mieć zaufanie do systemu, do samej demokracji, to nie można lekceważyć tych głosów. Czerpiemy nasze wzorce z Zachodu, więc i dla naszej demokracji lepiej byłoby, gdyby ktoś na świecie powiedział: sprawdzam. Jeśli od czegoś Ameryka miałaby rozpocząć proces godzenia się sama z sobą i pokazać światu jak to się robi, to właśnie od uszanowania wątpliwości i zastrzeżeń tych, którzy najprawdopodobniej przegrali. Budowanie zaufania do demokracji, do instytucji warte jest tych dodatkowych kilku tygodni zamieszania i niepewności. Oczywiście można w pogardzie iść na skróty, tak jak to w Polsce robią durnowate media i politycy i zbyć wszystko pogardliwym rechotem.

Jeśli Donald Trump ma dowody i przekonanie, że doszło do oszustwa, to żadną miarą nie powinien ustępować i godzić się z porażką. To nie był konkurs piękności, czy festiwal piosenki, że można sobie przełknąć osobiste niepowodzenie, wygrać moralnie, unieść godnością i zejść ze sceny. To nie jest prywatna sprawa Trumpa, bo nie chodzi o to, że to on mógł zostać oszukany. Oszukani mogli zostać Amerykanie, ci wszyscy, którzy wierzą w demokrację, i którzy brali udział nie tylko w tych ostatnich, ale dowolnych wyborach. Chodzi właśnie o demokrację, o państwo, o system oraz republikę i federację, jakimi są Stany Zjednoczone. Sfałszowanie wyborów jest de facto zamachem stanu i zadaniem prawdziwego przywódcy jest się temu przeciwstawić, a nie odchodzić w rozgoryczeniu na emeryturę. Kto jak nie prezydent powinien walczyć o Amerykę. Przynajmniej ja bym tego od przywódcy swego kraju wymagał.

Nie twierdzę, że doszło do sfałszowania wyborów. Jak było, jeszcze nikt nie wie. Twierdzę, że mogło dojść, a to wielka różnica. Po pierwsze należy odpowiedzieć sobie na kilka pytań np. czy Demokraci i ich aparat urzędniczy, a także wspierające ich media zdolne są moralnie do takiego oszustwa. Inaczej mówiąc, czy są wystarczająco podli i zepsuci. Otóż ja twierdzę, że tak i dowodzi tego ostanie co najmniej 12 lat polityki w Stanach Zjednoczonych, w wymiarze zagranicznym, jak i krajowym. Nie jestem rasistą jak ci, którzy obecnie opowiadają się za tzw. demokracją liberalną, i którzy uważają, że do oszustw i łamania zasad praworządności jak i demokracji zdolne są tylko jakieś partie, czy ułomne ludy Europy Środkowej, albo Afryki etc. Ja uważam, że zdolni są też Amerykanie, Francuzi etc. 

Czy demokracja w Stanach Zjednoczonych, a zwłaszcza demokratyczne procedury są w takim stanie, że szwindel jest możliwy? Oczywiście, że tak. Nie ma żadnych zasad, żadnych reguł, jest wolna Amerykanka, co oczywiście bardzo ułatwia dokonywanie oszustw. Dość powiedzieć, że w wielu stanach w czasie głosowania nie trzeba nawet okazać dowodu tożsamości. Mówi się, że się jest i już. Zorganizowana akcja oszustów jest absolutnie możliwa. Szanowni Państwo, tam jest taki bajzel, że owego 3 listopada do legislatury stanowej w Północnej Dakocie wybrano niejakiego Davida Andahla, który od miesiąca nie żył. To oczywiście nie dowodzi sfałszowania wyborów prezydenckich, a jedynie wszechogarniającego bajzlu, bo różnych podobnych historii w całych USA są już dziesiątki.

Czy Demokraci, dysponowali odpowiednimi ludźmi, zasobami, czy mieli przećwiczone „procedury” i odpowiednich sojuszników w administracjach federalnej, stanowych, lokalnych i w mediach, by takiego oszustwa przynajmniej w części kraju się dopuścić? Tak, dysponują. Z całym szacunkiem i bez obrazy weźmy sobie takie PSL. Gdybyśmy sobie zadali pytanie, czy jako organizacja zdolne jest owo stronnictwo dokonać jakiegoś szwindlu w wyborach lokalnych, nawet na znacznych połaciach kraju, to szczera odpowiedź musiałaby brzmieć, że tak. To nie oznacza, że kiedykolwiek tak zrobiono. No gdzież. Z równie głębokim przekonaniem powiedzielibyśmy jednak, że sfałszowanie takich wyborów prezydenckich to dla PSL za wysokie progi. Otóż dla amerykańskich Demokratów to pułap w sam raz. Nie twierdzę, że Demokraci sfałszowali wybory. Twierdzę, że zwyczajnie pod względem moralnym, organizacyjnym i ze względu na otaczające warunki (niemożebny bajzel wyborczy) stać ich na to.

Niektóre kwestie, dopóki nie zakończą się dochodzenia, pozostaną domeną spekulacji. Niektóre zaś są obiektywne. Już możemy mówić o prawdziwych cudach nad urną. Pewne zjawiska zakrawają na owe „fakty nadprzyrodzone”, „cudowne zbiegi okoliczności” etc., których rozumem nie ogarniesz. Jednym z takich cudownych faktów jest choćby to, że po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych, prezydentem może zostać kandydat, który równocześnie przegrał w Ohio i na Florydzie tak jak Joe Biden. Nigdy wcześniej się tak nie zdarzyło, ale zawsze można powiedzieć, że kiedyś musi być ten pierwszy raz. 

Kolejnym nadzwyczajnym faktem, który każe całkowicie odmienić socjologiczne spojrzenie na USA, jest to, że Trump wygrał z wielką przewagą w Ohio, a przegrał w bardzo podobnych stanach z tego samego Pasa Rdzy – Michigan i Wisconsin. Różnice w głosowaniach zawsze były – np. w Ohio częściej wygrywali Republikanie, ale nigdy w historii wyborów aż tak duże. To mniej więcej tak, jakby nagle powstała jakaś przepaść pomiędzy tym, jak głosuje Podkarpacie i jak Małopolska.

Faktem jest też to, iż Joe Biden w niemal każdym większym mieście USA uzyskał mniej głosów niż Hillary Clinton. Zaś więcej w miastach tych stanów, które w ostatecznym rozrachunku miały okazać się kluczowe – Detroit w Michigan, Atlanta w Georgii, Filadelfia w Pensylwanii i Milwaukee w Wisconsin. Oczywiście jest jakaś szansa, że akurat w tych miejscach, kadry Demokratów były tym razem sprawniejsze, że wolontariusze trafili do większej liczby mieszkańców, lepiej ich rozpoznano, skierowano więcej reklam.

Kolejny cud, który jest faktem, to to, że w każdej „kategorii” wyborczej, oprócz jednej, Demokraci ponieśli przynajmniej względną porażkę. Stracili miejsca w Izbie Reprezentantów, stracili w legislaturach stanowych. Demokraci stracili też kilkoro gubernatorów i także wbrew przewidywaniom nie zdobyli większości w Senacie. Zwycięstwo odnieśli tylko w jednej kategorii – akurat prezydenckiej. Oczywiście można powiedzieć, że to osobista porażka Trumpa, że to on został odrzucony, choć z drugiej strony wiadomo też, że nikt tak jak on nie zmobilizował republikańskiego ludu. Przegranym bowiem ma być też ten, który uzyskał największą liczbę głosów spośród wszystkich kandydatów republikańskich w historii.  To samo Biden w przypadku Demokratów, tyle że w przeciwieństwie do Trumpa, przy najniższym poziomie entuzjazmu wśród własnego lektoratu spośród wszystkich dotychczasowych kandydatów swojej partii. Na jakiś nadzwyczajny zbieg okoliczności zakrawa też to, że w wyborczą noc obaj kandydaci wygrywali na zmianę jakieś stany. Tymczasem od środowego poranka, aż do soboty, kiedy to ogłoszono zwycięstwo Bidena, poszczególne stany wygrywał już tylko Joe Biden. 

Każdy z faktów, które przytoczyłem, powinien wprawić wszystkich socjologów i politologów w wielką zadumę, a w niektórych przypadkach sprawić, że spalą księgi z mądrościami, które wypisywali. Podobnie jak ze wstydu powinny spalić się sondażownię i media, które dawały Joe Bidenowi 17 punktów procentowych przewagi w Wisconsin, czy 6 na Florydzie. Tu akurat nie mam żadnej wątpliwości, iż chodziło o bezwstydną manipulację, a nie o błąd metodologiczny, czy pomyłkę, jak to już jest wmawiane. 

Trump i jego ekipa wnoszą setki pozwów i kwestionują wyniki w kilku stanach. Jaka będzie skuteczność protestów trudno rozstrzygnąć. Jestem pesymistą i niespecjalnie wierzę w ostateczny sukces. Z całego kraju spływają setki, jeśli nie tysiące doniesień o poważnych incydentach mogących wskazywać na oszustwa, a już na pewno na bałagan. Okazuje się, że w niektórych komisjach pojawiały się pakiety głosów korespondencyjnych, z których 100 procent było oddanych na Joe Bidena. Albo była np. okrągła liczba głosów  – np. 120 tysięcy.  Na listach wyborców odkrywanych są tysiące zmarłych. Przedziwne zmiany w liczbie głosów są zarejestrowane nawet w relacjach tv. Np. okazuje się, że podliczono np. dwadzieścia parę tysięcy głosów i akurat też wszystkie na Bidena. Są nagrania z telefonów, kamer amatorskich etc. pokazujących przedziwne sytuacje w samych lokalach wyborczych, jakieś walające się worki pełne pakietów etc. 

Czy te wszystkie doniesienia pokazują rzeczywiste sytuacje, tego nie wiem ja i nie wie nikt, ale one same są prawdziwe i nie pochodzą od ruskich trolli, czy maniaków opętanych teoriami spiskowymi. Nie są jedynie wymysłem nieumiejącego pogodzić się z porażką Trumpa. Stoją za nimi często przedstawiani z imienia i nazwiska członkowie komisji, wielkich organizacji pozarządowych, urzędnicy, prokuratorzy etc. Oddzielną kwestią jest to, czy one ilustrują tylko ten wielki bajzle i chaos wyborczy, o którym wspominałem na początku, czy też oszustwa jak twierdzą Trump i jego ekipa. 

W historii Stanów Zjednoczonych co najmniej raz doszło do sfałszowania wyników wyborów prezydenckich na dużą skalę. Było to w 1888 roku, kiedy to kandydat Republikanów Benjamin Harris pokonał ówczesnego prezydenta Glovera Clevelanda z Partii Demokratycznej.  Do oszustw doszło w Indianie, rodzinnym stanie Harrisa. A wiemy o tym za sprawą jednego zwykłego pracownika poczty, który znalazł podejrzane pakiety, złożył zeznania, przez co uruchomiono wielkie śledztwo, które oszustw dowiodło.  Na to, kto został prezydentem, Indiana wpływu nie miała. Harris nie potrzebował głosów tego stanu. Sam Cleveland zemścił się jednak słodko po 4 latach. Ponownie wystartował i został prezydentem. Wtedy też, właśnie z powodu oszustw w Indianie, zmieniono system i wprowadzono tajność głosowania. I to wszystko za sprawą jednego urzędnika pocztowego. Być może choćby dlatego Ameryka powinna poważnie potraktować wszystkie zastrzeżenia, by zmienić procedury, które wprowadzają chaos i pozwalają na oszustwa.

Nie wiem, jak całe wyborcze zamieszanie się skończy, ale wiem, że Ameryka już się skompromitowała, a my na własne oczy możemy oglądać upadek wolności słowa, jaką znamy.  Oto prezydent Stanów Zjednoczonych jest już otwarcie cenzurowany. Nie tylko przez firmy internetowe, ale też przez wielkie stacje telewizyjne. CNBC przerwała relację z konferencji Trumpa, a prowadzący program Shepard Smith stwierdził, że dalej transmisji nie będzie, bo prezydent kłamie. To spodobało się paru durniom z polskich mediów, którzy pisali o wielkiej chwili w historii dziennikarstwa. Trump na swej konferencji odczytywał informacje o prawnych akcjach, jakie podjął jego zespół, o przebiegu wyborów, które w jego mniemaniu wygrał i o incydentach wyborczych, które świadczą o oszustwie. Tymczasem pracownik korporacji mediowej Smith uznał, że Trump kłamie i przerwał relację, by odczytać własne opinie na temat tego, co mówi prezydent. Oczywiście Smith łgał w żywe oczy, bo nie mógł wiedzieć, czy prezydent kłamie, czy też nie. Łgał, gdy mówił, że nie ma żadnych dowodów na to, że wybory są sfałszowane, bo nie może wiedzieć, czy jakieś dowody są, czy też nie. Smith, a nawet jego korporacja CNBC to nie duchy wszechwiedzące, które kilkadziesiąt godzin po wyborach wiedzą co się stało w Arizonie, Michigan, Wisconsin, Pensylwanii etc. Oto jednak z wysokości swego studia telewizyjnego jakaś korporacja i jej pracownik orzekają, czy prezydent Stanów Zjednoczonych ma dowody, czy nie ma, czy ma podstawy, by zakwestionować wyniki wyborów, domagać się przeliczenia głosów wnosić pozwy etc. Niepotrzebne są już sądy na czele z Sądem Najwyższym, który stwierdza ważność wyborów, niepotrzebne jest Kolegium Elektorskie i wszystkie instytucje strzegące praw. Oto korporacja orzeka, co jest prawdą, a co nie i zamyka całą sprawę. 

Takie odcinanie rządów od mediów to jeden z podstawowych elementów przeprowadzania zamachu stanu. To znajduje się we wszystkich podręcznikach „Zamach stanu dla opornych”, także tych napisanych przez CIA. Korporacja zdecydowała, co mogą usłyszeć Amerykanie, a czego nie. Nie tylko pozbawiła głosu urzędującego prezydenta, który został wybrany, ale także obywateli możliwości wysłuchania go. To zamach na wolność słowa ze strony korporacji, które wraz ze swymi sojusznikami są na tyle aroganckie i silne, że same decydują, jak przywódca państwa może się komunikować z obywatelami i co może im mówić, a co nie. Oczywiście takim akcjom towarzyszą banały o potrzebie jedności i zasypywaniu podziałów.

Te wybory mogą stanowić punkt zwrotny w historii Stanów Zjednoczonych, a co za tym idzie i tzw. liberalnej demokracji, która swe natchnienie i siłę czerpie z Ameryki ze względu na jej dominację gospodarczą i kulturową.  Nie brakuje głosów, iż po zwycięstwie Bidena i dalej już nieustających rządach Demokratów, USA utracą światowy prymat na rzecz Chin. Zgadzam się z tym. Taki będzie nieuchronny skutek pogrążania się w lewicowych odmętach i wraz z tym porzucenia wartości, na których Ameryka i zachodnia demokracja zostały zbudowane.